Dzień pełen kebabów, który skończył się połamaną lampką i porwanym plecakiem

🌇 Wrocław
🚲 E-bike
⌚ 5 godz. 30 min.
💵 203,97 zł (0 zł napiwków)
💰 37 zł na godzinę
🛒 14 dostaw / 75 km
🍔 Uber
Uber się dziś popisał! Dobry zarobek, morze kebabów i kolejne wydatki
Dziś poszło mi naprawdę dobrze. Jeździłam tylko na Uberze i chyba pierwszy raz od dawna tak dobrze bawiłam się podczas jazdy na jednej aplikacji. Zamówienia wpadały praktycznie jedno po drugim, miałam sporo podwójnych kursów i właściwie cały czas było co robić.
W 1,5 godziny miałam już 60 zł, a po 2,5 godzinach zarobek dobił do 100 zł. Później godzinówka trochę się popsuła, głównie dlatego, że odrzuciłam kilka kursów i pojechałam dalej w miasto. Mimo tego końcowy wynik wyszedł bardzo przyzwoicie – 37 zł na godzinę.
I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie to, że dzisiejszy zarobek na sam koniec powiedział mi: „papa”. Ale o tym za chwilę. Najpierw zaczynamy od… kebaba. A właściwie od wielu kebabów.
Zaczęło się niewinnie. Pierwszy kurs? Oczywiście kebab!
Wyjechałam z domu trochę później, bo rano nie wyrobiłam się ze wszystkim. Pierwsze zamówienie było za 12 zł – 4 km. Oczywiście kebab.
Potem kolejny kebab z tej samej restauracji – 15 zł za 6 km.
A następnie… znowu kebab. Tym razem na Bielany, a po drodze dobrało mi jeszcze kolejne zamówienie z tej samej restauracji, na moją wioskę. Łącznie wyszło 10 km za 36 zł.
Czyli można powiedzieć, że rozpoczęłam dziś karierę jako oficjalny przewoźnik kebabów 😀
Wracam z Bielan przez wiadukt i moją piękną kebabową passę przerwał McDonald’s. 6 km za 15 zł, dostawa do warsztatu samochodowego.
I teraz zgadnijcie, jakie dostałam kolejne zamówienie?
KEBAB! 😀
Śmigam więc do nich. Już chyba sami się ze mnie śmieją, że ciągle do nich przyjeżdżam. W międzyczasie dobrało mi kolejnego kebaba. Jeden zawiozłam na moją wioskę, praktycznie pod mój blok, a drugi na Radomierzyce, kolejne 3 km dalej.
Kolejny kurs? No przecież wiadomo.
Kebab.
7 km za 15 zł.
Miałam już wrażenie, że dzisiaj będę jeździć wyłącznie na trasie: restauracja → kebab → klient → kebab → restauracja → kebab. 😀
Ciągłość zamówień i zero czasu na jedzenie
Najbardziej podobało mi się dziś to, że miałam praktycznie ciągłość zamówień na Uberze. Nie było momentu, żeby siedzieć i patrzeć w telefon, czekając na zlecenie.
Momentami nie miałam nawet czasu na jedzenie. Ledwo zdążyłam na szybko zawiązać buty i już trzeba było jechać dalej.
I właśnie dlatego coraz bardziej podoba mi się jazda tylko na jednej aplikacji. Nie muszę co chwilę czegoś wyłączać, przełączać się na inną aplikację albo pilnować kilku telefonów. Uber działał dziś sprawnie, nic się nie zawieszało, a do tego wpadało sporo podwójnych zamówień.
Po prostu cały czas było co robić.
Plecak postanowił się poddać
Zanim jednak w ogóle wyjechałam, przydarzyła mi się pierwsza awaria.
Mój plecak kurierski postanowił chyba zaprotestować przeciwko dalszej pracy. Pękł zamek i to po obu stronach.
Nie było czasu na zastanawianie się, więc szybko złapałam igłę i nitkę i zaczęłam go szyć. Jakoś udało się go doprowadzić do stanu używalności.
Pomyślałam sobie wtedy: dobra, plecak uratowany, można jechać.
Nie wiedziałam jeszcze, że to dopiero początek.
Kontuzja barku i spotkanie ze znajomym kurierem
Po drodze dostałam Chingu z Gaju – 9 km za 24 zł.
Przy restauracji spotkałam znajomego kuriera z Ukrainy. Bardzo fajny i miły człowiek. Co jakiś czas się widzimy i zamienimy kilka słów.
Powiedział, że dawno mnie nie widział.
Odpowiedziałam, że to prawda, bo przez jakiś czas mnie nie było. Doznałam kontuzji barku, więc złapałam się za rękę i pokazałam mu, gdzie mnie boli.
Od razu się skrzywił i było widać, że naprawdę mi współczuje. Życzył mi szybkiego powrotu do zdrowia.
Miło spotkać kogoś, kto pamięta człowieka i szczerze się przejmuje.
Chłopiec na rowerze kontra ja i krzaki
Jadę sobie spokojnie ścieżką rowerową do klienta, aż nagle wyskakuje przede mną chłopiec na rowerze.
I jedzie.
Prosto na mnie.
Krzyczę:
„Uwaga! Uwaga!”
Ale zamiast zwolnić czy zjechać, jedzie dalej. Ja musiałam odbić i zjechać w krzaki, żebyśmy się nie zderzyli.
I najlepsze jest to, że chłopiec chyba jeszcze mnie opierniczył i odpyskował, jakby to była moja wina.
No przepraszam bardzo, waćpan jedzie całą szerokością ścieżki, na szerokim rowerze z przyczepką, prosto na mnie, a ja mam jeszcze przepraszać, że próbowałam uniknąć zderzenia?
Aż zapachniało patologią 😀
McDonald’s, potem… oczywiście kebab
Później wpadł McDonald’s – 3,7 km za 11 zł.
A co było kolejne?
KEBAB!
Bistro Kluska i Bafra Kebab dobrały się po drodze, więc zrobiło się z tego potrójne zamówienie.
Najpierw zawiozłam kebaba, potem drugiego kebaba, a na końcu Bistro. Na szczęście całość szła akurat w stronę moich rejonów, więc nie miałam powodów do narzekania.
Tego dnia naprawdę mogłabym prowadzić bloga pod tytułem „Życie kurierki i kebab”.
„Ale stanęła na środku!”
Po drodze zatrzymałam się na ścieżce rowerowej, obok przejazdu przez ulicę.
I wtedy usłyszałam komentarz kobiety jadącej na rowerze:
„Ale stanęła na środku!”
No dobrze.
Powinnam stanąć gdzie?
Na środku… torów tramwajowych?
Akruat przejeżdżał tramwaj, więc naprawdę nie bardzo miałam wybór.
Czasami infrastruktura Wrocławia nie jest ani nowoczesna, ani szczególnie przemyślana. A potem jeszcze człowiek dostaje komentarz od przypadkowego rowerzysty, który najwyraźniej uważa, że zawsze można stanąć w lepszym miejscu.
Ostatnie zamówienie idealne na zakończenie
Ostatnie zamówienie było wręcz idealne, bo dostawa wypadała obok mojego domu.
Pomyślałam sobie: świetnie, akurat na zakończenie i na dobicie do 200 zł. 7,5 km za 22 zł.
Odbiór z greckiej restauracji, w której na 90% zawsze się czeka. I oczywiście tym razem też czekałam. Kilka, a właściwie kilkanaście minut.
Zamówienie było natomiast ogromne. Tak duże i ciężkie, że musiałam rozłożyć plecak, żeby wszystko się zmieściło.
W końcu odebrałam, zawiozłam i… koniec.
14 dostaw. Zero napiwków. Ani jednego.
No trudno. Najważniejsze, że podstawowa stawka się zgadzała.
Pogoda zrobiła się jesienna
Muszę jeszcze wspomnieć o pogodzie, bo dziś wyraźnie się popsuła.
Było zimno, pochmurno, około 15-18°C. Co jakiś czas wychodziło słońce, ale generalnie zrobiło się już zdecydowanie bardziej jesiennie.
Na szczęście miałam ciepłą bluzę, więc pod względem ubrania trafiłam idealnie. Pryma sort, jak to mówią 😀
Wiatr był natomiast spory, przez co odczuwalna temperatura była jeszcze niższa. Dodatkowo bateria w rowerze szybciej schodziła, bo przy takim wietrze trzeba mocniej pedałować i częściej włączać wyższy poziom wspomagania.
Ale mimo tego jechało mi się naprawdę dobrze.
Wracam do domu… i wtedy słyszę ŁOMOT
Wracałam do domu bardzo zadowolona.
Dobry dzień, dobry zarobek, ciągłość zamówień, ładna godzinówka. Zostało mi jakieś 500 metrów do domu.
I wtedy pomyślałam:
Co właściwie mogłoby mi zepsuć humor na ostatnim kawałku drogi?
Jak się okazuje – życie potrafi odpowiedzieć bardzo szybko.
Jadę sobie i nagle:
ŁOMOT!
Coś spadło na ulicę.
Patrzę – a tam moja lampka rowerowa.
Lampka warta około 100 zł.
Myślę sobie: jakim cudem ona wypadła?
No i już wiem.
Złamał się uchwyt w lampce.
I tu kolejna niespodzianka – samego uchwytu nie da się kupić osobno. Czyli zamiast wymienić mały element, trzeba kupić całą nową lampkę. Super. Dokładnie tego potrzebowałam po udanym dniu 😀
Cały dzisiejszy zarobek powiedział „papa”
Lampkę musiałam kupić, bo potrzebuję jej do pracy, szczególnie teraz, kiedy coraz szybciej robi się ciemno i często wracam wieczorem.
Plecak też muszę kupić nowy, bo jego awaria raczej nie była jednorazowym przypadkiem.
Czyli dzisiejszy zarobek?
Powiedział „papa”.
Najpierw zarobiłam, a potem zaczęłam wydawać.
Ale takie rzeczy są niestety wpisane w pracę kurierki rowerowej.
Już miałam połamany uchwyt na budyń…
Yyy, bidon 😀
Miałam też zajechane siodełko. Do tego cały czas zużywają się kolejne elementy roweru – łańcuch, zębatki, klocki hamulcowe.
I właśnie niedługo będę musiała zajechać do serwisu, więc kolejny wydatek już czai się za rogiem.
Podsumowanie dnia
Mimo tych wydatków, dzień uważam za bardzo udany.
Jeździłam tylko na Uberze, miałam ciągłość zamówień, sporo podwójnych dostaw i praktycznie cały czas było co robić.
Wyszła mi godzinówka około 37 zł na godzinę, więc jak na jazdę tylko jedną aplikacją jestem bardzo zadowolona.
A liczba kebabów, które dziś przewiozłam, chyba przejdzie do historii.
Plecak się rozpadł, lampka się połamała, wiatr mnie wymęczył, ktoś prawie wjechał we mnie na ścieżce, ktoś inny miał pretensje o to, gdzie stanęłam, a mimo wszystko wróciłam do domu z poczuciem, że był to naprawdę dobry dzień.
Uber się dziś popisał! 🙂
