Błoto, kałuże, policja, 8 piętro i ratowanie jedzenia od kuriera – dzień jak film akcji

🌇 Wrocław
🚲 E-bike
⌚ 7 godzin
💵 218,22 zł (6,60 zł napiwku)
💰 31 zł na godzinę
🛒 13 dostaw / 100 km
🍔 Uber / Wolt
Wczorajsze przygody to był pikuś w porównaniu z tym, co przeżyłam dzisiaj. Do domu wróciłam równie późno, a ten tekst piszę jeszcze później, bo zanim ogarnęłam rower, jedzenie i wszystkie powroty do rzeczywistości, minęło sporo czasu.
To był dzień pełen błota, kałuż, dziur, kamieni, silnego wiatru i walki o przetrwanie. Chwilami czułam się jak Bear Grylls przemierzający dżunglę, tylko zamiast maczety miałam rower i plecak kurierski.
Dzień zaczął się niewinnie. Uber wysłał mnie do Biedronki po zamówienie warte 30 zł za około 12 kilometrów. Zamówienie nie było gotowe, więc odstałam swoje 10 minut. W torbie same słodycze, lekko i przyjemnie. Problem pojawił się później.
Dostawa była do Domasława pod Kobierzycami. Do wyboru miałam dwie trasy. Jedna dłuższa, przez cywilizację i ścieżki rowerowe. Druga krótsza o około 3 km przez pola. Oczywiście wybrałam tę krótszą.
Najpierw ruchliwa wiejska droga pełna samochodów. Potem zaczęła się prawdziwa przygoda. Polna droga pełna dziur, wybojów i kolein. Trzęsło tak, że momentami ledwo dało się jechać. A później było jeszcze lepiej – błoto i ogromne kałuże. W wielu miejscach musiałam zejść z roweru i prowadzić go pieszo, szukając kawałka suchej ziemi. Buty brudne, rower ubłocony, a błoto weszło pod błotniki i przez następne kilometry hałasowało tak, że miałam ochotę je wydłubać patykiem.
Potem przyszły kamienie. Mnóstwo kamieni. Kiedy w końcu dotarłam do klienta, czekał już przy drodze. Jeszcze z daleka zaczęłam opowiadać mu, jaką przeprawę właśnie przeżyłam. Oboje śmialiśmy się z tego.
Powrót tą samą trasą absolutnie nie wchodził w grę. Ruszyłam więc szukać asfaltu i cywilizacji. W końcu znalazłam drogę, po której można było normalnie jechać. Błoto dosłownie wylatywało spod kół. Wiatr szarpał rowerem na wszystkie strony, a obok pędziły samochody i tiry. Mocno ściskałam kierownicę, żeby nie skończyć pod kołami.
Gdzieś na Bielanach zatrzymałam się, bo kompletnie straciłam orientację. Zauważył to starszy pan i zapytał, czy nie potrzebuję pomocy. Powiedziałam, że chcę trafić do KFC, Auchan albo gdziekolwiek, gdzie są ludzie i restauracje. Wskazał mi drogę, dzięki czemu wróciłam do bardziej przyjaznych rejonów.
Po drodze odwiedziłam chłopaka w pracy. Opowiedziałam o swoich przygodach, chwilę odpoczęłam i skorzystałam z toalety, za co mój pęcherz był mi wdzięczny przez kolejne godziny.
Niestety Uber nie miał dla mnie litości. Kolejne zamówienie – Burger King z Bielan. 11 kilometrów za 22 zł. I oczywiście znowu na wieś. Tym razem okolice Siechnic i Biestrzykowa. Ponownie błoto, kałuże, ruchliwe drogi i szukanie adresu, którego nie mogłam znaleźć. Klient musiał tłumaczyć mi przez telefon, jak do niego dotrzeć.
Na szczęście wracając wybrałam lepszą trasę przez Radomierzyce i ścieżki rowerowe. W końcu wróciłam do swoich rejonów. Tam Uber dał nową restaurację o której nie miałam pojęcia, jakaś orientalna, 6 km za 14 zł, a dostawa do nowego osiedla. Dopiero niedawno skończyli budowę bloków, więc zdziwiłam się, że już mieszkają tam ludzie. Największą niespodzianką okazała się jednak niedziałająca winda. Musiałam wejść na ósme piętro pieszo. Po całym dniu jazdy nogi dosłownie płonęły.
W międzyczasie Uber ciągle próbował wysyłać mnie na kolejne dalekie kursy. Na szczęście odezwał się Wolt i zaczął ratować sytuację krótszymi dostawami. McDonald’s, Asian Street Food, kuchnia wietnamska, Gaj, Jagodno – ciągle coś wpadało. Byłam już zmęczona, ale zamówienia pojawiały się jedno po drugim i trudno było skończyć pracę.
Najbardziej zabawny moment dnia wydarzył się na trasie na Jagodno. Pędziłam ścieżką rowerową około 40 km/h. W pewnym momencie mucha wleciała mi do oka. Walczę z muchą, pocieram oko, coś tam mruczę pod nosem i nagle patrzę… policja.
Dwóch policjantów stoi obok torów z założonymi rękami i obserwuje, jak przelatuję obok nich jak torpeda. Ja w głowie tylko: „O kurde…”. Oni patrzą zdziwieni, ja patrzę zdziwiona i pojechałam dalej.
Później rower postanowił się na mnie zemścić. Przy jednej z dostaw nie mogłam przejść przez bramę, a gdy klientka otwierała mi ją drugi raz, rower przewrócił się prosto na mnie. Kierownica uderzyła mnie w brzuch. Na szczęście rowerowi nic się nie stało. Ja jakoś też przeżyłam.
Wróciłam w swoje rejony. Wolt podrzucił mi zamówienie z Chleboteki – 5 km za 14 zł oraz jedzenie z restauracji indyjskiej, 2,7 km za 10 zł. Dostarczam to drugie i nagle zauważam, że coś się wylało. Dno torby było lekko mokre. Zaczęłam wycierać plecak, a klient od razu się przejął i zaproponował ręcznik papierowy. Powiedziałam, że mam chusteczki i zaraz wszystko ogarnę. Na szczęście nie było tego dużo, ale trochę sosu się ulało. Najpewniej podczas jazdy, kiedy na nierównej drodze porządnie mną wytrzęsło.
Pod koniec dnia wydarzyło się coś, czego jeszcze nigdy nie miałam. Wolt napisał do mnie wiadomość. Okazało się, że innemu kurierowi przebiła się opona i nie był w stanie dokończyć dostawy. Zapytali, czy mogłabym przejąć zamówienie. Zgodziłam się bez wahania, a obecne zamówienie z sushi anulowali, bo było w innym kierunku.
Podjechałam do kuriera, który stał przy rowerze z całkowicie pustym tylnym kołem. Odebrałam od niego jedzenie i ruszyłam do klienta. Za trzykilometrową dostawę dostałam aż 19 zł. Była to prawdziwa misja ratunkowa jedzenia i przyznam, że cała sytuacja była całkiem ekscytująca.
Do domu wróciłam późnym wieczorem. Zmęczona, bardzo głodna, ale też zadowolona. Na liczniku kolejny intensywny dzień (100 km), a w głowie mnóstwo historii. Rower był tak brudny, że od razu wylądował na tarasie do mycia. Opony i błotniki już są czyste, ale przede mną jeszcze ręczne czyszczenie całej ramy oraz ponowne mycie i smarowanie łańcucha.
Zmęczona? Bardzo. Czy było warto? Zdecydowanie tak. Takie dni pamięta się najdłużej.





