26 zł, 30 km i milion emocji

🌇 Wrocław
🚲 Rower górski
⌚ 3 godziny
💵 26 zł (0 zł napiwków)
💰 8 zł na godzinę
🛒 2 dostawy / 30 km
🍔 Uber Eats
Z niecierpliwością czekałam na zatwierdzenie rejestracji, żeby w końcu móc ruszyć w trasę. Wszystko akurat idealnie się złożyło w czasie. Pojechałam do sklepu rowerowego, żeby odpowiednio wyposażyć rower w niezbędne akcesoria: dzwonek do poganiania ludzi, uchwyt na telefon – jakże niezbędny i genialny wynalazek, oraz duży bidon na wodę, który uratował mnie przed upałem.
Ledwo zrobiłam zakupy, a już dostałam informację, że mogę rozwozić. Byłam tak uradowana, że wpadłam do mieszkania, chwyciłam plecak, niezbędne rzeczy i ruszyłam. O czymś zapomniałam… ale za pierwszym razem trudno pamiętać o wszystkim.
Najtrudniejsze było przełamanie strachu i wstydu przed wyjściem z tak wielkim plecakiem. Bo ludzie będą się patrzeć, komentować i w ogóle… O dziwo poszło łatwo. Z każdym kolejnym kilometrem zapominałam, że mam go na plecach.
Upał – 30 stopni, pełne słońce. Zaczęłam krążyć w okolicach McDonald’sa. Nic. Brak zamówień.
Zaczęłam się stresować, bo aplikacja wymagała jazdy w kasku, a ja go nie miałam. Najtańszy w sklepie kosztował prawie 400 zł… No ale prędzej czy później i tak musiałabym go kupić. Pojechałam więc do kolejnego sklepu rowerowego – ceny podobne.
Za to sklep świetny, z przemiłą obsługą. Cierpliwy pan doradzał mi dobre pół godziny, bo przymierzałam jeden kask za drugim. Żaden nie pasował na moją głowę, aż w końcu dobraliśmy odpowiedni.
No to teraz pełna profeska – ruszam dalej, już trochę spokojniejsza.
Znów krążę jak głupia wokół McDonald’sa. Mija godzina, potem kolejna. Kilometry lecą. Pogodziłam się już z myślą, że dziś będzie 0 zamówień i miałam wracać do domu.
Jestem w parku… i nagle – sygnał. Jest zamówienie!
Ciśnienie milion. Daję po hamulcach aż piszczą, zatwierdzam i pędzę z prędkością światła. A tu kolejne światła… i pociąg. Oczywiście tuż przede mną. Została minuta na odbiór.
Już byłam pewna, że nie zdążę. Pociąg przejechał, ruszyłam z kopyta jak najszybciej… i nagle – bach! Auto niemal we mnie wjeżdża. Zamyśliłam się, zapomniałam, że tam jest droga. Miałam ogromne szczęście – facet miał dobre hamulce i refleks. Zatrzymał się centymetr przede mną. Ja tylko lekko zdarłam skórę na nodze.
On w szoku, ja przepraszam, macham ręką, że „sory” i że mi głupio.
Wpadam do Kebab Kinga, odbieram zamówienie – a do przejechania 6 km. Jakoś trafiłam, ale klatki w bloku znaleźć nie mogłam. Na szczęście facet z dziewczyną wyszli przed budynek. Mówię, że to mój pierwszy raz, uśmiech, żart, że może jeszcze ciepłe 😃
Ogólnie ludzie byli dziś bardzo mili. Zbajerowałam uśmiechem, żeby się na mnie nie wkurzali 😃
Po około 20 km byłam już zmęczona i wracałam do domu, gdy wpadło drugie zamówienie z tej samej knajpy. Tylko 2 km – luz. Znowu problem ze znalezieniem klatki, ale jak na pierwszy raz… dałam radę.
Wracam już totalnie zmęczona, spragniona. Woda się kończy, bateria siada.
30 km w 3 godziny. Najciężej zarobione 26 zł.
Zawsze szanowałam dostawców i kurierów, ale teraz szanuję ich jeszcze bardziej. To kawał ciężkiej pracy. Wiedziałam o tym, ale ten dzień nie był o zarobku – był o przełamaniu się, pokonaniu własnych słabości.
I za to jestem dziś z siebie bardzo dumna.
Takie przeżycia zostają na zawsze. To świetna lekcja na przyszłość, super odskocznia od codzienności. Nawet jeśli wyjedzie się tylko na dwie godziny – to nie jest marnowanie czasu. Kondycja rośnie niesamowicie.
30 km to najdłuższy dystans, jaki kiedykolwiek przejechałam rowerem. Normalnie na 10 km nie chce mi się jechać, a tu… emocje zrobiły swoje.
Dzień spędzony rewelacyjnie. A najlepsze w tym wszystkim było to, że pomogłam starszym osobom znaleźć przychodnię lekarską. W takich momentach zapomina się o zmęczeniu i wszystkich niedogodnościach 🙂
Wspomnę, że na początku jeździłam zwykłym rowerem górskim, dopiero z czasem zakupiłam rower elektryczny i to była świetna decyzja.
