Bidon na środku ulicy

🌇 Wrocław
🚲 E-bike
5 godzin
💵 134,11 zł (7 zł napiwków)
💰 26 zł na godzinę
🛒 9 dostaw / 65 km
🍔 Wolt / Uber

Dziś podobna padaka jak wczoraj.
Mało zamówień, dużo czekania i kręcenia się bez większego sensu. Na Wolcie pierwsze zamówienie wpadło dopiero po czasie – na szczęście z dostawą blisko chaty: 5 km za 19 zł, więc chociaż tyle było na plus.

Drugie zamówienie też w podobnym klimacie, z Pasibusa, z dostawą na moją dzielnicę. Wyszło 10 km za 28 zł, ale czasowo zeszło mi sporo. Hamburger ledwo dojechał ciepły, bo w lokalu totalny chaos. Zamówienie było gotowe, leżało sobie na blacie i stygnęło, a obsługa kompletnie się nim nie przejmowała. Jedna osoba ogarniała klientów, reszta nawet nie raczyła podejść, zapytać czy po prostu wydać zamówienie. Czas leciał, a ja tylko patrzyłam, jak jedzenie traci temperaturę.

Potem jeszcze jedno dalekie zamówienie – 6 km za 19 zł. Niby stawka okej, ale przy takich dystansach i małej liczbie kursów ciężko złapać sensowną godzinówkę.

Uber, tak jak pisałam ostatnio, zaczął płacić trochę lepiej, co cieszy. Szkoda tylko, że zamówień nadal daje jak na lekarstwo. Potencjał jest, ale niewykorzystany.

Na drodze było dziś nerwowo i momentami niebezpiecznie. Po części z mojego osłabienia i braku skupienia, ale też z winy innych. Miałam dwie albo trzy sytuacje niemal czołowego zderzenia z rowerzystami, którzy jechali prosto na mnie i dopiero w ostatniej chwili wyhamowywali. Jechali zdecydowanie za szybko.

Do tego kilka nieprzyjemnych akcji z autami. W jednej sytuacji włączałam się do ruchu – z prawej strony kierowca mnie puścił, ruszyłam, a z lewej ktoś musiał gwałtownie hamować, bo nie zauważył, że już wjeżdżam. W tym samym momencie wypadł mi bidon i poturlał się na środek ulicy. Musiałam się zatrzymać, zejść z roweru i go podnieść, wstrzymując ruch. Stres jak cholera.

To był moment, w którym powiedziałam sobie dość. Ten bidon na magnes, mimo że kosztował 200 zł, doprowadza mnie do szału – wystarczy, że trącę go nogą i wypada. Kupuję zwykły bidon, bo bezpieczeństwo jest ważniejsze niż gadżety.

Zajechałam do Żabki po hot-doga, potem do Maka po kawę – swoją drogą 10 zł za małą kawę to już lekka przesada. Ale jedzenie i kofeina zrobiły swoje. Poczułam się lepiej, odzyskałam trochę sił i głowa wróciła na swoje miejsce.

Ten dzień tylko potwierdził jedno: przed delivery trzeba porządnie zjeść. Bez energii i koncentracji robi się zwyczajnie niebezpiecznie – dla siebie i dla innych. I żadna kasa nie jest tego warta.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *