Brak zamówień był tak wielki, że trąba powietrzna próbowała mnie zabrać na dostawę

🌇 Wrocław
🚲 E-bike
3 godz. 20 min.
💵 68,59 zł (0 zł napiwków)
💰 20 zł na godzinę
🛒 5 dostaw / 45 km
🍔 Uber / Wolt

Po dzisiejszej dniówce zwijam manatki i lecę na te obiecane Hawaje. Dzień był tak „bogaty” w zamówienia, że w końcu dorobiłam się fortuny. Dobra, dobra… znowu się nabijam.

Prawda jest taka, że było tragicznie. Naprawdę ciężko, naprawdę mało zamówień i przez większość dnia jeździłam ze skwaszoną miną. Mam wrażenie, że z każdym dniem jest coraz gorzej. Kiedy wydaje mi się, że gorzej już być nie może, następnego dnia aplikacje udowadniają mi, że jednak może.

Po dwóch godzinach byłam już tak zmęczona jazdą tym starym, topornym rowerem, że nie miałam siły dalej kręcić, nawet na mocniejszym wspomaganiu. W nowym rowerze na pierwszym poziomie wspomagania jadę szybciej i lżej niż tym na czwartym czy piątym. Do tego bateria w starym znika w oczach. Oszczędzałam ją jak mogłam, ale czasem nie było wyjścia.

Pogoda za to dopisała idealnie. Ledwo wyjechałam z domu, a już wpadł Uber – hamburgery, 4,5 km za 12 zł. Później długo nic. Siedziałam w parku i czekałam, aż w końcu aplikacja rzuciła mi „kurs życia” – Żerniki Wrocławskie, 8,5 km za 18 zł. Pojechałam, bo alternatywą było dalsze siedzenie na ławce i podziwianie chmur.

Trasa okazała się całkiem przyjemna. Fajna ścieżka rowerowa, trochę zieleni. Co ciekawe, zaraz po dostawie, praktycznie z samego środka „końca świata”, dostałam kolejne zamówienie – Chleboteka na Jagodnie, 4,3 km za 10 zł.

Po drodze zauważyłam dwa piękne kościoły w Żernikach Wrocławskich, które fotografowałam już wcześniej. Tym razem widziałam je z zupełnie innej strony i muszę przyznać, że prezentowały się jeszcze ciekawiej niż ostatnio.

Po dostawie wreszcie odezwał się Wolt. Skąd odbiór? Oczywiście z Żernik Wrocławskich. Tak więc ponownie ruszyłam w tamtym kierunku i zaczęłam krążyć między Żernikami a Jagodnem jak satelita na orbicie. Odbiór z Bafra Kebab, 4,7 km za 14 zł.

Potem Uber próbował mnie wysłać do Żórawiny, 14 km na wieś. Ostatnio odmówiłam i tym razem zrobiłam dokładnie to samo. Gdybym pojechała tam tym rowerem, to ze mnie też zostałaby „żórawina” – tylko w formie soku.

Na koniec wpadły jeszcze zakupy z Carrefoura na Bielanach – 4,5 km za 12 zł. Niezbyt lekkie, ale też bez tragedii. Po dostawie zostałam chwilę na Bielanach, licząc, że może trafi się coś w okolicy.

I wtedy wydarzyło się coś dziwnego.

Nagle w jednym miejscu zrobił się potężny hałas. W powietrzu zaczęły latać źdźbła trawy, liście, piasek i różne śmieci. Wszystko pędziło prosto na mnie. Wiatr był tak silny, że musiałam mocno złapać rower, żeby go utrzymać. Dopiero po chwili zorientowałam się, że patrzę na coś w rodzaju mini trąby powietrznej. Krótkie, lokalne zjawisko, ale wyglądało naprawdę efektownie.

Później wróciłam na swoją dzielnicę, odpaliłam trzy aplikacje i czekałam. Pół godziny. Zero zamówień. Nic. Kompletnie nic.

W końcu, smutna i rozczarowana, wyłączyłam wszystko i wróciłam do domu. Szkoda było marnować kolejny czas na bezczynne stanie.

Sama już nie wiem, jak na to patrzeć. Czy warto się denerwować? Może powinnam cieszyć się tym, że pojeździłam na świeżym powietrzu, złapałam trochę słońca i się poruszałam? Z jednej strony tak. Z drugiej jednak za opalanie jedzenia nie kupię, a po takim wysiłku apetyt mam za trzech.

Jest jeszcze kwestia roweru. Moja cierpliwość powoli się kończy. Nie mam pojęcia, ile czasu serwis będzie go jeszcze trzymał, a jazda tym starym sprzętem wykańcza mnie już po godzinie. Perspektywa przejeżdżenia na nim całego lata wcale mi się nie podoba. Nerwy rosną, zmęczenie też, a przypominam, że osiemnastu lat już dawno nie mam. Taka praca potrafi dać w kość bardziej, niż wielu osobom się wydaje.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *