Dzień pełen przygód: pizza bez adresu, 120-letni klient i niespodziewane zaproszenie do Pyszne.pl

🌇 Wrocław
🚲 E-bike
4 godziny
💵 129,69 zł (0 zł napiwków)
💰 32 zł na godzinę
🛒 11 dostaw / 50 km
🍔 Uber

Najpierw porządki przy rowerze

Dzień zaczęłam od czynności, za którą zdecydowanie nie przepadam – mycia roweru. Po ostatniej jeździe był tak zakurzony piaskiem, że właściwie cały pokrył się warstwą pyłu. Przy tej suchej i upalnej pogodzie kurz dostaje się dosłownie wszędzie, a najbardziej cierpi na tym łańcuch. Piasek i pył przyklejają się do niego, przez co trzeba go częściej czyścić i smarować.

Umyłam więc cały rower, dokładnie odtłuściłam łańcuch, wyczyściłam go i na koniec nasmarowałam. Nie lubię tej czynności, bo zajmuje sporo czasu i wymaga trochę wysiłku, ale wiem, że później komfort jazdy jest zdecydowanie lepszy.

I rzeczywiście – po wszystkim rower odwdzięczył się idealnie. Wszystko pracowało cicho i płynnie, nic nie skrzypiało, a jazda była po prostu przyjemna. Czasami warto poświęcić tę godzinę na porządne czyszczenie, zamiast później przez kilka dni słuchać podejrzanych dźwięków dobiegających z roweru.

Prawie 30 stopni, ale jadę na delivery

We Wrocławiu było dziś prawie 30 stopni. Gorąco, ale na szczęście wiał lekki wiatr, który trochę ratował sytuację. Mimo temperatury nie odpuściłam i ruszyłam na dostawy.

Jutro ma być już ponad 30 stopni, więc prawdopodobnie zrobię sobie wolne. Nie ma sensu smażyć się na rowerze przez kilka godzin, szczególnie jeśli pogoda będzie naprawdę ciężka.

Dziś natomiast działo się tyle, że zdecydowanie mam o czym opowiadać.

9 kilometrów za 18 zł i powrót na Oporów

Ledwo wyjechałam z domu, a już odezwał się Uber z pierwszym zamówieniem. 9 kilometrów za 18 zł, odbiór z KFC na Bielanach i dostawa na Oporów.

I tutaj od razu przypomniało mi się wczorajsze błądzenie po osiedlu klienta. Pomyślałam więc, że dziś będzie inaczej. Sprytnie wjadę, znajdę właściwy blok za pierwszym razem, dostarczę bez żadnych przestojów i klient będzie zadowolony.

No cóż… nie było tak sprytnie.

Samo zamówienie zrobiłam całkiem szybko – w około pół godziny, więc pod tym względem było w porządku. Problem pojawił się przy szukaniu klienta. Wjechałam przez drugą bramę i zaczęłam szukać odpowiedniego bloku. Zapytałam nawet napotkanego pana, ale on również nie bardzo wiedział, gdzie powinnam jechać.

Sprawdziłam więc inną mapę i wtedy mnie olśniło – źle wjechałam.

Cofam się, podjeżdżam pod właściwą bramę, a tam stoi jakiś człowiek. Już miałam poprosić, żeby mnie wpuścił, kiedy okazało się, że to… sam klient wyszedł po swoje zamówienie.

Zaczęłam się śmiać i tłumaczyć, że źle wjechałam i cały czas go szukam. A klient totalnie na luzie:

„Spoko, nic się nie stało”.

I tym sposobem dostawa zakończyła się szczęśliwie, choć mój plan na bezbłędne dostarczenie za pierwszym razem nie wypalił już na pierwszym kursie.

Pizza, która nie miała adresu

Następne zamówienie było jeszcze ciekawsze. Pizza, 4 km za 12 zł.

Odebrałam pizzę, ruszyłam w drogę, patrzę na adres i nagle coś mi nie pasuje.

Klient podał… tylko nazwę ulicy.

Bez numeru budynku.

Pomyślałam: dobra, pojadę. Może będzie czekał na miejscu, a jeśli nie, to zadzwonię i zapytam, gdzie dokładnie mam dostarczyć.

Jadę więc przez jakąś trzęsącą, kamienną drogę w pobliżu torów kolejowych. Nigdy wcześniej tamtędy nie jechałam. W końcu docieram gdzieś w okolice ogródków działkowych, zatrzymuję rower, patrzę przed siebie…

Krzaki.

Droga.

Działki.

I absolutnie żadnego klienta.

Stanęłam więc jak John Travolta z mojego ulubionego mema – rozkładam ręce, rozglądam się i kompletnie nie wiem, co dalej.

Nie mam pełnego adresu. Dzwonię do klienta.

I co słyszę?

Automat Pyszne.pl.

Trochę mnie to zdziwiło, bo przecież zamówienie dostałam przez Ubera. Później dowiedziałam się w pizzerii, że prawdopodobnie to oni sami zamawiają dostawę dla klienta. Czyli klient zamawia przez Pyszne, a restauracja organizuje dostawę przez Ubera.

Tylko że ja nadal nie miałam adresu.

Czas leciał, a ja zaczęłam już rozważać anulowanie zamówienia. Znalazłam nawet opcję w aplikacji, że nie mogę trafić do klienta.

I wtedy coś mnie tknęło.

Pomyślałam: a pojadę jeszcze kawałek dalej. Może tam będzie.

Ruszyłam.

I nagle słyszę:

„Tutaj!”

Odwracam się, a z podwórka wychodzi klient.

„To do mnie!”

No nie wierzę. Udało się!

Tłumaczę mu, że nie podał numeru domu, nie mogłam się dodzwonić i już byłam bliska anulowania zamówienia. Na szczęście pojechałam jeszcze kawałek i udało się go znaleźć.

Klient natomiast był wyraźnie zdziwiony i lekko zaskoczony, bo twierdził, że numer budynku podał i zawsze zamawia przez Pyszne.pl, więc nigdy nie było problemu.

Pokazałam mu ekran telefonu i rzeczywiście – numeru budynku nie było. Telefon również przekierowywał mnie do automatu.

Widocznie jakiś błąd sprawił, że część danych adresowych nie wyświetliła się w aplikacji.

Najważniejsze, że ostatecznie się odnaleźliśmy, wszystko sobie wyjaśniliśmy i mogłam ruszyć dalej.

A Uber w tym czasie zasypywał mnie kolejnymi propozycjami kursów, których oczywiście nie mogłam akceptować, bo musiałam najpierw rozwiązać problem z pizzą.

Drugi raz ta sama pizzeria

Niedługo później dostałam kolejne zamówienie – tym razem 6 km za 19 zł.

I zgadnijcie, skąd?

Z tej samej pizzerii!

Pomyślałam: no dobra, skoro już tu jestem, to opowiem, co się przed chwilą wydarzyło.

Powiedziałam pani, że właśnie wiozłam pizzę od nich, ale klient nie podał numeru budynku, nie mogłam się do niego dodzwonić i prawie skończyło się anulowaniem zamówienia.

Pośmiałyśmy się z całej sytuacji. Pani była trochę zdziwiona i wyjaśniła, że to oni zamawiają dostawę dla klienta. Powiedziała też, że jeśli kiedyś pojawi się podobny problem, mogę do nich zadzwonić i zapytać o adres.

Miła rozmowa, sympatyczna pani i ruszyłam dalej.

25 kilometrów za 68 zł? Podziękuję

Po drodze dostałam kolejną propozycję. 25 kilometrów za 68 zł, odbiór z Biedronki i dostawa aż do Kobierzyc.

Szacowany czas: około 2 godziny.

Podziękowałam.

25 kilometrów w jedną stronę za 68 zł i dwie godziny wyjęte z pracy? To zdecydowanie nie był kurs dla mnie.

Kebab, greckie jedzenie i kamienne drogi

Kolejny kurs to kebab, do którego dobrało mi drugie zamówienie z restauracji greckiej. Łącznie 7 km za 18 zł.

I tym sposobem znowu wywiało mnie na Grabiszyn, gdzie po raz kolejny miałam okazję przetestować wytrzymałość mojego roweru na starych, kamiennych drogach.

Trzęsło tak, że momentami zastanawiałam się, czy za chwilę z roweru nie odpadnie jakaś część.

Potem było Bistro – 3,5 km za 10 zł. Do tego ciężka torba z dużą ilością obiadu.

Następnie KFC z CH Borek – 3 km za 10 zł.

I oczywiście… znowu kamienne, trzęsące drogi.

Później greckie jedzenie – 2,3 km za 6 zł.

„To Pani rower? Proszę tak nie stawiać”

Przy greckim jedzeniu postawiłam szybko rower przy budce. Wysiadam, odebrałam zamówienie i nagle starszy pan mówi do mnie:

„To Pani rower? Proszę tak nie stawiać roweru”.

„A, sorry” – odpowiedziałam. „Z pośpiechu”.

Dopiero wtedy zauważyłam, że rzeczywiście trochę zagrodziłam pieszym przejście na chodniku. Byłam w nowym miejscu i jeszcze nie bardzo wiedziałam, gdzie najlepiej zostawić rower, żeby nikomu nie przeszkadzał.

Ale bardzo mi się spodobało, jak ten pan zwrócił mi uwagę. Spokojnie, kulturalnie i bez żadnej awantury.

I pomyślałam sobie: Można? Można!

Nie trzeba od razu krzyczeć, wymachiwać rękami i robić afery. Czasami wystarczy zwyczajnie powiedzieć drugiej osobie, co robi nie tak.

Idealne zamówienie w stronę domu

Chciałam już powoli wracać, kiedy Uber przysłał mi idealne zamówienie – dokładnie w stronę domu.

Huta – El Gordito, 7 km za 21 zł.

Super.

Dopiero później zauważyłam, że jest to zamówienie podwójne. Drugim elementem były zakupy z Carrefour.

Wchodzę do centrum handlowego i nagle coś przykuwa moją uwagę.

Automat z kartami Pokémon!

A obok były też karty Disney Lorcana, Magic: The Gathering, koszulki i toploadery.

Czyli dosłownie automat stworzony pode mnie.

Automat z kartami, ale z jednym dużym minusem

Niestety ktoś miał dość specyficzny pomysł na ustawienie tego automatu.

Postawili go tuż przy wejściu do sklepu.

Ludzie cały czas wchodzą i wychodzą, więc nie ma właściwie możliwości spokojnie stanąć, obejrzeć oferty i zastanowić się nad zakupem. Człowiek stoi na przejściu i ma wrażenie, że wszystkim przeszkadza.

A szkoda, bo jestem pewna, że sporo osób zainteresowanych kartami chętnie zatrzymałoby się na dłużej.

Duży minus za lokalizację. Automat sam w sobie jest fajnym pomysłem, ale powinien stać w miejscu, gdzie można spokojnie podejść, obejrzeć produkty i coś kupić.

Ceny były trochę wyższe niż w zwykłych sklepach, ale w przypadku automatu trudno się temu specjalnie dziwić.

Tym razem jednak nic nie kupiłam. Muszę być silna.

„Tysiąc dziewięćset…?”

Zakupy z Carrefour zawiozłam sympatycznemu klientowi. Przy dostawie musiałam jeszcze zweryfikować jego dokument tożsamości poprzez wpisanie daty urodzenia.

Pytam o rok.

„2006”.

Klient podaje końcówkę – „06”.

I tutaj nastąpiła u mnie chwilowa zwiecha mózgu.

„Tysiąc dziewięćset…?”

Wypowiedziałam to i dopiero po sekundzie dotarło do mnie, co właśnie powiedziałam.

No tak.

1906 rok!

Pan ma już 120 lat!

Na szczęście szybko się poprawiłam, a klient chyba nie wziął tego do siebie. Chociaż z drugiej strony… ponoć zdarzają się przypadki, że ludzie naprawdę dożywają bardzo sędziwego wieku 😀

Życzył miłej pracy, a ja ruszyłam dalej.

Ostatnie zamówienie i kierunek: dom

Na koniec trafiło mi się jeszcze jedno idealne zamówienie – w stronę domu.

McDonald’s, 5,3 km za 12 zł.

Klientka już czekała przy bramie, więc nie musiałam nawet wchodzić do środka. Odebrałam zamówienie, przekazałam je i tym sposobem zakończyłam dzisiejszą jazdę.

Wróciłam do domu z zadowalającym wynikiem. Dzień był naprawdę przyjemny, mimo upału, kamiennych dróg, poszukiwania klienta bez adresu i kilku innych przygód.

Mam Pyszne.pl!

A na sam koniec dnia czekała na mnie jeszcze jedna niespodzianka.

Przyjęli mnie do Pyszne.pl!

W ciągu dnia dostałam SMS-a od partnera flotowego z kodem zaproszenia do Pyszne.pl i informacją, że mogę się zarejestrować.

I co najlepsze – nikt mnie o nic nie pytał, po prostu dostałam zaproszenie.

Sama rejestracja trwała chyba z pięć sekund. Serio. Wpisałam, co trzeba, kliknęłam kilka rzeczy i już mogę jeździć.

Jestem tym całkiem podjarana, bo zawsze to kolejna aplikacja, która może się przydać. Jeśli któregoś dnia Uber czy Wolt będą miały posuchę, będę mogła odpalić Pyszne.pl i zobaczyć, co tam się dzieje.

Co prawda są tam sloty do rezerwacji, podobnie jak na Glovo, ale z tego, co słyszałam, Pyszne.pl nie jest pod tym względem aż tak restrykcyjne jak Glovo.

Może więc któregoś dnia zarezerwuję sobie slot i ruszę na miasto.

Zawsze to nowe doświadczenie i kolejna aplikacja do przetestowania.

A dzisiejszy dzień? Myślę, że całkiem udany. Był upał, kurz, pizza bez adresu, klient odnaleziony niemal cudem, kamienne drogi, automat z kartami, człowiek urodzony rzekomo w 1906 roku i na koniec niespodziewane zaproszenie do Pyszne.pl.

Jak na jeden dzień pracy kuriera – całkiem sporo atrakcji. 🙂

Podobne wpisy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *