Gdzie ja znowu pojechałam?

🌇 Wrocław
🚲 E-bike
⌚ 3.5 godziny
💵 107,68 zł (5 zł napiwku)
💰 30 zł na godzinę
🛒 10 dostaw / 45 km
🍔 Wolt / Uber
Dziś było potwornie zimno.
Dłonie zamarzały mimo najgrubszych rękawic, a wszystko przez silny wiatr, który skutecznie robił z -1°C jakieś -10°C odczuwalne. Już od początku wiedziałam, że to nie będzie długi ani przyjemny dzień.
Zamówienia niby były, nawet sporo podwójnych, ale wciąż słabo płatne. Miałam to wrażenie, że jeżdżę już kilka godzin, marznę niemiłosiernie, a na koncie wciąż jakieś grosze. Pierwsze zamówienie na Uberze odrzuciłam – paczka 7 km za 17 zł, podziękowałam. Chwilę później wzięłam 6 km za 14 zł i od razu zaczęłam się zastanawiać, czy to nie była klasyczna zamiana z deszczu pod rynnę.
Pojechałam na Bielany do KFC, a dostawa była w moje często uczęszczane rejony, więc chociaż trasa była znajoma i w miarę bezstresowa. Potem podwójne na Wolcie – pizza i jedzenie koreańskie, łącznie 5 km za 16 zł. W pizzerii czekałam około 15 minut, podczas gdy drugie zamówienie już dawno było gotowe, więc klient mógł się trochę niecierpliwić. Na szczęście trafiła się bardzo miła klientka, która dała mi 5 zł napiwku – miły gest, zwłaszcza w taki mróz.
Na początku dnia zaliczyłam też klasyczną akcję z nawigacją. Zawiozłam zamówienie na Oporów, zadowolona z siebie, że wrócę z pamięci tą samą drogą… i wylądowałam na trasie z tirami, bramkami i klimatem jak przy autostradzie. To już nie pierwszy raz, bo zamiast jechać „jak człowiek” po dziurawej, błotnistej drodze, zawsze próbuję znaleźć ładniejszą i czystszą trasę. Efekt? Kilkanaście minut straty i solidne przeklinanie pod nosem podczas zawracania.
Na sam koniec jeszcze Maczek, po czym stwierdziłam, że wystarczy tego marznięcia. Robiło się coraz ciemniej, zimniej, a organizm jasno dawał znać, że pora się ewakuować do domu.
Krótko mówiąc: zimno, niskie stawki, trochę błądzenia i dość szybko trzeba było odpuścić. Zima na rowerze naprawdę nie wybacza.
