45 minut czekania za darmo, silny wiatr i absurdalne kursy na Uberze

🌇 Wrocław
🚲 E-bike
⌚ 4 godz. 45 min.
💵 130,62 zł (0 zł napiwków)
💰 27 zł na godzinę
🛒 10 dostaw / 55 km
🍔 Uber / Wolt
Po kilku dniach przerwy w końcu wyszłam na rower. Wiał tak silny wiatr, że długo zastanawiałam się, czy w ogóle ruszać z domu. Z drugiej strony, przed weekendem odebrałam mój „nowy” rower z serwisu, gdzie spędził prawie trzy tygodnie, więc wypadało sprawdzić, czy wszystko działa jak należy.
I powiem Wam jedno – po przesiadce ze starego roweru na nowy, poczułam ogromną ulgę. Różnica w komforcie jazdy jest ogromna. Jest lżej, szybciej i po prostu przyjemniej. Teraz na Jagodno mogę śmigać raz dwa.
Choć łatwo nie było. Wiatr dosłownie rzucał mną na boki i musiałam mocno trzymać kierownicę. Było pochmurno, chłodno i lekko deszczowo, choć na szczęście podczas jazdy nie padało.
A Uber… Uber znowu oszalał. Zasypywał mnie zamówieniami jak szalony. Tylko że były to jakieś totalnie absurdalne propozycje – odbiory z centrum, dostawy z południa miasta aż na północ. Kilkanaście takich kursów musiałam odrzucić. Naprawdę nie rozumiem, co się dzieje. Czy aż tak brakuje kurierów? Dlaczego aplikacja proponuje rowerzystom tak odległe trasy?
Największą perełką była propozycja kursu za… 108 zł! Nigdy wcześniej nie dostałam takiej oferty. Było to podwójne zamówienie liczące około 20 km, z południa Wrocławia aż na Psie Pole. Kuszące, bo w około dwie godziny można byłoby zarobić 108 zł, ale sam powrót to kolejne kilometry. Taka przeprawa to jednak nie dla mnie.
Pierwsze zamówienie dnia na Wolcie okazało się prawdziwym „majstersztykiem”. Zakupy z Auchan – kilka kilometrów, niezbyt wysoka kwota. Czekam więc w sklepie. I czekam. Pani kompletująca zamówienia uwijała się jak mogła i tłumaczyła, że jednocześnie wpadło mnóstwo zamówień, kurierzy stoją, a sytuacja jest dramatyczna.
W końcu powiedziała, że zabiera się za moje zakupy. Spojrzała na listę i rzuciła:
– Rany, jakie to długie!
Pomyślałam, że trochę jeszcze poczekam. Trochę… czyli 45 minut.
I nawet nie chodzi o sam czas oczekiwania. Problem w tym, że Wolt nie pokazuje listy zakupów, więc kompletnie nie wiedziałam, na co czekam. Kiedy wreszcie przyjechał wózek, moim oczom ukazała się wielka zgrzewka wody 6 × 1,5 litra, ogromny papier kuchenny i trzy torby zakupów.
Od razu powiedziałam, że tego nie zabiorę na rowerze. Skontaktowałam się z supportem. Zanim odpisali, minęły kolejne minuty. Ostatecznie usłyszałam, że nie mogą podzielić zamówienia, więc jedynym rozwiązaniem jest jego anulowanie.
Cóż za piękny początek dnia…
45 minut czekania po to, żeby anulować zamówienie i nie dostać za to ani grosza. Straciłam godzinę pracy i nadal miałam na koncie okrągłe 0 zł.
Jedyny plus? Przez ten czas zdążyłam zostać honorowym pracownikiem Auchan. Pomagałam zagubionym obcokrajowcom-kurierom odnaleźć zamówienia w lodówkach. Jeden z nich był bardzo wdzięczny i serdecznie mi podziękował.
Potem Uber znowu zasypywał mnie dziwnymi kursami, które musiałam odrzucać. W końcu przyjęłam pobliską restaurację – 6 km za 14 zł. Oczywiście tam również czekałam. Jakieś 15 minut. Naprawdę wymarzony początek dnia.
Dostawa była na Jagodno. I właśnie tam dostałam kolejne zlecenie – budka Koreańska na Uberze. Świetny kurs: 8 km za 17 zł, praktycznie na moją dzielnicę. Klient już czekał pod firmą.
Wolt tego dnia dał mi jeszcze tylko jedno zamówienie – również kuchnia koreańska, 4 km za 13 zł. Dostawa? Oczywiście Jagodno. Ale co tam – nowym rowerem to była chwila, nawet pod wiatr.
Później przyszła pora na nowość – Biedronkę na Uberze. Nigdy wcześniej stamtąd nie dostarczałam, choć dobrze znam ten sklep. Kiedyś regularnie chodziłam tam na polowanie na piękne rośliny doniczkowe. Tym razem było 4,5 km za 14 zł, do stałego klienta w moich rejonach.
Następnie hamburgery – 3,2 km za 10 zł i od razu dorzucona druga Biedronka. Najpierw zawiozłam jedzenie. Przyznaję, popełniłam mały błąd logistyczny, bo zakupy z Biedronki znalazły się na górze i trochę ważyły. Mam jednak nadzieję, że hamburgery dotarły w dobrym stanie.
Zakupy z Biedronki zawiozłam na osiedle obok domu, a zaraz potem wpadł McDonald’s za ładną kwotę – 18 zł za 5 km. Następnie kolejny McDonald’s – 3 km za 9 zł.
Na koniec Pasibus z Bielan i dobrane drugie zamówienie – łącznie 10 km za 22 zł. Jedno trafiło na myjnię samochodową, a drugie…
No cóż.
Drugie wiozłam przez polne drogi, dziury, błoto i pod wiaduktem. Oczywiście wybrałam jedną z dwóch możliwych tras i – jak się później okazało – tę trudniejszą. Śmiałam się potem z klientem, że chyba zatęskniłam za przygodami i specjalnie wybrałam błotnisty wariant.
Po tej dostawie wyłączyłam aplikacje i ruszyłam do domu. Na pełnej petardzie, przez wiadukt i ruchliwą ulicę, żeby jak najszybciej zakończyć dzień i nie przeszkadzać już autom.
Zarobek wyszedł taki sobie. Gdyby nie ta pierwsza stracona godzina w Auchan, wyszłoby około 32 zł za godzinę, a to już całkiem przyzwoity wynik jak na tę porę roku.
No cóż – przygody kuriera.
Najważniejsze, że rower po serwisie działa. Oby jak najdłużej.
Nawet nie miałam czasu zrobić zdjęć do bloga, więc załączam fotografię z porannego spaceru z kotem. Spotkaliśmy wtedy dwa przepiękne i wyjątkowo głośne kosy, które świergotały jak szalone, doprowadzając moją kotkę do niemałej frustracji. 😄

