Dwa tygodnie przerwy i błotny comeback

🌇 Wrocław
🚲 E-bike
3 godz. 10 min.
💵 93,96 zł (0 zł napiwków)
💰 29 zł na godzinę
🛒 7 dostaw / 47 km
🍔 Wolt / Uber

Nareszcie wyszłam na delivery!
Nie było mnie aż dwa tygodnie, które dłużyły się jak dwa miesiące. Najpierw pogoda skutecznie mnie zatrzymała – śnieg, lód, mróz, totalnie nie do jazdy. A kiedy w końcu śnieg się roztopił i pojawiło się okno pogodowe… zachorowałam. Jakieś dziwne przeziębienie, które rozkręcało się powoli – po tygodniu myślałam, że już będzie lepiej, a było tylko gorzej i wypadł kolejny tydzień z głowy.

Dziś w końcu się zebrałam. Na ulicach deszczowo, błoto wszędzie, więc od razu wiedziałam, że wrócę cała upierniczona, a rower i ubrania pójdą prosto do mycia. Do tego zimny, silny wiatr, który potrafi skutecznie zniechęcić, ale i tak się cieszyłam, że w ogóle ruszyłam.

Pierwsze zamówienie było krótkie – Uber, 1,5 km za 6 zł, dostawa do weterynarza. Klient był zdziwiony, że tak szybko, więc mówię, że blisko było, to i dojechałam ekspresowo.

Potem Uber zaserwował coś „konkretniejszego” – prawie 10 km za 19 zł. Odbiór na Jagodnie, do restauracji miałam około 5 km, a dostawa aż na Radomierzyce, kolejne 5 km. GPS oczywiście prowadził mnie przez błoto, więc próbowałam zawracać i szukać normalnej drogi, ale finalnie i tak musiałam kawałek przejechać przez błotnistą trasę.

Na miejscu kolejna niespodzianka – GPS źle poprowadził, nie ta brama. Dzwonię do klientki, a ona mówi, żebym wjechała z drugiej strony i zadzwoniła pod podany numer telefonu, to brama… otworzy się sama. No proszę, technologia XXI wieku – przyznam, zrobiło to na mnie wrażenie.

Później wreszcie odezwał się Wolt. Wiozłam jedną dubajską czekoladę, 5 km za 16 zł – zabawne zamówienie, bo cały plecak dla jednej tabliczki. Potem Wolt już dawał do końca: pizza z restauracji i dobrane drugie zamówienie za 7 zł, na które czekałam około 15 minut, podczas gdy pizza w plecaku powoli stygnęła. Na szczęście dostawy były blisko siebie, więc udało się to ogarnąć dość sprawnie.

Później znów cisza – czekałam, ale nic już nie wpadło, więc wróciłam wcześniej do domu. Finansowo wyszło dość śmiesznie, bo nawet 100 zł nie uzbierałam, ale tym razem nie chodziło o kasę. Najważniejsze, że w końcu wyszłam na rower, dotleniłam się i po prostu poczułam się lepiej.

Teraz czeka mnie jeszcze mycie roweru i smarowanie łańcucha – czego szczerze nie cierpię 😅
Pozostaje mieć nadzieję, że pogoda w końcu się poprawi, bo ta zima ciągnie się jak flaki z olejem. 🚲❄️

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *