Ciężki dzień na delivery – wiatr, nerwy i śmieszny bolid na ulicy

🌇 Wrocław
🚲 E-bike
⌚ 4.5 godziny
💵 101,89 zł (5 zł napiwku)
💰 22 zł na godzinę
🛒 9 dostaw / 55 km
🍔 Wolt / Uber
Dziś powinien być piątek trzynastego, bo totalnie nic mi nie szło. Od samego początku dzień był jakiś pechowy i męczący – zarówno fizycznie, jak i psychicznie.
Fizycznie dlatego, że wiał tak silny wiatr, że momentami dosłownie machało mną na boki. Jazda była ciężka, szczególnie przy ruszaniu. Rower waży około 30 kg, więc przy takim wietrze każde ruszenie z miejsca było kilka razy trudniejsze niż zwykle. Psychicznie też było ciężko – bardzo mało zamówień, dużo czekania i kręcenia się bez sensu.
Do tego doszła jeszcze jedna sytuacja. Szukałam jednego bloku, jechałam skupiona na numerach i byłam pewna, że jadę po ścieżce rowerowej. Nagle widzę, że całą szerokością idzie rodzina z dziećmi. Zadzwoniłam dzwonkiem, a oni zaczęli na mnie krzyczeć, że ścieżka rowerowa jest obok. I faktycznie… była. Tylko że ja tak się skupiłam na szukaniu bloku, że pomyliłam ścieżkę z chodnikiem – wyglądały praktycznie tak samo.
Pierwsze zamówienie było z Wolta – krótkie i szybkie, około 1 km za 6 zł. Dobre na rozgrzewkę i nawet zaczęło się miło, bo dostałam 5 zł napiwku. Niestety mój dzisiejszy humor i nastawienie do ludzi nie było już takie przyjemne. Dosłownie wszystko mnie irytowało.
Najbardziej denerwował mnie dźwięk głośnego łańcucha w rowerze. Brzmiał tak, jakbym jechała na kompletnie suchym napędzie. I wtedy pojawiło się pytanie: po co ja wczoraj czyściłam cały napęd i smarowałam go drogim olejem, skoro dziś działa gorzej niż wtedy, gdy przez tygodnie był niesmarowany? Kompletnie tego nie rozumiem. Chyba wrócę do starych, tanich smarów, bo przynajmniej działały.
Potem Uber dał kebaba – około 4 km za 11 zł. Później znowu cisza i długie czekanie. W końcu wpadł McDonald’s. Zajechałam na miejsce i musiałam zadzwonić do klientki, bo nie mogłam otworzyć bramki. Te instrukcje przy domofonach często są tak napisane, że trudno je zrozumieć. Okazało się, że wystarczy wpisać numer mieszkania. No geniusz.
Kolejne zamówienie znów z Ubera – ta sama restauracja tajska. Blisko i za grosze, a dostawa… dosłownie na drugą stronę ulicy.
Po dostawie zobaczyłam starszą kobietę idącą z ciężkimi torbami. Powiedziałam jej, że znam kod do drzwi i mogę otworzyć. Otworzyłam i przytrzymałam drzwi, bardzo się ucieszyła. Dopiero później pomyślałam, że mogłam zaproponować wniesienie zakupów. Ale sama byłam już zmachana – chwilę wcześniej wchodziłam na czwarte piętro, rower miałam już odbezpieczony i tak to jakoś wyszło. Kobieta zatrzymała się na chwilę, żeby odsapnąć. W sumie tak samo jak ja.
Na tym Uber się skończył i dalej już jeździłam tylko na Wolcie. Znowu tajska restauracja, trochę bliżej centrum. Potem pizzeria – około 4 km za 13 zł, a pizza taka wielka, że prawie rozpychała plecak. Następnie sushi – ponad 5 km za 17 zł, aż na Grabiszyn. Pojechałam przez park, a wiatr wiał tak mocno, że momentami miałam wrażenie, że stoję w miejscu.
Na miejscu znów naszukałam się bloku – dostawa była do fizjoterapeuty. Przy okazji przytrzymałam bramkę innemu kurierowi. W ogóle dziś był jakiś dzień otwierania drzwi i bramek – kilku osobom już pomagałam w ten sposób.
Potem powrót kilka kilometrów na pusto w swoje rejony. Kolejne zamówienie z Pierogarni – ponad 4 km za 15 zł. I dostawa dokładnie w to samo miejsce, gdzie wcześniej szukałam bloku i gdzie na mnie nakrzyczeli za jazdę po chodniku.
Po tym kursie byłam już tak zmęczona tym kiepskim dniem, że postanowiłam pojechać na Bielany i kupić sobie gyrosa z osobistą dostawą… do własnego domu.
Godzinówka wyszła śmieszna. Jeśli tak miałoby być codziennie, to byłaby to dosłownie jazda za miskę ryżu.
Ale przynajmniej wydarzyło się coś zabawnego. Jadę sobie ulicą i nagle widzę… coś jak mały bolid. Taki malutki, wąski, kolorowy pojazd, a w środku siedzi dorosły facet! Wyglądało to tak komicznie, jak w kreskówce – między dużymi samochodami jedzie sobie taki malutki pojazd, prawie schowany między autami i popiernicza ulicą.
Ja rzadko kiedy śmieję się na głos, ale na jego widok parsknęłam śmiechem. Szkoda, że nie miałam jak tego nagrać, bo to było naprawdę komiczne i jednocześnie ciekawe. Patrzyłam też na reakcje innych ludzi – wszyscy byli zaciekawieni i zdziwieni. Normalnie kreskówka na ulicy.
A na koniec jeszcze jedna ciekawostka. Dziś do Wrocławia przyjechał Mateusz z Radomia – z naszej grupy na Discordzie – żeby sprawdzić, jak wygląda tutaj praca na delivery. Jeździliśmy mniej więcej w tym samym czasie, tylko on bardziej w centrum, a ja na obrzeżach miasta. Niestety trafił fatalnie – bardzo ciepły, słoneczny dzień i ogólna posucha na zamówienia.
U niego wyszło około 15 zł na godzinę. U mnie trochę lepiej, ale niewiele lepiej. Po kilku godzinach wsiadł w pociąg i jedzie 5 godzin do domu. No cóż… trafił na jeden z tych dni, kiedy kurierzy naprawdę mają pod górkę.




