12 km do Suchego Dworu, awarie roweru i piesek wyłudzający smaczki

🌇 Wrocław
🚲 E-bike
⌚ 5 godzin
💵 105,22 zł (0 zł napiwków)
💰 21 zł na godzinę
🛒 9 dostaw / 65 km
🍔 Wolt / Uber
Dziś był naprawdę ciężki i kiepski dzień. Mało zamówień, dużo jeżdżenia, problemy z rowerem i wrażenie, że zarobiłam tyle, co na miskę ryżu. Wróciłam zmęczona, ale przynajmniej z kolejną historią do kolekcji i garścią fajnych zdjęć.
Dzień zaczął się nawet niewinnie. Na Wolcie wpadło tajskie – 4,5 km za 15 zł, dostawa na Oporów. Wchodzę na podwórko i oczywiście klasyka: zero numerów, zero oznaczeń. Stałam tam jak Travolta z mema, rozłożone ręce, patrzę w lewo, patrzę w prawo i zastanawiam się, które to drzwi. Na szczęście klient wyszedł sam, a w progu siedział piękny kotek, więc humor trochę wrócił.
Potem długie czekanie w parku. Siedzę na ławce, nic nie wpada. Wstaję. Znowu siedzę. Robię milion zdjęć drzew. Dalej nic. A jak człowiek siedzi za długo bez kursu, to zaczyna podejmować złe decyzje… czyli bierze kolejny „kurs życia” na Uberze.
12 km za 18 zł. Oczywiście miało być mniej, Uber jak zwykle policzył to magicznie po swojemu. Sam dojazd do restauracji – kilka kilometrów i prawie 20 minut jazdy. Potem przez Jagodno aż do Suchego Dworu. Coraz bardziej wiejsko, coraz bardziej polnie, droga zmienia się w piach, a później hit dnia – cała droga zasypana kamieniami i żwirem. Jechać się prawie nie dało, zeszłam z roweru i patrzyłam na robotników na dachu takim wzrokiem typu: „Serio? Tędy mam jechać z jedzeniem?”. Nowe osiedle, nasypali kamieni i radź sobie sama.
Ale przynajmniej po drodze były piękne kościoły. Kościół pw. Najświętszego Serca Pana Jezusa oraz Kościół NMP Pompejańskiej w Żernikach Wrocławskich. Oczywiście zatrzymałam się na zdjęcia, bo mam już chyba własną kolekcję kościołów z dostaw. To chyba jedyny spokojny i przyjemny moment tego dnia.
No i rower… znowu zaczął skrzypieć. Tak mnie to irytowało, że pojechałam do małego, wioskowego serwisu rowerowego. Siedział tam potężnie zbudowany Pan, który jednym ruchem podniósł mój prawie 30-kilogramowy rower, zawiesił na stojaku, pokręcił kołem przez minutę, coś popsikał, posmarował łańcuch i… 20 zł. Czyli więcej niż dostałam za ten daleki kurs na wieś. A rower dalej piszczał. Interes życia.
Później Uber znowu zaczął rzucać samymi „perełkami”. Koreańska budka na Gaju – 7 km za 15 zł, dostawa aż na Radomierzyce. Potem dobrał kolejne z tej samej restauracji. Wiozę drugie zamówienie i nagle rower wyłącza wspomaganie. Cisza. Koniec elektryki. 30 kg roweru nagle robi się dwa razy cięższe. Okazało się, że przekręcił się magnes w kole. Poprawiłam. Jadę dalej. Za chwilę znowu brak wspomagania. Tym razem magnes już był na miejscu, więc nawet nie wiadomo, o co chodziło. Wyłączałam rower, włączałam, modliłam się do elektroniki i jakoś działało… przez chwilę.
Potem jeszcze Wolt z Auchana – 4,7 km za 15 zł. Dwa ciężkie opakowania papieru do drukarki plus lody. Plecy miały serdecznie dość, szczególnie przy wnoszeniu tego wszystkiego na czwarte piętro.
Wieczorem jeszcze Uber z Solleim na Gaju – 5 km za 15 zł i dostawa akurat w moje rejony, więc myślę: „No, w końcu coś normalnego”. Ale oczywiście Uber musiał dobrać kolejne zamówienie z koreańskiej budki za UWAGA… dodatkowe 3 zł. I człowiek jak idiota bierze, a potem stoi ponad 10 minut i pierwsze zamówienie kisi się w plecaku.
Wiozę drugie, jestem pod budynkiem, pytam się ludzi gdzie jest recepcja i ten lokal, nie wiedzą. Obeszłam wokół blok i dalej nic. Domyślałam się, że może to właśnie znowu do Przychodni Weterynaryjnej, a jak, dobrze że tam weszłam. No i zabawna sytuacja jak stoję przy rowerze, Pani z pieskiem zagląda przez drzwi i mówi „nikogo tam nie ma, nieczynne”. Mówię „można wejść, otwarte”, a ona „ja wiem, wiem, ale tłumaczę dla pieska, że nieczynne, bo ciągle tam wyłudza smaczki od Pani”, zaczęłam się śmiać, mówię, że smaczki są najlepsze, więc nie dziwię mu się 😀 I nagle akcja, wychodzi kilka osób, klient z psem, Pani weterynarz, no i ta Pani z pieskiem stoi i piesek właśnie dostaje smaczki od Pani weterynarz, nagle wszyscy szczęśliwi, piesek merda ogonkiem, ja śmieję się z sytuacji.
Na koniec jednocześnie wpadł Uber i Wolt. Zaryzykowałam i przyjęłam oba. Okazało się, że odbiór z tej samej tajskiej restauracji. Wolt miał dostawę dosłownie 300 metrów dalej za 6 zł, więc pędzę szybko, żeby Uber się nie obraził. Winda oczywiście urządziła sobie wycieczkę krajoznawczą – ludzie wsiadają, wysiadają, ktoś jedzie do piwnicy, ktoś na trzecie piętro, drzwi same się otwierają… W myślach już miałam ochotę wejść schodami szybciej niż ta winda działała.
Potem jeszcze szybka dostawa Ubera za 8 zł, oczywiście pomyliłam blok i krążyłam między numerami jak satelita. Na sam koniec Uber chciał mnie jeszcze wysłać 5 km na Gaj, ale już powiedziałam „dość”. Nie miałam siły po tylu godzinach jazdy za grosze.
Wracałam zmęczona, zirytowana na rower i aplikacje, ale przynajmniej z fajnymi zdjęciami i kolejną absurdalną historią z życia kuriera rowerowego.












