7 godzin w upale, 18 dostaw. Pola, wioski, lawina zamówień i 22 zł napiwku

🌇 Wrocław
🚲 E-bike
⌚ 7 godzin
💵 211,69 zł (22,17 zł napiwków)
💰 30 zł na godzinę
🛒 18 dostaw / 85 km
🍔 Uber / Wolt
Jeździłam dziś 7 godzin w upale 32 stopni. Przejechałam 85 km i zrobiłam 18 dostaw. Było tak gorąco, że pot dosłownie ze mnie spływał, a woda znikała z butelek w ekspresowym tempie. W pewnym momencie, odbierając zamówienie, kupiłam sobie w restauracji małą butelkę zimnej wody za 6 zł. Normalnie bym się zastanawiała, ale wtedy była warta każdej złotówki. Ta schłodzona woda dosłownie uratowała mi życie.
Przez większość dnia sapałam jak pies. Upał dawał się we znaki, ale Uber nie miał dla mnie litości. Zamówienia wpadały jedno za drugim. Nie zdążyłam dostarczyć jednego, a już wskakiwało drugie i trzecie. Przerwy praktycznie nie istniały.
Dzień zaczęłam od hamburgerów za 12 zł z dostawą na Gaj. Jak już tam trafiłam, to zostałam w tych rejonach praktycznie do końca.
Najlepszy kurs dnia? Uber zaproponował podwójne zamówienie za 22 zł, aż 9 km do Radwanic. Odrzuciłam. Kilka minut później wróciło jak bumerang, ale już za 28 zł. Dwa zamówienia dla tego samego klienta. Ostatecznie wyszło 12 km, ale trasa okazała się fantastyczna. Piękna, długa ścieżka rowerowa prowadząca praktycznie cały czas prosto. Mogłam spokojnie rozpędzić się do 40 km/h i po prostu płynąć przed siebie.
Przy odbiorze jedzenia pani zapytała, czy oba zamówienia jadą do tego samego klienta. Odpowiedziałam, że tak i przy okazji wspomniałam, że jadę rowerem 12 km na wieś przy takim upale. Kobieta zrobiła wielkie oczy, aż szczęka jej opadła. Pośmiałyśmy się chwilę, życzyła mi szerokiej drogi i ruszyłam w trasę.
Dostawę zrobiłam w zaledwie 35 minut. Gorzej było z powrotem. Zamiast wracać tą samą trasą, dałam się skusić na genialny skrót według Google Maps. Skrót doprowadził mnie przez polną drogę prosto… na tory kolejowe. No świetnie. Już sobie wyobrażałam, jak przeprowadzam ten ciężki rower przez tory i proszę pociąg, żeby chwilę poczekał.
Na szczęście udało się objechać wszystko inną ścieżką. Trochę mnie wytrzęsło na dziurach, ale w końcu wróciłam na asfalt i znów mogłam cieszyć się jazdą.
Upał był taki, że aż powietrze falowało nad drogą. Na jednym zdjęciu tablica z napisem „Siechnice” wyglądała, jakby się wyginała od gorąca. I wiecie co? Mimo wszystko były też piękne momenty. 32 stopnie, wokół pola, długa ścieżka rowerowa, śpiew ptaków, cykanie koników polnych, wiatr we włosach i zapach lata. Gdzie poczujecie coś takiego, siedząc przy biurku? Ta robota na rowerze naprawdę ma swoje uroki.
Później Wolt wysłał mnie po kebaba na Brochów. 3,5 km za 11 zł. Na miejscu kamienna uliczka porządnie mną wytrzęsła, a kiedy szukałam bloku klienta, uśmiechnięta kobieta spacerująca z dzieckiem sama zapytała, kogo szukam, i wskazała drogę. Ludzie naprawdę często okazują się bardzo pomocni.
Po powrocie Uber dał mi Pasibusa, sushi i kuchnię azjatycką. Trzy zamówienia, łącznie 5,6 km za 25 zł. Wszystko szło świetnie, dopóki nie dotarłam do sushi. Ich słynne „5 minut” tradycyjnie zamieniło się w prawie 20 minut czekania.
Potem klientka podała zły adres i nie wpisała numeru mieszkania. Dzwonię – podała zły blok. Piszę – cisza. Dzwonię ponownie i dopiero wtedy udało się ustalić właściwy adres. Kolejne minuty uciekły.
Później Uber próbował kusić kursami po 10 km za 20 zł. No proszę was…
Wzięłam więc KFC za 8 zł, potem Pizza Hut za oszałamiające 6 zł. W Pizza Hut usłyszałam kolejne dziś: „Współczuję”. Chodziło oczywiście o jazdę w takim upale. Kilka osób powiedziało mi to tego dnia.
Za to później trafił się prawdziwy hit. McDonald’s na Bardzkiej. Kolejka kurierów była taka, że już prawie anulowałam zamówienie. Dobrze, że tego nie zrobiłam. Okazało się, że było to moje pierwsze gotówkowe na Uberze, to nowość którą dopiero co wprowadzili. Klient wręczył mi 100 zł i powiedział, że nie potrzebuje reszty. 22 zł napiwku! Takie dostawy lubię.
Niedługo później Uber dał mi kuchnię meksykańską. Odebrałam gotówkę, a chwilę później aplikacja dorzuciła kolejne zamówienie dla tego samego klienta. Drugą dostawę kazał już zostawić pod drzwiami. Albo nie chciał drugi raz mnie oglądać, albo tak bardzo śmierdziałam potem po całym dniu, że bał się o smak obiadu. 😂
Pod koniec dnia byłam już naprawdę wykończona. W jednej z restauracji kupiłam tę słynną małą butelkę zimnej wody za 6 zł. Weszłam tam zdyszana, spocona i spragniona jak nigdy. Ta woda smakowała lepiej niż niejeden luksusowy napój.
Największą ulgę czułam za każdym razem, gdy wchodziłam do klimatyzowanej restauracji albo chłodnego bloku. Miałam ochotę zostać tam kilka minut dłużej. Na zewnątrz był prawdziwy piekarnik.
Ostatnie zamówienie zrobiłam dla Wolta – wietnamskie na Jagodno za 17 zł, 6 km. Dostawa zajęła mi około 20 minut. Uber próbował jeszcze wyciągnąć mnie w stronę centrum, ale byłam już zmęczona, głodna, spragniona, spocona i marzyłam tylko o powrocie do domu.
Kiedy piszę te słowa, właśnie rozpętała się burza i zaczął padać deszcz. Nareszcie. Powietrze w końcu zrobi się przyjemniejsze. Co prawda zapowiadają jeszcze większe upały i pewnie rozsądnie byłoby zrobić sobie przerwę… ale ja i przerwa? To raczej słabo się widzimy. 😅
Kolejny dzień pełen przygód. Kolejny dzień, z którego jestem naprawdę zadowolona.


