Dzień McDonaldów, wiatru i posuchy

🌇 Wrocław
🚲 E-bike
4.5 godziny
💵 76,43 zł (0 zł napiwków)
💰 17 zł na godzinę
🛒 8 dostaw / 48 km
🍔 Wolt / Uber

Chciałam zacząć ten dzień z dużo większym entuzjazmem, ale zmęczenie i tak kiepska godzinówka skutecznie popsuły mi humor. Pogoda niby piękna, słoneczna, wręcz idealna na rower, ale wiatr był taki, że momentami rzucało mną po całej drodze. Dodajcie do tego ciężki rower ze słabszym wspomaganiem i człowiek po kilku godzinach czuje się, jakby robił trening do wojska.

Dziś był zdecydowanie dzień McDonaldów… i posuchy. Prawie każde zamówienie to McDonald, jedno po drugim, a większość z dostawą na moją wioskę, więc kursowałam praktycznie cały czas w tę i z powrotem. Posucha dlatego, że zamówień było bardzo mało i niestety mocno odbiło się to na zarobkach. Mnóstwo stania, czekania, jeżdżenia bez celu i szukania czegokolwiek, co wpadnie. A w McDonaldzie za każdym razem po kilkanaście minut oczekiwania.

Nigdy w życiu nie widziałam tam takich tłumów. Przyjechały dwa autokary pełne dzieci i młodzieży, ludzie stali ściśnięci jak sardynki, tablica zamówień zawalona po brzegi, a pracownicy uwijali się jak mogli.

Wpadł Uber z dalekim kursem prawie do centrum. Nie wzięłam go… i chyba przepłaciłam to półgodzinnym staniem i gapieniem się w telefon. Człowiek potem myśli: „a może gdybym pojechała, to dzień by się rozkręcił?”. Tego już się nie dowiem. Stałam tylko jak głupia i czekałam na cud.

Jakby tego było mało, Wolt od samego początku miał awarię. Wyjechałam, aplikacja praktycznie nie działała, więc nie miał kto dawać zamówień. Uber dawał coś raz na ruski rok. Restartowałam aplikację chyba milion razy i tylko patrzyłam, jak czas ucieka.

Po długim czekaniu w końcu wpada Uber:
McDonald – 1 km za 5 zł!
No wspaniale, po godzinie stania mogłam w końcu zarobić całe pięć złotych 😀 Ale oczywiście nie byłoby tak łatwo, bo na te 5 zł czekałam jeszcze… 15 minut w McDonaldzie. Totalny biznes życia.

To właśnie wtedy trwała inwazja autokarów, dzieci biegały wszędzie, pracownicy byli zawaleni robotą po uszy, a kurierzy kręcili się jak w ulu.

W końcu Wolt oznajmił triumfalnie, że awaria została usunięta. I od razu wpadł… oczywiście McDonald. 4 km za 13 zł i znowu kurs na moją wioskę.

Wychodząc od klienta, poślizgnęłam się na wycieraczce i kawałek po niej przejechałam. Obok stał pan z panią i psem, a pan mówi:
„Proszę uważać, tu się jeździ!”
A ja ze śmiechem:
„Snowboard!” 😀

Dla odmiany Wolt rzucił bistro – 1,8 km za 8 zł. Duże zamówienie, ale dostawa… oczywiście znowu na moją wioskę, praktycznie pod mój blok. Na ulicy nie było prądu, więc domofony nie działały i trzeba było dzwonić do klientów. Przy kolejnym zamówieniu z Ubera sytuacja się powtórzyła, ale tym razem byłam już przygotowana, bo wcześniej przeczytałam o awarii w internecie i poczułam się taka „hop do przodu” 😀

Potem kolejny McDonald, potem jeszcze jeden. Pod McDonaldem dwóch kurierów zaczęło się przepychać i „bić” dla zabawy. Szarpanie, śmiechy, rzucanie jakimiś rzeczami… jeden aż wpadł na mój rower. Miałam ochotę wrzasnąć:
„Ludzie, przestańcie zachowywać się jak dzieci, bo inni próbują tu jeszcze pracować!” 😀

Przy jednym z kursów zajechałam pod firmę obok pięknego stawu, więc chociaż tyle dobrego, że zrobiłam sobie kilka fajnych zdjęć i na chwilę można było odetchnąć.

Później Wolt dorzucił jeszcze McDonalda 2 km za 8 zł i dodatkowe zamówienie za +4,50 zł. Na koniec wpadło Jagodno – 5 km za 15 zł. I to był ostatni kurs.

Wolt próbował jeszcze skusić mnie kursem 6,5 km za 18 zł, ale odbiór aż z Brochowa i dostawa znowu na Jagodno. Byłam już totalnie zmęczona, wkurzona i ledwo miałam siłę cisnąć więcej niż 25 km/h. Ten rower jedzie ciężko i wolno, a bateria schodzi w oczach, więc musiałam ją oszczędzać.

Wracając, jeszcze chwilę postałam i poczekałam na coś sensownego, ale nic już nie wpadło. Dzień był tak marny, że szkoda było tracić więcej czasu. I tak wystarczająco dużo go dziś zmarnowałam.

Trzeci dzień z rzędu robię 48 km.

Ale mimo takich dni jak ten – słabych, męczących i odbierających humor – ja nadal naprawdę kocham to, co robię. To daje niesamowitą energię. Nawet jeśli fizycznie czasem wykańcza, to psychicznie daje ogromnego pozytywnego kopa. I właśnie dlatego ciągle chce mi się wracać na rower ❤️

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *