Kolejna awaria, kolejny serwis, kolejne wydatki

🌇 Wrocław
🚲 E-bike
⌚ 3 godz. 40 min.
💵 97,45 zł (6,20 zł napiwku)
💰 26 zł na godzinę
🛒 7 dostaw / 47 km
🍔 Wolt / Uber
Ciąg dalszy problemów z rowerem… Dzisiejszy dzień to była awaria za awarią. Pod koniec jechało się już tak ciężko, że musiałam odpalić manetkę i wspomagać się nią, bo rower praktycznie odmawiał posłuszeństwa.
Czy jestem zła? Bardziej zawiedziona i zwyczajnie smutna. Człowiek ciężko pracuje, odkłada pieniądze na wymarzony sprzęt, kupuje go za naprawdę niemałe pieniądze z myślą, że będzie służył latami… a już po kilku dniach od zakupu pojawia się pierwsza awaria, a potem przez kolejny rok kolejne problemy, serwisy i wydatki.
Nie będę wchodzić we wszystkie szczegóły, ale to nie jest wina roweru ani moja. Dbam o ten rower bardziej niż o siebie. Problem w tym, że osoby, którym został powierzony i które „znają się na rowerach”, oddały mi go w stanie, w jakim nigdy nie powinien wrócić do klienta. A później dzień po dniu, tydzień po tygodniu i miesiąc po miesiącu wychodzą właśnie takie „niespodzianki”.
Ale dobra – zacznijmy klasycznie od pogody. Dziś konkretny upał, około 30 stopni. Miałam zostać w domu, ale ostatecznie wyszłam i… w sumie dobrze, bo nie było aż tak źle, jak myślałam. Wiał wiatr i trochę chłodził. Na słońcu oczywiście był piekarnik i człowiek szukał każdego kawałka cienia, ale ogólnie dało się żyć.
Po pogodzie – dziękuję za uwagę, przejdźmy do zamówień 😀
Od początku wpadał głównie Uber i dziś to on mnie ratował. Wolt odezwał się praktycznie raz. Na start McDonald’s – 4,8 km za 12 zł. Kurs z mojej wioski do Maka i… dostawa z powrotem praktycznie na moją wioskę. Tam klasycznie walka z bramką, która oczywiście nie chciała współpracować, więc musiałam szukać innego wejścia.
Początek dnia zapowiadał się wręcz podejrzanie dobrze. Pogoda fajna, rower cichy, płynny, przyjemny… aż ZA przyjemny. A takie momenty zwykle zwiastują, że zaraz wydarzy się coś, SAMI WIECIE CO 😀
Potem kolejny McDonald’s – 2,5 km za 10 zł i jeszcze 6 zł napiwku. No i później przyszła pizza… oraz początek dramatu.
Jadę sobie i nagle słyszę jakieś szuranie dochodzące ze środka roweru. Zwolniłam, przykładam głowę, nasłuchuję… brzmi to tak, jakby coś tarło w silniku. Zaczęłam się zastanawiać, czy zaraz coś nie wybuchnie albo czy wspomaganie nagle całkiem się nie wyłączy. Rower zaczął jechać ciężej, z wyraźnym oporem, a do klienta miałam jeszcze 6 km na Bielany.
Co chwilę zatrzymywałam się po drodze i próbowałam sprawdzić, co się dzieje. Jakoś dowiozłam zamówienie, ale dźwięk był tak irytujący, że poważnie zastanawiałam się nad zakończeniem jazdy na dziś.
Stanęłam na uboczu, kręcę pedałami, nagrywam filmik, pytam ludzi w internecie, co to może być. Odpowiedzi brak. Zaczęłam podejrzewać pedały albo jakieś zużyte elementy w środku. W końcu zatrzymałam pierwszego rowerzystę, którego zobaczyłam na ścieżce i pytam:
„Przepraszam, zna się Pan na rowerach? Bo coś mi piszczy przy kręceniu pedałami”.
Posłuchał chwilę i mówi, że możliwe, że to łożyska w pedałach.
Niby powinnam wtedy wracać do domu i nie pogarszać sytuacji, ale dzień był tak fajny, że chciałam jeszcze pojeździć mimo tych hałasów.
No i wtedy zaczęła się prawdziwa zabawa.
Wpadła pizza na Uberze – 6 km za 14 zł i rower zaczął wariować coraz bardziej. Wspomaganie co chwilę samo się wyłączało, licznik przestawał pokazywać prędkość, rower robił się coraz cięższy, aż momentami praktycznie nie dało się jechać. Musiałam kilka razy zatrzymywać się po drodze i ponownie wszystko włączać. Dostawy zaczęły się opóźniać, a ja byłam coraz bardziej zirytowana.
Wreszcie odezwał się Wolt. Duże zamówienie – dwie wielkie i ciężkie torby z obiadami, dostawa do szpitala. Dzwonię do klienta, lekarz mówi, żebym weszła na ginekologię. Jakoś to znalazłam. Niestety po drodze jedzenie trochę się wylało, bo restauracja zapakowała wszystko tragicznie – jedno opakowanie na drugim, całość chwiejna, a po naszych drogach wiadomo jak się jedzie… Na szczęście lekarz okazał się bardzo wyrozumiały.
Potem jeszcze Uber i gigantyczna pizza – 5 km za 12 zł. Tak wielka, że ledwo zamknęłam plecak, a przy oddawaniu klientowi pudełko było już lekko wygięte.
Ostatnie zamówienie to sushi na Uberze – 3 km za 9 zł. Blisko restauracji i blisko mojego osiedla.
Pod koniec jeździłam praktycznie na samej manetce, bo normalna jazda przez te awarie była momentami niemożliwa.
Wracając do domu zrobiłam jeszcze zdjęcia absolutnie czadowego, amerykańskiego radiowozu. Gdyby nie ten rower, pewnie jeszcze bym pojeździła, bo mimo wszystkich problemów dzień miał naprawdę fajny klimat i zamówień też trochę było.
Ale teraz przede mną kolejny serwis i kolejne wydatki. Nie mogę już jeździć na rowerze w takim stanie. Do zrobienia jest kilka rzeczy – wymiana łańcucha, elektronika, prawdopodobnie łożyska w pedałach, hamulce…
W najlepszym przypadku naprawią to sprawnie w kilka dni. W najgorszym – rower pojedzie na gwarancję i mogę pożegnać się z jazdą na całe lato. A to przecież najprzyjemniejszy okres na delivery.
Wiem, ile potrafią trwać takie gwarancyjne „naprawy” i naprawdę chciałabym tego uniknąć.
Staram się być spokojna, ale gdzieś z tyłu głowy mam obawę, że to może być dopiero początek długiej walki o rower.


