Armageddon! Szalone kursy na Uberze, bolesne użądlenie osy i ulewa, która nie zostawiła na mnie suchej nitki

🌇 Wrocław
🚲 E-bike
3 godz. 15 min.
💵 107,49 zł (0 zł napiwków)
💰 33 zł na godzinę
🛒 9 dostaw / 42 km
🍔 Uber

To miał być tylko krótki dzień pracy…

Armageddon. Naprawdę nie wiem, jak inaczej określić to, co działo się dziś na mieście.

W wielkim skrócie: szalone kursy na Uberze jak w amerykańskim filmie akcji, ucieczka przed nadciągającą burzą, bolesne użądlenie osy w szyję podczas jazdy, a na koniec trzy ostatnie dostawy w takiej ulewie, że nie zostało na mnie ani jedno suche miejsce.

A wszystko zaczęło się całkiem niewinnie.

Wiedziałam, że będzie padać, bo dokładnie sprawdziłam pogodę przed wyjściem. Deszcz miał pojawić się około 15:00. Pomyślałam więc: czy w ogóle warto wychodzić na tak krótko? Czy zdążę cokolwiek zarobić, zanim zacznie lać?

Chmury robiły się coraz ciemniejsze, zaczęło lekko kropić, więc wiedziałam, że mam może pół godziny, zanim rozpęta się prawdziwa ulewa. Co więcej, ostatnie zamówienie dostałam w miarę blisko domu.

Plan wydawał się idealny.

Wydawał się.

Uber od razu rzucił mnie na głęboką wodę

Ledwo wyjechałam, a Uber zaczął zasypywać mnie dalekimi i kompletnie nieopłacalnymi kursami. Odrzucałam jeden za drugim.

Nie mogłam sobie pozwolić na wożenie zamówień gdzieś daleko od mojego rejonu. Wiedziałam przecież, że nadciąga deszcz i w każdej chwili może się rozpadać. Musiałam trzymać się swoich okolic, żeby w razie czego móc szybko zawrócić do domu.

W końcu pojawiło się coś sensownego – Biedronka, 3,5 km za 14 zł.

Biorę!

Klientka zostawiła bardzo szczegółowy opis, jak trafić pod właściwy adres. Spodziewałam się więc małego polowania na właściwą klatkę czy budynek.

A tu… cyk, myk! Zajechałam bez żadnego szukania, bez błądzenia, od razu pod właściwe miejsce. 😎

Mówię klientce:

– Dała pani takie dokładne instrukcje, a ja od razu trafiłam!

I byłam z siebie naprawdę dumna. 😂

Alkohol w plecaku i tajemnicze papierosy

Później odezwał się nawet Bolt z kebabem, ale odrzuciłam. Za daleko do klienta, a ja nie chciałam się zapuszczać w tamtym kierunku.

Wzięłam za to Ubera – KFC na Bielanach, 6 km za 15 zł.

Potem wpadła stacja Shell, a aplikacja dobrała mi jeszcze Biedronkę.

I tutaj zaczęła się ciekawsza część.

Ze stacji Shell odebrałam… cały pakiet alkoholu. Wódka, cztery piwa w butelkach i jakieś napoje. Plecak zrobił się konkretnie ciężki, a butelki przy każdym ruchu stukały o siebie, więc chyba każdy przechodzień wiedział, co właśnie wożę. 😂

A żeby było jeszcze ciekawiej, po drodze musiałam zajechać do Biedronki po kolejną porcję zakupów.

Tam trochę się naczekałam, a klientka od Biedronki co chwilę pisała z pytaniem, kiedy będę.

W tym samym czasie klientka od alkoholu miała w notatce prośbę:

„Czy może Pan/Pani kupić papierosy 2x, oddam gotówką.”

Zrobiłam szybką kalkulację w głowie.

Nie. Nie mogę.

Nie dlatego, że nie chciałam pomóc. Po prostu w tym momencie miałam już kolejne zamówienie, klientka czekała na zakupy, a ja nie miałam czasu wchodzić do sklepu, stać w kolejce i jeszcze wykładać własnych pieniędzy.

Gdybym była w innej sytuacji – może. Ale nie wtedy.

W końcu dotarłam do klientki i mówię, że niestety nie mogłam kupić papierosów.

A ona patrzy na mnie zdziwiona:

– Ale ja przecież nie zamawiałam papierosów!

Okazało się, że widocznie miała starą notatkę, którą kiedyś wpisała przy innym zamówieniu.

Uff! Jak dobrze, że ich nie kupiłam! 😂

Biedronka, brakująca pizza i… klucze

Teraz trzeba było już pędzić do klientki od Biedronki. Czekała na mnie na ulicy.

Coś powiedziała o tym, że chyba brakuje pizzy. Nie do końca zrozumiałam, o co chodziło. Ja przecież nie zaglądam do toreb z zakupami, więc jeśli czegoś nie było albo sklep czegoś nie włożył, klientka musiała zgłosić to Uberowi.

Cały kurs miał 8 km i przyniósł 25 zł.

Potem wpadła dostawa paczki. Odbiór miałam niedaleko i znowu krążyłam w tej samej okolicy.

2,3 km za 8 zł.

A co odebrałam?

Klucze!

I zawiozłam je do Żabki.

Bardzo ciekawe zamówienie. Przynajmniej mogłam spokojnie jechać przez dziury, bo tym razem nic nie mogło się wylać, stłuc ani wysypać z torby.

KFC, McDonald’s i coraz mniej czasu

Po drodze wpadł jeszcze McDonald’s z CH Borek, z dostawą do warsztatu samochodowego. 5 km za 12 zł.

Na miejscu czekał na mnie bardzo miły pan, więc szybko dostarczyłam zamówienie.

A potem dostałam kolejne z CH Borek – KFC.

Uber dobrał jeszcze dwa zamówienia z Bistro, a wszystkie miały dostawy w kierunku mojej „wioski”, czyli blisko domu.

I właśnie wtedy zaczęła się prawdziwa walka z czasem.

Miałam trzy ostatnie zamówienia, które musiałam dostarczyć szybko, jeśli chciałam wrócić do domu przed deszczem.

Chmury były już bardzo ciemne.

Wiedziałam, że zostało niewiele czasu.

I wtedy wydarzyło się coś, czego kompletnie się nie spodziewałam.

Osa zaatakowała mnie podczas jazdy!

Jadę z KFC i nagle…

BACH!

Prosto w szyję, osa zaplątała się w pasek od mojego kasku.

Zaczęła rzucać się na wszystkie strony, próbując się wydostać. Ja próbowałam ją uwolnić, ale zanim zdążyła odlecieć, użądliła mnie w szyję.

Ból był naprawdę konkretny.

Aż krzyknęłam.

Osa odleciała, a ja z bólem i skrzywioną miną pojechałam dalej do klienta.

Ludzie patrzyli na mnie, pewnie zastanawiając się, dlaczego jadę z taką miną i jednocześnie rozpinam kask.

A mnie normalnie chciało się płakać z bólu. Miejsce zaczęło mocno piec, a chwilę później pojawił się spory bąbel.

I oczywiście nie miałam czasu się nad tym zastanawiać, bo przede mną były jeszcze dwie dostawy.

Ucieczka przed burzą

Jadę dalej.

Chmury robią się coraz ciemniejsze.

Zaczyna kropić.

I wtedy już wiedziałam, że nie zdążę.

Przyspieszyłam.

Najpierw kilka kropli, potem coraz więcej. Starałam się jechać pod drzewami, ale nie zawsze było to możliwe.

Deszcz zaczął lać coraz mocniej.

Ubrania robiły się coraz bardziej mokre.

A ja miałam jeszcze 2 ostatnie dostawy.

Ostatnie zamówienie i kompletne przemoknięcie

Dojechałam do przedostatniej klientki już całkowicie przemoczona.

A przede mną była jeszcze ostatnia dostawa.

Deszcz rozpadał się już na dobre.

Nie miałam na sobie ani jednej suchej rzeczy. Ubrania można było dosłownie wykręcać z wody.

Rower cały mokry, hamulce zaczęły piszczeć, telefon również był przemoczony i ekran coraz gorzej reagował na dotyk.

Jechałam więc ostrożnie, żeby tylko się nie wywrócić.

W końcu dotarłam.

Klientka spojrzała na mnie, na wodę lejącą się z moich ubrań i chyba zrobiło jej się mnie żal.

– Przepraszam panią…

A ja tylko się zaśmiałam.

– To już ostatnie zamówienie. Mieszkam blisko.

Łącznie za te 3 dostawy wyszło 40 zł za 12 km.

Miałam już wychodzić, ale wtedy spojrzałam na to, co działo się za drzwiami.

Lało tak potwornie, że nie było sensu od razu ruszać.

Szybko odkluczyłam rower i… wniosłam go do klatki schodowej klientki.

Stałam tam przez jakiś czas i czekałam, aż ulewa choć trochę osłabnie.

Po pewnym czasie deszcz rzeczywiście trochę zelżał. Na tyle, żebym mogła spróbować wrócić do domu.

Telefon, burza i nerwy na granicy

Po drodze zadzwoniła do mnie mama.

Oczywiście przez deszcz i szum nie było nic słychać.

Ja krzyczę.

Mama krzyczy.

Ja próbuję coś powiedzieć.

Mama nic nie słyszy.

A w tle błyska burza, ja jestem przemoczona, telefon zaczyna wariować od wilgoci i jeszcze nie wiadomo, czy ekran za chwilę całkowicie odmówi współpracy.

Na szczęście później telefon wrócił do normalnego działania.

W domu zdjęłam całkowicie mokre ubrania i rozwiesiłam wszystko do suszenia.

Na szyi został mi piękny pryszcz po użądleniu osy.

A na koniec trzeba było jeszcze zrobić obiad.

Oczywiście w biegu.

I oczywiście byłam potwornie głodna, więc zjadłam dość późno. Przynajmniej zapiekanka ziemniaczana z mięsem mielonym wyszła przepyszna.

Mimo wszystko – jestem bardzo zadowolona

Po całym tym chaosie nerwy w końcu puściły.

Pośpiech, głód, zbyt dużo rzeczy naraz, burza, ulewa, mokre ubrania, problemy z telefonem, ciężki plecak, osa i dziewięć dostaw w ciągu tak krótkiego czasu…

To jednak trochę za dużo jak na jeden dzień.

Ale mimo wszystko jestem naprawdę bardzo zadowolona.

Przede wszystkim z zarobku i z godzinówki. Udało mi się zrobić aż 9 dostaw, zanim pogoda kompletnie się załamała.

No dobra… nie do końca przed deszczem. 😂

Ostatnie trzy dostawy robiłam już w ulewie, a przy ostatniej byłam przemoczona dosłownie do suchej nitki.

Ale najważniejsze, że dowiozłam wszystko, wróciłam bezpiecznie do domu i mogę teraz siedzieć, patrzeć na suszące się ubrania i wspominać ten dzień.

Armageddon na dwóch kółkach zaliczony.

Podobne wpisy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *