Jedno zamówienie i kryzys wieku średniego. Witaj Disney Lorcana!

🌇 Wrocław
🚲 E-bike
40 minut
💵 18,59 zł (0 zł napiwków)
💰 ? zł na godzinę
🛒 1 dostawa / 30 km
🍔 Uber

Dziś będzie trochę inaczej. Tematyka totalnie niezwiązana z delivery. No… prawie, bo jedno zamówienie jednak zrobiłam. Jedno. JEDNO! 😂 Całą resztę dnia spędziłam na jeżdżeniu po galeriach handlowych, zakupach, sprawianiu sobie przyjemności w postaci dobrego jedzenia oraz… nowej zajawki, czyli kolekcjonerskiej karcianki Disney Lorcana.

Ale tradycyjnie – zacznijmy od początku.

Wczoraj wpadłam na genialny (albo niebezpieczny dla portfela) pomysł, żeby znowu zacząć kolekcjonować karty. Kiedyś, jako nastolatka, miałam całkiem sporą kolekcję kart Magic: The Gathering. Jeszcze wcześniej zbierałam dosłownie wszystko, co dało się zbierać – znaczki, monety, banknoty, karty telefoniczne, karteczki, kamienie… chyba brakowało tylko kapsli od butelek. 😂

No i stwierdziłam, że skoro skończyłam 40 lat, to chyba wypada przeżyć jakiś kryzys wieku średniego. Porsche sobie nie kupię, bo nawet prawa jazdy nie mam, więc trzeba było znaleźć bardziej realistyczną alternatywę. Karty kolekcjonerskie wydają się idealnym wyborem.

Problem polega na tym, że jak już coś mnie zainteresuje, to… przepadłam. Muszę mieć to od razu. Teraz. Natychmiast. A potem zaczynam zgłębiać temat do granic możliwości, oglądam filmy, czytam poradniki i chłonę każdą informację.

Rano pomyślałam więc, że odpalę aplikacje, zrobię kilka kursów, a przy okazji podjadę do sklepu i zapytam, czy mają Lorcanę.

Odpalam Wolta i Ubera. Dosłownie po chwili wpada Uber. Kurs z gatunku tych „dalekich” – ponad 10 kilometrów na Bielany, odbiór w Starbucksie, dostawa do Ślęzy. Stawka? 18 zł.

No to jadę.

A pogoda… cóż. Lipiec chyba pomylił się z listopadem. Było chłodno, a wiatr był tak silny, że momentami dosłownie rzucało mną i rowerem na boki. Szczególnie na wiadukcie trzeba było jechać bardzo ostrożnie, bo podmuchy naprawdę dawały się we znaki.

Sama dostawa zajęła około 40 minut.

Wracam i Uber zaczyna zasypywać mnie kolejnymi propozycjami. 10-13 kilometrów, odbiory aż z Gaju, dostawy na Karwiany i okoliczne wioski. Stawki od 21 do 29 zł. W normalnych warunkach pewnie część bym przyjęła, ale w taki wiatr? Podziękowałam i odrzucałam jedno po drugim.

Stwierdziłam, że skoro i tak jestem niedaleko, to podjadę do centrum handlowego na Bielanach i zapytam o te karty.

Sprzedawca sprawdził w systemie i mówi:
– Tak, są.

Ja już w środku cała szczęśliwa. Poszedł na zaplecze po karty, a w międzyczasie za mną zdążyła ustawić się całkiem spora kolejka. 😂

Wzięłam na początek trzy boostery.

I wtedy doznałam lekkiego szoku.

Normalnie takie paczki kosztują około 24-30 zł za sztukę, a tutaj… 12 zł! Trafiłam na świetną promocję.

Zapłaciłam, wyszłam ze sklepu i miałam banana na twarzy. Naprawdę bardzo rzadko kupuję coś tylko dla siebie, bez żadnego praktycznego uzasadnienia. A przecież od czasu do czasu każdy powinien sprawić sobie jakąś małą przyjemność.

Nie wytrzymałam nawet do domu.

Stanęłam przed galerią, otworzyłam pierwszy booster, zrobiłam kilka zdjęć i zaczęłam oglądać karty jak dziecko, które właśnie dostało wymarzony prezent.

Problem w tym, że… po kilku minutach poczułam niedosyt.

Skoro były takie tanie, to czemu kupiłam tylko trzy?

No więc… zawrotka. 😂

Pojechałam z powrotem kilka kilometrów, ale po drodze jeszcze wstąpiłam do Auchan w poszukiwaniu albumu na karty. Niestety, pytałam w trzech różnych sklepach i nigdzie nie mieli. Ostatecznie zamówiłam album przez internet.

Będąc już w centrum handlowym, kupiłam jeszcze dwa kebaby i niczym wzorowy kurier osobiście dostarczyłam je chłopakowi do pracy. Ale oczywiście nie byłabym sobą, gdybym wcześniej nie wpadła jeszcze raz do sklepu po… kolejne boostery.

Dokupiłam pięć sztuk.

Łącznie wyszło osiem.

Portfel trochę zapłakał, ale cóż… kryzys wieku średniego sam się przecież nie sfinansuje. 😂

Po dostarczeniu kebabów pochwaliłam się chłopakowi nowym nabytkiem z takim zacieszem na twarzy, jakbym właśnie wygrała na loterii.

Potem już po raz kolejny tego dnia wracałam tą samą trasą przez Ślęzę i wiadukt, na którym wiatr nadal próbował zepchnąć mnie z roweru.

Szczerze mówiąc, w takich warunkach kompletnie nie chciało mi się jeździć. Było chłodno, nieprzyjemnie i momentami po prostu niebezpiecznie. Dlatego zamiast męczyć się z kolejnymi kursami, postanowiłam osłodzić sobie dzień w zupełnie inny sposób.

W sumie i tak planowałam dziś nigdzie nie wychodzić. Ostatecznie zrobiłam tylko jedno zamówienie, za to wróciłam do domu z nową zajawką, pełnym brzuchem i ogromną dawką radości.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *