200 zł okupione błotem, zimnem i cierpieniem pleców

🌇 Wrocław
🚲 E-bike
6 godzin
💵 197,75 zł (17,86 zł napiwków)
💰 33 zł na godzinę
🛒 15 dostaw / 77 km
🍔 Wolt / Uber / Bolt

Za ostatnią niedzielę obraziłam się na delivery. Tak słabo poszło i tak marnie płacili, że momentami aż odechciewało się jeździć. Dziś od początku też miałam wrażenie, że będzie lipa. Jeździłam bez przekonania, z myślą, czy w ogóle uda się zrobić chociaż 100 zł. W pewnym momencie serio zastanawiałam się, czy nie wrócić do domu po zarobionych 30 zł, bo tyle się musiałam na te pieniądze najeździć, że aż szok. Ale zacisnęłam zęby i jeździłam dalej. Powoli coś zaczęło wpadać. Najpierw dobiłam do 100 zł, potem do 150, aż nagle patrzę – 200 zł. Sama się zdziwiłam.

Po tylu godzinach jazdy moje ciało powiedziało jednak „dość”. Wróciłam zmęczona, osłabiona i głodna. Pogoda też nie pomagała – zrobiło się zimno, zaczął wiać silny, lodowaty wiatr, niebo było pochmurne, choć co jakiś czas zza chmur wychodziło słońce. Taki totalny miks: raz ciepło, raz zimno, ale ostatecznie skończyło się chłodem.

Na początku dawał tylko Uber. Wolt chyba się obraził, bo przez długi czas cisza, a nawet Bolt dorzucił jedno zamówienie. Pierwsze na Uberze – 6,7 km za 17 zł, pizza na Gaj. Średnio chciało mi się tam jechać, ale trudno. Klientka nie podała numeru mieszkania, dzwoniłam, ale nie odbierała. Dopiero później oddzwoniła i podała adres. Przy okazji Uber dorzucił pobliskiego kebaba za 6 zł na 1,5 km. Oczywiście pomyliły mi się kierunki i zamiast skrócić sobie drogę, pojechałam w drugą stronę i stałam jak ta głupia na kilku światłach, jadąc totalnie okrężnie.

Później Uber rzucił fajne zamówienie – bar z kotletem mielonym i dostawa praktycznie w stronę mojej dzielnicy. Idealnie, bo mogłam powoli uciekać z Gaju. Po tych kursach już czułam zmęczenie. Potem McDonald’s – 3 km za 9 zł. Z przyzwyczajenia odpaliłam jeszcze Bolta, gdzie zazwyczaj nic nie wpada, ale tym razem trafił się kebab – 4 km za 10 zł. Oczywiście czekanie w lokalu wieczność, bo Bolt tam zawsze ma opóźnienia.

Później Uber KFC z Bielan – 4,5 km za imponujące 12 zł… ale chociaż klient dorzucił 6 zł napiwku. W końcu odezwał się też Wolt: McDonald’s 2,5 km za 9 zł, a chwilę później Chleboteka – 5,7 km za 18 zł z dostawą aż na Jagodno.

I właśnie tam zaczęły się atrakcje. Jadąc skrótem przez pole, wjechałam w błoto. Rower cały uwalony, w błotnikach zgrzytało, błoto pryskało na ulicę. Będąc już na Jagodnie, dostałam jeszcze sklep z alkoholem – 2 km za 8 zł. Miły klient, chwilę pogadaliśmy o tym, jak dziwnie ponazywali tam ulice i jak łatwo się pogubić.

I wtedy Wolt rzucił zamówienie marzeń – 4 km za 36 zł. Bez zastanowienia kliknęłam przyjmij i szczęśliwa wracałam z tego zadupia, znowu przez błotne pole. Odbieram zamówienie, dostawa blisko restauracji, gotówka, jeszcze dostałam 6,50 zł napiwku z reszty. Patrzę później na podsumowanie… a tam 14 zł. Myślę: „Jak to?! Miało być ponad 30!”. Dopiero później ogarnęłam, że chyba spojrzałam na kwotę do wydania klientowi, a nie na zarobek za kurs. Klikane było na szybko, bo jeszcze rozmawiałam wtedy z klientem. No ale trudno – i tak lepiej niż wracać na pusto.

Potem Uber rzucił McDonald’s 4 km za 13 zł. Nie wzięłam i później żałowałam, bo zamiast tego wzięłam Wolta z Auchan – 3 km za 11 zł. Zakupy były tak ciężkie, że podczas jazdy przeklinałam pod nosem. Plecy aż wyginało. Jak dojechałam do klienta, to miałam ochotę rozpłakać się ze zmęczenia.

Dalej już resztkami sił: pizza na Oporów – 4,4 km za 15 zł i powrót na pusto, potem krótkie sushi – 1 km za 6 zł, później Uber McDonald’s – 2,4 km za 8 zł. Kilka dalszych kursów odrzuciłam, bo chciałam już kończyć. I wtedy Uber przyszedł z idealnym zamówieniem na koniec – co prawda aż 10 km, ale odbiór z Burger Kinga na Bielanach i dostawa praktycznie pod moje osiedle za 19 zł. Idealne zakończenie dnia.

Uber próbował jeszcze kusić kolejnym kursem za około 20 zł, też z Bielan, Pasibus, z dostawą całkiem blisko domu, ale miałam już kompletnie dość. Byłam wykończona, głodna i przewiana. Dziś wygrało tylko to, że się nie poddałam za wcześnie. Gdybym wróciła po tych pierwszych 30 zł, cały dzień byłby stracony. A tak, mimo zmęczenia – wyszło dużo lepiej, niż się spodziewałam.

Teraz zapowiadają kilka deszczowych dni, więc chyba czas zrobić sobie przerwę od delivery.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *