Jak straciłam motywację do pracy i wykupiłam wszystkie Pokémony

🌇 Wrocław
🚲 E-bike
1 godz. 15 min.
💵 24,64 zł (0 zł napiwków)
💰 20 zł na godzinę
🛒 2 dostawy / 20 km
🍔 Uber / Wolt

Długo zastanawiałam się, czy w ogóle jest sens pisać o dzisiejszym dniu. W końcu jednak doszłam do wniosku, że przecież nie każdy dzień jest idealny. Nie zawsze są rekordowe zarobki, mnóstwo zamówień i świetne historie z trasy. Czasem po prostu nic nie idzie po naszej myśli i właśnie o takich dniach też warto opowiadać.

Dzisiaj zrobiłam… całe dwa zamówienia.

Po nieco ponad godzinie pracy wróciłam do domu. Ostatnio coraz częściej łapię się na tym, że zwyczajnie nie widzę sensu jeździć za grosze. Coraz trudniej przekonać samą siebie, żeby spędzać kilka godzin na rowerze tylko po to, by na koniec dnia wyjść z zarobkiem, który bardziej przypomina kieszonkowe niż wynagrodzenie za pracę.

Pogoda była całkiem przyjemna. Ciepło, słonecznie, jedynie wiatr momentami dawał się we znaki. Problemem nie była więc aura. Problemem była moja motywacja. Po prostu skończyła mi się cierpliwość. Nie miałam ochoty stać w jednym miejscu i czekać na kolejne zlecenie, które znów okaże się słabo płatne.

Ale prawda jest też taka, że chodziło o coś jeszcze…

Od rana chodziła mi po głowie pewna zachcianka.

Naszła mnie ogromna ochota, żeby zacząć zbierać również karty Pokémon. Disney Lorcana nadal bardzo mi się podoba, ale z jej dostępnością w sklepach bywa naprawdę różnie. Za to Pokémony są praktycznie wszędzie… przynajmniej tak mi się wydawało.

Od początku jednak.

Wyjechałam jak zwykle na miasto. Dojechałam do parku, trochę pokrążyłam, chwilę poczekałam i w końcu wpadło pierwsze zamówienie z Wolta. Pierogi. Trasa 4,7 km za 15 zł z dostawą w okolice ronda Powstańców Śląskich. Sama dostawa okazała się całkiem ciekawa, bo odbiorcą była 4 Regionalna Baza Logistyczna, czyli jednostka wojskowa. Lubię takie nietypowe miejsca dostaw – zawsze jest to jakaś odmiana od kolejnych bloków i biurowców.

Później Uber postanowił wystawić moją cierpliwość na próbę.

Najpierw próbował wysłać mnie do Kobierzyc – 16 km za 42 zł z KFC na Bielanach. Podziękowałam.

Chwilę później pojawiły się Krzyżowice – 14 km za 32 zł. Też podziękowałam.

Nie mam nic przeciwko dłuższym trasom, ale tylko wtedy, gdy naprawdę się opłacają. Coraz częściej wolę odrzucić takie kursy niż później żałować, że przez godzinę zarobiłam tyle, co kiedyś w pół.

W końcu przyjęłam jeszcze jednego McDonald’sa na Uberze. 2,8 km za 10 zł.

Adres prowadził do jednego z tych osiedli z okrągłymi blokami, gdzie jedne wejścia są od zewnątrz, inne od środka, a człowiek ma wrażenie, że chodzi po labiryncie. Krążyłam między budynkami dobre kilka minut, zanim znalazłam właściwą klatkę.

Po dostawie znów cisza.

Patrzyłam w telefon.

Nic.

Czekałam.

Dalej nic.

I wtedy stwierdziłam, że szkoda mi dnia na stanie w miejscu i liczenie na to, że może za chwilę wpadnie coś sensownego. Perspektywa zarabiania 20 zł za godzinę albo jeszcze mniej kompletnie mnie nie przekonywała.

Postanowiłam więc spełnić swoją zachciankę.

Ruszyłam na objazd sklepów w poszukiwaniu kart Pokémon.

Okazało się jednak, że wcale nie są aż tak łatwo dostępne, jak myślałam. Odwiedziłam aż osiem sklepów i tylko w dwóch największych udało mi się znaleźć boostery.

A właściwie… udało się znaleźć wszystkie boostery, które tam były.

Bo wykupiłam je wszystkie.

Przepraszam dzieci… jeśli dziś liczyłyście na Pokémony, to będziecie musiały poczekać na kolejną dostawę. 😂

Do domu wróciłam błyskawicznie. Po drodze kupiłam jeszcze kebab boxa na wynos, żeby mój portfel miał już kompletnie dość tego dnia. Oczywiście w domu okazało się, że… nie dostałam sosu. Na szczęście lodówka uratowała sytuację i zrobiłam własny.

Najedzona mogłam w końcu przejść do najważniejszego punktu dnia.

Otwieranie boosterów.

Chyba każdy, kto kolekcjonuje karty, zna to uczucie. Powolne rozrywanie opakowania, przekładanie kolejnych kart i ta nadzieja, że właśnie za chwilę pokaże się coś naprawdę wyjątkowego.

Radość była ogromna.

Trafiłam kilka naprawdę ładnych, błyszczących i całkiem rzadkich kart. Co prawda nie było tam żadnej karty wartej fortunę, ale i tak satysfakcja z otwierania była ogromna.

I tu normalny człowiek zakończyłby dzień.

Ale nie ja.

Ledwo skończyłam otwierać pierwszą partię boosterów, wskoczyłam z powrotem na rower i pojechałam… wykupić resztę kart.

Bo przecież mogło się okazać, że właśnie tam czeka ta wymarzona karta.

Nie chcę nawet myśleć, kiedy odrobię dzisiejsze wydatki. Na razie żyję w świecie błyszczących kart, boosterów i kolekcjonerskich emocji, a kwestie finansowe odkładam na później. W końcu… jakoś to będzie.

Chyba naprawdę przechodzę kryzys wieku średniego.

Tylko zamiast kupować czerwony samochód, wykupuję Pokémony z okolicznych sklepów. 😅

Podobne wpisy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *