Awaria w trasie

🌇 Wrocław
🚲 E-bike
⌚ 5.5 godzin
💵 168,51 zł (15 zł napiwków)
💰 30 zł na godzinę
🛒 14 dostaw / 70 km
🍔 Wolt / Uber
Słaba niedziela, przynajmniej w porównaniu do tych sprzed miesięcy. Ale patrząc na ostatnie dni – było już lepiej. Więcej godzin na trasie, więcej dostaw, więcej kilometrów, trochę więcej kasy i wreszcie nieco lepsza godzinówka niż ostatnio.
Zacznę od pogody. Ogólnie fajna – słońce świeciło cały czas i gdy stało się w miejscu, było wręcz przyjemnie ciepło. Problem w tym, że wiatr był potężny i lodowaty. Tak bardzo, że żałowałam, iż zostawiłam kurtkę w domu. Momentami wiało piaskiem prosto w oczy, aż łzawiły.
Na plus – napiwki. Dziś ładnie wpadły, kilka osób dorzuciło coś od siebie, co zawsze poprawia humor.
Na minus – czekanie. McDonald’s, kebab, kolejne minuty stania… łącznie ponad pół godziny w plecy.
I wtedy wydarzyło się coś, co podniosło mi ciśnienie do maksimum.
Odebrałam ramen, wsiadam na rower i…
WHAT THE FUCK?!
Mój rower elektryczny przestał wspomagać. Silnik się odcina, zero mocy. A przypomnę – to ciężki rower, jazda bez wspomagania to prawdziwa mordęga.
Panika.
Mam jedzenie w plecaku, muszę jechać, nie mogę się po prostu zatrzymać. Jadę więc ślimaczym tempem, kombinując w głowie, co zrobić. Dzwonię do chłopaka i proszę, żeby poszukał w internecie, co to może być i dał mi znać. W tym czasie musiałam przejechać około 2 km do klientki – powoli, ciężko, bez wspomagania. Dostawa się opóźniła, ale na szczęście trasa była krótka, a ulice mało ruchliwe.
U klientki mówię wprost, że ledwo dojechałam, bo zepsuł mi się rower. Była miła, współczująca, powiedziała tylko, żeby oby to nie było nic poważnego.
Wyłączam apki (offline) i zaczynam ratować sytuację. Internet podpowiada, że to może być czujnik prędkości przy kole albo magnes. Myślę: no super, pewnie odpadł. Sprawdzam – magnes jest, więc robię zdjęcie, wrzucam do internetu. Odpowiedź:
👉 „Magnes jest za daleko od czujnika.”
Zaczęłam go delikatnie ruszać, przekręciłam w inną stronę. Wsiadam na rower…
DZIAŁA.
Uff. Serce wróciło na swoje miejsce.
Tyle strachu o taką drobnostkę. Do teraz nie wiem, czy sam się poluzował, czy o coś zahaczyłam, czy ktoś ruszył go celowo. W głowie miałam już wizję serwisów, kosztów i końca pracy na dziś. Byłam wkurzona i zestresowana.
Na szczęście udało się. Zrobiłam jeszcze kilka kursów, już spokojniej, ale z tyłu głowy miałam czujność.
A na sam koniec… Uber jakby czytał mi w myślach.
Dał idealny kurs po drodze, z dostawą praktycznie obok domu. Lepszego zakończenia tego nerwowego dnia nie mogłam sobie wymarzyć.
Nie była to niedziela marzeń, ale przetrwana. A to czasem już dużo 💛
