Dzień kebabów i Bielan – powrót po przerwie, słabe stawki, dużo kilometrów i walka z wiatrem

🌇 Wrocław
🚲 E-bike
⌚ 4 godziny
💵 102,29 zł (0 zł napiwków)
💰 25 zł na godzinę
🛒 8 dostaw / 60 km
🍔 Uber
Ostatni raz jeździłam aż 14 dni temu. Tak długa przerwa jak na mnie to już naprawdę sporo. W międzyczasie byłam na weekend u rodziny na drugim końcu Polski, a przez większość pozostałych dni panowały takie upały, że nawet nie miałam ochoty wychodzić z domu. O jeździe na rowerze nawet nie wspominając. 😅
No i klasycznie – człowiek się rozleniwi. Najpierw jeden dzień przerwy, potem drugi, później kolejny… Aż nagle mijają dwa tygodnie i zaczyna się myślenie: „Może jutro”.
Dzisiaj jednak trafił się pierwszy trochę chłodniejszy dzień, więc wymówek już właściwie nie miałam. W końcu trzeba było ruszyć tyłek i przypomnieć nogom, do czego służą pedały.
Tyle że pogoda postanowiła nie ułatwiać mi zadania. Wiał naprawdę bardzo mocny wiatr, przez co momentami jechało się ciężko jak diabli. Po takiej przerwie dodatkowo czułam, że kondycja gdzieś sobie poszła na urlop razem ze mną.
Mimo wszystko postawiłam sobie jeden konkretny cel: dobić do 100 zł. I udało się!
Dzisiaj królem dostaw był kebab
Dzisiejszy dzień spokojnie mogę nazwać Dniem Kebabów i Bielan.
Przez sporą część czasu wyglądało to mniej więcej tak: kebab → Bielany → kebab → Bielany → kolejny kebab → znowu Bielany.
W pewnym momencie zaczęłam się zastanawiać, czy przypadkiem nie zakwitnę na tych Bielanach na stałe. 😂
Jeździłam dzisiaj tylko na Uberze. Wolt i Bolt milczały jak zaklęte. Trudno – ich strata, bo i tak miałam co robić.
Pierwsze zamówienie było oczywiście… z kebaba. Z mojej dzielnicy, 2,7 km za 8 zł. Szału nie było, ale na rozgrzewkę mogło być. Potem po drodze wpadła pizza – 4,2 km za 12 zł, z dostawą na Oporów. A później oczywiście znowu kebab. Tym razem już konkretny dojazd, bo dostawa oczywiście na Bielany. 9,5 km za 18 zł.
I teraz zgadnijcie, co było potem i dokąd? 😅
No oczywiście ten sam kebab i znowu Bielany. Tym razem wyszło 11 km za 15 zł. Tak, dobrze czytacie. 11 kilometrów za 15 zł. Sama się zastanawiałam, co ja właściwie robię. 😂
Później wpadł Pasibus z Bielan – 4 km za 10 zł, oczywiście… na Bielany.
Czyli można powiedzieć, że Bielany zaczęły być dzisiaj moim drugim domem.
Uber próbował wysłać mnie jeszcze dalej
W pewnym momencie Uber kilka razy próbował mnie wysłać w kierunku Kątów Wrocławskich. Stawki były jednak tak zabawne, że bez większego zastanowienia je odrzucałam.
Na przykład 5 km za 10 zł.
Odrzuciłam.
Chociaż, patrząc na moje wcześniejsze 11 km za 15 zł… 😂
Człowiek czasami bierze jedno kiepskie zamówienie, a potem kolejne i nagle orientuje się, że nakręcił masę kilometrów za pieniądze, które zdecydowanie nie zachwycają.
KFC, kebab i HulThai w jednym zestawie
Potem znowu ruszyłam na Bielany – tym razem po KFC. Zamówienie miało 6 km i było warte 14 zł.
Po drodze Uber dobrał mi jeszcze kebaba na Jagodno, a następnie HulThai na Gaju. Ostatecznie wszystkie trzy zamówienia pojechały w kierunku Jagodna.
Łącznie wyszło 15 km za 38 zł.
I właśnie tak wyglądała dzisiaj spora część mojej jazdy – dużo kilometrów, sporo kręcenia, ale niestety stawki raczej z kategorii „żart” niż „zarobek”. 😅
Zgłodniałam, więc przypomniałam sobie o Too Good To Go
Po pewnym czasie byłam już naprawdę głodna i trochę zmęczona. I wtedy przypomniałam sobie o aplikacji Too Good To Go, w której można ratować niesprzedane jedzenie przed zmarnowaniem.
Postanowiłam sprawdzić, co uda mi się upolować na stacji Circle K.
Za 14 zł dostałam naprawdę fajny zestaw:
- dużą paczkę chipsów Crunchips,
- paczkę cukierków Dumble, które lubię,
- 2 kanapki z kurczakiem i warzywami,
- pyszną bułkę cynamonkę.
Jak za 14 zł, całkiem niezły interes. 😁
Po powrocie do domu nie wytrzymałam długo. Od razu zjadłam kanapkę i cynamonkę, popijając wszystko kawą. Przy okazji usiadłam do pisania tego wpisu.
Chipsy i cukierki zostawiłam sobie na później.
Stówka zrobiona, nogi przypomniały sobie, do czego służą
Ostatecznie godzinówka wyszła słaba. Przy takiej liczbie kilometrów i tych stawkach trudno było oczekiwać fajnego wyniku.
Ale dzisiaj nie to było najważniejsze.
Najważniejsze, że cel został osiągnięty – zarobione 100 zł. Po dwóch tygodniach przerwy w końcu się poruszałam i przypomniałam sobie, jak to jest spędzić kilka godzin na rowerze.
Momentami naprawdę miałam wrażenie, że moje nogi już zapomniały, jak się jeździ.
Co prawda w ostatni weekend byłam na wycieczce rowerowej, więc całkowicie bez roweru nie wytrzymałam, ale to jednak zupełnie inny rodzaj jazdy niż kilka godzin kręcenia po mieście w pogoni za dostawami.
A skoro już wspomniałam o weekendowej wycieczce – udało mi się wtedy zrobić świetne zdjęcia ogromnej piramidy z siana.
I naprawdę, pierwszy raz w życiu widziałam coś takiego!
Co jest o tyle zabawne, że pochodzę z województwa podlaskiego, gdzie siano można spotkać praktycznie na każdym rogu. Stogi, bele, pola pełne siana – normalny widok.
Ale żeby ktoś zrobił z niego taką wielką piramidę? Tego jeszcze nie widziałam. A przynajmniej nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek widziała coś podobnego na Podlasiu. 😂
I właśnie takie drobiazgi najbardziej lubię w rowerowych wycieczkach – człowiek jedzie sobie bez większego celu, a po drodze nagle trafia na coś, czego wcześniej nigdy nie widział.


