Dzień posuchy, osiedlowy labirynt i kebab bez mięsa

🌇 Wrocław
🚲 E-bike
4 godziny
💵 92,25 zł (45 groszy napiwku)
💰 23 zł na godzinę
🛒 8 dostaw / 55 km
🍔 Wolt / Uber

Piękna pogoda, ale zamówień jak na lekarstwo

Dziś niestety trafił się jeden z tych dni posuchy. Piękna, upalna pogoda, zero chmur, słońce praży, a zamówień jak na lekarstwo. Mimo wszystko starałam się być cierpliwa i po prostu czerpać radość z pięknego dnia.

Uber postanowił rozpocząć dzień od propozycji, którą można by nazwać kursem życia. Kebab, 10 km za 21 zł, z dostawą praktycznie na drugi koniec miasta. Podziękowałam. 😂

Chwilę później pojawiła się kolejna propozycja – ten sam kebab, ale tym razem krótszy kurs: 2 km za 8 zł. No, to już zdecydowanie bardziej rozsądna opcja, więc pojechałam.

Kebab, parking pełen samochodów i małe nieporozumienie

Dostawa była do salonu samochodowego. Problem pojawił się już na samym końcu, bo oczywiście udało mi się wjechać… nie tam, gdzie trzeba. Trafiłam na jakiś parking pełen samochodów.

Klient stał gdzieś dalej i zaczął do mnie machać. Ja z kolei pokazuję mu ręką i krzyczę z daleka:

– Objechać ulicą?!

No to objechałam, podjechałam i śmieję się, że chyba źle wjechałam. A klient na to, że mogłam przejechać przez parking między samochodami.

No mogłam. Tylko jakoś nie miałam ochoty przeciskać się rowerem między autami, więc pojechałam ścieżką i ostatecznie trafiłam tam, gdzie trzeba.

Zamiast zamówień – sesja fotograficzna

Później trafił się moment, kiedy kompletnie nic się nie działo. Zamówień brak, więc usiadłam w parku i zaczęłam robić zdjęcia.

I właśnie dzięki nudzie dowiedziałam się, co właściwie sfotografowałam. Był to przepiękny krzew – budleja Dawida (Buddleja davidii), nazywana również motylim krzewem.

Nazwa pasuje idealnie, bo budleja przyciąga mnóstwo motyli. Ot, taka mała ciekawostka botaniczna znaleziona podczas czekania na zamówienie. 😂

Długo jednak nie dane mi było siedzieć i robić zdjęcia, bo Wolt w końcu sobie o mnie przypomniał.

Ramen, kuchnia libańska i zabytkowa wieża ciśnień

Pierwszy kurs – Ramen, 4 km za 13 zł.

Później wpadła kuchnia libańska. Po drodze udało mi się jeszcze na szybko zrobić zdjęcia pięknej wieży ciśnień. I skoro już ją sfotografowałam, to oczywiście musi być ciekawostka.

Zabytkowa Wieża Ciśnień przy al. Wiśniowej we Wrocławiu nie jest kościołem, choć rzeczywiście może się z nim kojarzyć. Wygląda trochę jak średniowieczna wieża zamkowa, ale powstała na początku XX wieku i była elementem miejskiego systemu wodociągowego. Ma około 62 metrów wysokości.

Koniec historii, ciekawostka zaliczona, więc można było jechać dalej do restauracji. 😁

Dostawa była do salonu Netia. Zamówienie gotówkowe, klient płaci, wydaje resztę… a ja dostaję napiwek w wysokości 45 groszy.

Będzie na Hawaje. 😂

Uber chciał wysłać mnie na wieś

Później Uber postanowił sprawdzić moją cierpliwość i zaproponował mi kurs na wieś, aż na Żórawiny. 13 km.

Baj baj, Uberze. Podziękowałam. 😂

Zamiast tego wzięłam na Wolcie Chlebotekę – 4,8 km za 14,50 zł. Następnie McDonald’s – 2,2 km za 10 zł. Potem kolejny McDonald’s – 2,8 km za 10 zł.

Uber dorzucił jeszcze McDonald’s – 3 km za 8 zł.

9 km na Oporów i osiedlowy labirynt

Na koniec wpadł Uber z Pasibusem z Bielan na Oporów – 9 km za 17 zł.

Sama trasa była całkiem przyjemna. Znalazła się nawet fajna, długa i prosta ścieżka rowerowa z Bielan na Oporów. Jedzie się nią naprawdę przyjemnie.

Problem zaczął się dopiero wtedy, kiedy dojechałam w okolice klienta.

Bo trafić tam to było jak wejść do labiryntu w zbożu. 😂

Jedna mapa pokazuje jedno wejście, druga mapa pokazuje coś zupełnie innego. Zatrzymuję się, żeby sprawdzić, gdzie właściwie mam jechać, a w tym momencie klient pisze, że powinnam wjechać od drugiej strony.

No dobrze…

Powoli tracę cierpliwość i już sama nie wiem, gdzie mam jechać. Tym bardziej że klient podał w adresie dwa numery budynku i nie było do końca wiadomo, o który chodzi.

W końcu dojechałam pod blok, zatrzymałam się, piszę do klienta, dzwonię… cisza.

No to weszłam do bloku i zaczęłam sprawdzać, czy rzeczywiście dobrze trafiłam.

Na szczęście się udało.

Niektóre osiedla to naprawdę jeden wielki labirynt. Ciężko wjechać, ciężko znaleźć właściwy blok, a potem jeszcze trzeba znaleźć wyjazd. Mieszkańcy pewnie doskonale wiedzą, że można tam zabłądzić, a GPS potrafi pokazywać kompletnie absurdalne trasy.

Podejrzewam, że to jedno z tych nowszych osiedli, gdzie mapy nie są jeszcze do końca dobrze zaktualizowane.

No nic. Pojadę tam jeszcze kilka czy kilkanaście razy, pobłądzę, poklnę pod nosem i w końcu nauczę się na pamięć, którędy tam jechać. 😂

Miała być stówka, ale zamówienia miały inne plany

Po tej dostawie wróciłam kilka kilometrów w swoje rejony. Miałam ambitny plan dobić dziś do stówy.

Niestety…

Przez cztery godziny nie udało się tego zrobić.

Zamówień było po prostu zdecydowanie za mało. Można było jeździć, czekać, patrzeć w telefon i zastanawiać się, czy aplikacje przypadkiem nie zapomniały o kurierach.

Ale przynajmniej pogoda była piękna.

Rossmann, bolące pięty i najważniejsze zakupy dnia

Wracając do domu, zajechałam jeszcze do Rossmanna po krem na pięty, bo dorobiłam się takich bolących odcisków, że momentami naprawdę ciężko mi chodzić. Normalnie pozostaje mi chodzenie na palcach. 😂

No i skoro już byłam w drodze, stwierdziłam, że przydałoby się też coś zjeść.

Zajechałam więc do kebaba i zamówiłam lawasza.

Wybrałam opcję, którą najczęściej wybierają ludzie – lawasz z frytkami, serem halloumi i warzywami.

Myślę sobie: spoko, rzadko coś sobie zamawiam, wrócę do domu i sobie spokojnie zjem.

Lawasz bez mięsa?! 😂

Wracam do domu, zaczynam jeść.

Gryzę.

Ooo, dobry.

Gryzę dalej.

Dobry, ale… coś długo tego mięsa nie ma.

Gryzę jeszcze kawałek.

Kurde, co jest?

Rozkrajam lawasza na pół.

Patrzę.

Ej… to jest bez mięsa?!

😂😂😂

No i wszystko jasne.

Okazało się, że zamówiłam sobie lawasza wegetariańskiego. Bez mięsa. I oczywiście zorientowałam się dopiero wtedy, kiedy siedziałam już w domu i zaczęłam go jeść.

Nie powiem – trochę się wkurzyłam. 😂

Zjadłam całego, był naprawdę spory, ale jednak czegoś mi brakowało. A dokładniej – mięsa.

Sam lawasz był smaczny, nie mam mu nic do zarzucenia, ale zdecydowanie nie był tym, na co miałam ochotę.

W sumie mój błąd. Nie sprawdziłam dokładnie zamówienia na ekranie, a tam nawet nie było wyboru rodzaju mięsa. Mogłam się domyślić.

No nic. Może następnym razem uda mi się zamówić dokładnie to, co chciałam. 😂

Kierowcy jak na indyjskich ulicach

A na sam koniec jeszcze jedna rzecz, która rzuciła mi się dziś w oczy.

Na drodze był taki ruch, że momentami można było poczuć się jak na indyjskiej ulicy. Kierowcy co chwilę używali klaksonów i naprawdę nie wiem, skąd dziś taka potrzeba trąbienia.

Jeszcze trzy lata temu prawdopodobnie po kilku minutach miałabym dość i uciekła z takiej drogi.

A dzisiaj?

Jadę sobie spokojnie.

Trąbią?

Niech trąbią.

Samochody jadą?

Niech jadą.

Ja sobie jadę dalej. 😂

I chyba to jest właśnie jedna z tych rzeczy, które zmieniają się z czasem. Kiedyś takie sytuacje potrafiły mnie mocno stresować, a dziś praktycznie nic sobie z nich nie robię.

Podobne wpisy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *