Blog kuriera rowerowego z Wrocławia - Ewelka Kurierka
Cześć! Mam na imię Ewelina i od kilku lat pracuję jako kurier rowerowy we Wrocławiu. Na blogu opisuję codzienne życie kuriera - trasy, zarobki, sprzęt, rowery elektryczne, aplikacje Uber Eats, Wolt i Bolt oraz ciekawe sytuacje z dostaw. Znajdziesz tu relacje z moich kursów, praktyczne porady dla początkujących kurierów i testy akcesoriów rowerowych. Jeśli chcesz zobaczyć, jak wygląda praca kuriera rowerowego lub szukasz sprawdzonych informacji z pierwszej ręki, jesteś we właściwym miejscu.
-
Po prawie 3 latach zdecydowałam się na założenie bloga. Już od jakiegoś czasu biłam się z myślami, bo pomysł bloga przewijał się w mojej głowie wiele razy, ale zawsze go gasiłam, znajdując różne wymówki. No i tak minęły dokładnie 2 lata i 7 miesięcy od momentu, gdy zarejestrowałam się w kilku platformach kurierskich, takich jak: Uber, Wolt, Bolt i Glovo.
-
Nad Wrocławiem w końcu zagościła piękna, słoneczna pogoda, więc aż żal było nie wykorzystać takiej okazji do jazdy na rowerze! Miejscami dawało się odczuć chłód, ale kiedy wychodziło słońce, robiło się naprawdę przyjemnie. Dzień miał ogromny potencjał i początkowo wszystko wskazywało na to, że uda mi się wykręcić bardzo dobry wynik. Pyszne od samego początku zasypywało mnie zamówieniami, a co najważniejsze, były to dokładnie takie kursy, jakie lubię – w moim rejonie, bez konieczności jeżdżenia na drugi koniec miasta. Zamówienia wpadały jedno po drugim, praktycznie bez przestojów. Efekt? W pewnym momencie moja godzinówka wynosiła aż 70 zł! Takie tempo to ja rozumiem!
-
Dzisiaj to był totalny sztos! Wpadł mi rekord zarówno w dziennych zarobkach, jak i w godzinówce! Co najlepsze, jeździłam właściwie tak jak zawsze – ani szybciej, ani wolniej. Po prostu trafił się dzień, w którym pojawiło się kilka naprawdę konkretnych zamówień, a ja cierpliwie szukałam tych najbardziej opłacalnych. Szczególnie szalał Uber. Zamówienia sypały się jedno za drugim, ale większość odrzucałam, bo szukałam czegoś, co będzie pasowało do mojej trasy i pozwoli mi dobrze zarobić. Łącznie odrzuciłam kilkadziesiąt kursów! Opłaciło się, bo w końcu trafiła się prawdziwa perełka – zamówienie za rekordowe 90 zł!
-
Wkroczyła brzydka pogoda! Ostatnio warunki do jazdy były jeszcze całkiem przyzwoite, ale dziś pojawił się deszcz i to nie raz, a kilka razy. Przez cały dzień przechodziły kolejne fale opadów, a ta ostatnia, największa, prawie dopadła mnie niemal tuż przed powrotem do domu. Dosłownie zdążyłam na styk! Wiedziałam, że prognozy zapowiadają deszcz, ale miałam nadzieję, że skończy się na niewielkim pokropieniu i uda mi się spokojnie wrócić. Niestety, od samego początku było zimno, wiał silny wiatr, a podczas dostaw zaczęło padać.
-
Pogoda wyraźnie się zepsuła. Było zimno, przeważnie pochmurno i bardzo wietrznie. Po raz pierwszy w tym sezonie wyciągnęłam kurtkę, założyłam czapkę i komin na szyję. O ile na słońcu było całkiem przyjemnie, o tyle wystarczyło, że słońce schowało się za chmurami, a ja musiałam jechać pod silny, zimny wiatr, żeby od razu poczuć chłód. Nie miałam nawet chwili, żeby zatrzymać się i założyć cieplejszy komin. Zamówienia na Uberze wpadały jedno za drugim, więc cały dzień jeździłam tylko dla tej aplikacji. Było intensywnie, momentami wręcz szalenie.
-
Dziś miałam trochę szalony dzień na delivery. Początkowo wcale nie zapowiadało się na długą jazdę, a ostatecznie dzień mocno mi się przedłużył. Rano szybko zrobiłam obiad, zjadłam i zanim zebrałam się do wyjścia, było już południe. A teraz dzień jest coraz krótszy. Słońce zachodzi dużo wcześniej, szybciej robi się ciemno, więc wróciłam do domu już po zmroku. Na dodatek pod koniec jazdy rozpadał się zapowiadany deszcz i wróciłam przemoczona. Po drodze wypadła mi jeszcze prawie godzinna przerwa u koleżanki, której pomagałam z problemem komputerowym. Ostatecznie okazał się banalny, ale o tym za chwilę.
-
Dobra passa kiedyś musi się skończyć. Po ostatnich naprawdę udanych dniach przyszedł czas na trochę słabszy dzień. Dziś było zdecydowanie mniej zamówień, szczególnie na początku, sporo czekania w restauracjach, a godzinówka wyraźnie słabsza niż ostatnio. Na dodatek pogoda postanowiła się zepsuć. Niby ubrałam się cieplej, ale pod koniec jazdy i tak zmarzłam. No cóż… chyba powoli zaczyna się ten okres, kiedy rowerowa kurierka będzie wymagała nie tylko kondycji, ale również dobrego przygotowania do zimna.
-
Wczoraj, tak jak obiecałam, zrobiłam sobie dzień odpoczynku. Dzisiaj natomiast ruszyłam na pełnych obrotach. I to dosłownie, bo przez większość dnia nie miałam nawet chwili na spokojny oddech. Rano przywitała mnie piękna mgła. Wyglądało to naprawdę klimatycznie, ale szybko okazało się, że sama bluza to zdecydowanie za mało. Zmarzłam jak diabli! Zanim się rozpogodziło i zrobiło cieplej, minęło kilka godzin. Kiedy jednak w końcu wyszło słońce, zrobiło się naprawdę pięknie i przyjemnie. Pogoda zmieniła się o 180 stopni i można było już cieszyć się jazdą. Do domu znowu wróciłam późno, pełna adrenaliny i z głową pełną wrażeń.
-
Dobra passa trwa! Dzisiejszy dzień to był totalny sztos i mój nowy rekord na delivery! Zarobiłam aż 360 zł, godzinówka wyszła 45 zł/h, a do tego przejechałam 103 km w ciągu 8 godzin. Łącznie zrobiłam aż 22 dostawy! Jestem naprawdę dumna z siebie i z dzisiejszego wyniku. Tym bardziej że to już trzeci dzień z rzędu z bardzo dobrym zarobkiem. Szczerze mówiąc, rano nie spodziewałam się, że uda mi się ponownie zrobić taką dniówkę. Wydawało mi się nawet, że dzisiaj szło gorzej niż wczoraj, a zamówienia nie były aż tak dobre. A jednak wyszło… jeszcze lepiej! Chyba po prostu cały czas trzyma mnie adrenalina.
-
Październik zaczęłam z przytupem! Po wczorajszym bardzo dobrym dniu nie wierzyłam, że jeszcze następnego dnia uda mi się powtórzyć podobny wynik. A jednak! Dzisiaj zarobiłam prawie tyle samo co wczoraj. Godzinówka była wprawdzie trochę słabsza, bo zamówień było mniej i nie wszystkie były tak ciekawe i opłacalne jak poprzedniego dnia, ale i tak jestem bardzo zadowolona. Tym bardziej że ostatnio pogoda naprawdę nas rozpieszcza. Mamy piękną, ciepłą polską jesień, więc jazda rowerem jest czystą przyjemnością.
-
Dziś był totalny SZTOS! Uber sypał zamówieniami jak śniegiem w grudniu w latach 80.! To chyba mój rekord pod względem zarobków i godzinówki, a przynajmniej nie pamiętam, kiedy ostatnio tak dobrze mi poszło. Trafiały się dalekie podwójne i potrójne zamówienia za naprawdę grube stawki. Bywało nawet 75 zł w godzinę! Takie perełki to ja rozumiem! Odrzuciłam chyba z 30 zamówień, a może nawet więcej. Uber proponował mi dalekie i dziwne trasy. Nie było rady, trzeba było przebierać w ofertach i wybierać te najbardziej opłacalne.