Dalekie kursy pod wiatr, długie czekanie, awaria Pyszne i zaskakująco dobry wynik

🌇 Wrocław
🚲 E-bike
6 godz. 40 min.
💵 245,92 zł (11 zł napiwków)
💰 37 zł na godzinę
🛒 16 dostaw / 82 km
🍔 Pyszne / Wolt

Początek dnia – Pyszne i… oczekiwanie

To był naprawdę długi dzień na rowerze. Dużo godzin, mnóstwo wykręconych kilometrów, sporo jazdy pod silny wiatr, a do tego 27 stopni i momentami niezły skwar. Początek dnia zapowiadał się jednak zupełnie inaczej niż jego zakończenie.

Zaczęłam od bloków na Pyszne, które miałam od 11:30. Przyjechałam trochę wcześniej i czekałam na ławce w parku, aż rozpocznie się mój blok. Pierwsze zamówienie przyszło szybko i było wręcz idealne na rozgrzewkę – pierogi, zaledwie 2,5 km za 10 zł. Szybko je zrobiłam, a dodatkowo dostałam jeszcze 6 zł napiwku.

Zaczęło się wyśmienicie. Pomyślałam więc, że może cały dzień będzie wyglądał podobnie.

No cóż… delivery szybko sprowadziło mnie na ziemię. 😅

Przez dłuższy czas nic kompletnie nie wpadało. Krążyłam po okolicy, robiłam zdjęcia w parku i zastanawiałam się, co dalej. Uber próbował nawet wysłać mnie do Kątów Wrocławskich – 16 km za 35 zł. Podziękowałam. To już byłaby wyprawa, a nie dostawa.

Z desperacji zaczęłam jechać w dalszą stronę miasta, w kierunku Gaju. I wtedy odezwał się Wolt. Zawrotka i Chleboteka w moich rejonach – 1,5 km za 7 zł, dostawa do centrum medycznego. Pyszne nadal milczało, więc Wolt zaczął ratować sytuację.

Wolt przejmuje inicjatywę

Chwilę później dostałam podwójne zamówienie z indyjskiej restauracji – 6 km za 19 zł, oba dowozy na Jagodno. W restauracji oczywiście trzeba było swoje odczekać. Tego dnia czekanie miało zresztą stać się motywem przewodnim.

Będąc już na Jagodnie, wpadło kolejne zamówienie z Wolta – krótkie, z restauracji praktycznie obok. Tylko 800 metrów za 7 zł.

Wreszcie odezwało się również Pyszne. I oczywiście nie mogło dać mi czegoś blisko.

Z Jagodna musiałam pojechać aż na Partynice po hamburgera. Łącznie wyszło 7,5 km za 21 zł. Na miejscu oczywiście… czekanie.

Mam wrażenie, że tego dnia w niemal każdej restauracji ktoś postanowił sprawdzić moją cierpliwość. 10 minut? 15 minut? A może 20? Proszę bardzo!

Awaria Pyszne i walka z aplikacją

Jakby same postoje były niewystarczające, Pyszne miało tego dnia potężne problemy techniczne. Aplikacja co chwilę się zacinała, zawieszała i wyrzucała błędy.

Nie mogłam zaakceptować zamówienia. Nie mogłam potwierdzić dostawy. Czasami pomagało wyłączenie i ponowne uruchomienie aplikacji.

Aż w pewnym momencie przestało pomagać nawet to.

Musiałam wyłączyć internet, GPS, wstrzymać działanie aplikacji i wyczyścić pamięć podręczną. Dopiero wtedy wszystko zaczęło działać normalnie.

Przy pracy na rowerze każda taka awaria jest wyjątkowo irytująca. Człowiek stoi, czas leci, zamówienie czeka, a aplikacja postanawia urządzić sobie własną przerwę techniczną.

Greckie jedzenie, kebab i coraz większy upał

Później Pyszne dało mi greckie zamówienie – 5 km za 16 zł, a dostawa była dokładnie tam, gdzie chwilę wcześniej skończyłam poprzednią. Co więcej, właśnie tam stałam.

W restauracji greckiej znowu długo czekałam, ale przynajmniej mogłam skorzystać z łazienki.

Następnie kebab na Borowskiej – 3,2 km za 13 zł. I tutaj również nie obyło się bez oczekiwania.

Do tego robiło się naprawdę gorąco. Słońce, 27 stopni i intensywna jazda sprawiały, że momentami było już zwyczajnie ciężko. Zwłaszcza kiedy wiatr, zamiast pomagać, postanawiał jeszcze trochę utrudnić życie.

Pyszne później kilka razy próbowało ciągnąć mnie w stronę centrum, ale odrzucałam te zamówienia. W końcu trafiło się coś lepszego – 4,2 km za 14 zł, w dodatku w kierunku moich rejonów.

Potem ramen – 5,3 km za 17 zł, z dostawą na to samo osiedle, na którym właśnie skończyłam poprzednie zamówienie.

Powrót do znajomej pizzerii

W końcu trafiło się jedno z przyjemniejszych zamówień tego dnia – Pyszne, 5,4 km za 16 zł, odbiór z pizzerii na Partynicach, czyli w moich rejonach.

Co ciekawe, w tej pizzerii byłam już dawno temu i od jakiegoś czasu zastanawiałam się, dlaczego przestały mi stamtąd wpadać zamówienia.

Okazało się, że lokal zniknął z Wolta i Ubera. Został tylko na Pyszne i Glovo. A skoro tego dnia jeździłam na Pyszne, to w końcu znowu dostałam stamtąd zamówienie.

Pogadałam chwilę z bardzo miłą właścicielką. Lokal się zmienił – został powiększony i wygląda teraz naprawdę przytulnie.

Sama dostawa była krótka. Wyszła pani z dzieckiem, któremu pomachałam. Takie małe, sympatyczne momenty potrafią poprawić humor podczas długiego dnia.

Dalekie zamówienie do Żernik

W międzyczasie Wolt dał mi jeszcze Chlebotekę – 3 km za 10 zł. Dostawa była do domu, do którego musiałam wejść przez ogródek na tyłach posesji.

Później Pyszne – sushi, 6 km za 18 zł.

A potem pojawiło się zamówienie, które było naprawdę konkretne.

Bafra Kebab w Żernikach – 9 km za 29 zł, z dostawą na Jagodno.

Problem był tylko taki, że ja w tym momencie znajdowałam się gdzieś pomiędzy Parkiem Południowym a Skowronim. Do restauracji miałam więc ponad 7 km!

Normalnie można by się zastanawiać, czy warto.

Tym razem wzięłam.

Po pierwsze, stawka była naprawdę dobra. Po drugie, pozwalało mi to dobić do zaplanowanej kwoty. A po trzecie – trasa prowadziła piękną i długą ścieżką rowerową.

Więc po prostu jechałam.

I jechałam.

I jeszcze trochę jechałam.

Sam dojazd zajął mi około pół godziny. Podejrzewam, że kiedy dotarłam na miejsce, kebab miał już własny klimat termiczny i zdecydowanie nie był tak gorący, jak w momencie przygotowania. 😅

Zamówienie było gotówkowe, więc dostałam jeszcze 3 zł napiwku.

Pyszne kontra Wolt – różnica w stawkach

Kolejne zamówienie z Pyszne również miało daleki odbiór – łącznie 8 km za 23 zł. Odbiór z Partynic, a dostawa do salonu Hondy.

Sam dojazd do restauracji wynosił około 5 km.

I tutaj bardzo dobrze było widać różnicę między stawkami na Wolt i Pyszne. Przy podobnej liczbie kilometrów Wolt potrafił zapłacić zdecydowanie więcej. W przypadku Pyszne trzeba jeszcze pamiętać o kilku złotych, które finalnie trzeba przeznaczyć na ZUS.

Każde zamówienie trzeba więc patrzeć nie tylko przez pryzmat kwoty na ekranie, ale również tego, ile kilometrów trzeba przejechać i ile pieniędzy faktycznie zostanie.

Mała przerwa na fotografię

Będąc już na Jagodnie, zauważyłam piękny mural na dużej ścianie bloku.

Nie mogłam przejechać obok obojętnie.

Cofnęłam się specjalnie, zeszłam z roweru, przeszłam przez ulicę na chodnik i zrobiłam mu zdjęcie. Nawet podczas pracy warto czasami się zatrzymać i zauważyć coś ciekawego po drodze.

Zwłaszcza kiedy całe miasto ogląda się głównie z perspektywy rowerowego siodełka.

Idealne zakończenie

Na sam koniec Wolt rzucił mi zamówienie wręcz idealne – zakupy z Auchan, 2,6 km za 11 zł, z dostawą koło mojego domu.

Dokładnie tego potrzebowałam.

Bloki na Pyszne właśnie się kończyły, więc wiedziałam, że będzie to moje ostatnie zamówienie tego dnia.

Pojechałam z zakupami pod blok klienta i tutaj czekała mnie jeszcze jedna mała niespodzianka. Przy bramce stał człowiek z kluczami, bo… bramka się zacięła.

Nie można było ani wejść, ani wyjść.

Dobrze, że akurat ktoś tam był, bo w przeciwnym razie musiałabym dzwonić do klienta i prosić o pomoc w otworzeniu.

I tym sposobem – koniec.

Dużo kilometrów, dużo zmęczenia i bardzo dobry wynik

Wróciłam do domu głodna i trochę zmęczona. Trudno się dziwić – ostatnie dni były naprawdę intensywne.

Dużo godzin.

Dużo kilometrów.

Dużo jazdy pod wiatr.

Dużo czekania w restauracjach.

I… zaskakująco dużo zarobku.

Właśnie to jest chyba największym zaskoczeniem tego dnia. Początek był słaby, długo nic nie wpadało, aplikacja Pyszne wariowała, w restauracjach trzeba było czekać nawet po 20 minut, a do tego zdarzały się bardzo dalekie dojazdy.

Mimo wszystko końcowy wynik wyszedł lepiej niż w ostatnich dniach.

Aż człowiek zaczyna się zastanawiać, jaki byłby wynik, gdyby nie było tych wszystkich przestojów. Gdyby zamówienia wpadały jedno po drugim, nie byłoby czekania w restauracjach, aplikacja działałaby bez problemów, a ja nie musiałabym stać na światłach, omijać robót drogowych czy czekać na klientów.

Godzinówka mogłaby wtedy spokojnie przekroczyć 40 zł za godzinę, a może nawet więcej.

Ale to oczywiście tylko gdybanie. Delivery ma to do siebie, że zawsze coś się wydarzy. Czasami trzeba czekać. Czasami restauracja się spóźnia. Czasami aplikacja się zawiesi. Czasami trafiają się roboty drogowe, korki albo klient, który nie odbiera telefonu.

Tego po prostu nie da się całkowicie wyeliminować.

Mimo wszystko jestem bardzo zadowolona z tego dnia.

Choć jednocześnie czuję już zmęczenie po intensywnej jeździe w ostatnich dniach.

Czy czekam na deszcz?

Tak. Zdecydowanie. 😂

Bo wtedy przynajmniej będę miała bardzo dobry pretekst, żeby zrobić sobie przymusową przerwę.

Podobne wpisy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *