Kradzież zamówienia, o krok od potrącenia, porwana torba i kolejna awaria roweru

🌇 Wrocław
🚲 E-bike
⌚ 6 godz. 10 min.
💵 218,48 zł (19 zł napiwków)
💰 35 zł na godzinę
🛒 16 dostaw / 70 km
🍔 Pyszne / Uber
Dzień, w którym cierpliwość była na wyczerpaniu
Działo się dziś bardzo dużo. Naprawdę mam co opowiadać.
Była kradzież mojego zamówienia przez innego kuriera, było mnóstwo czekania w restauracjach, silny wiatr, ale jednocześnie ogromny upał. Był też ponowny problem z hałasującym rowerem, zepsuty zamek w sakwie, przez który musiałam specjalnie jechać po nową torbę, a do tego doszła jeszcze chwila prawdziwego strachu, kiedy cofająca taksówka omal mnie nie potrąciła.
Z każdym kolejnym problemem moja frustracja rosła. Jedna rzecz, druga, trzecia… Wszystko po trochu dolewało oliwy do ognia. Mało brakowało, żebym naprawdę pękła, ale mimo wszystko starałam się trzymać w całości i robić swoje.
Do domu wróciłam późno, głodna i zmęczona.
Ale jak zwykle – zacznijmy od początku.
Ledwo zdążyłam rozpocząć pracę
Rano nie wyrobiłam się wcześniej. Ubierałam się w biegu i dosłownie minutę przed rozpoczęciem bloku na Pyszne zdążyłam go zająć.
Nie zdążyłam nawet wyjść z domu, a już dostałam pierwsze zamówienie.
Szybko wyprowadzam rower, wskakuję i pędzę do restauracji. Na początek bar z domowym jedzeniem – 4,4 km za 16 zł. Na szczęście na miejscu nie musiałam długo czekać.
Za to pogoda od samego początku dawała się we znaki. Wiał naprawdę silny wiatr i momentami miałam wrażenie, że zamiast jechać, stoję w miejscu. Człowiek pedałuje, pedałuje, a droga jakby się nie przesuwała.
Do tego było bardzo gorąco. Woda z bidonu znikała w zastraszającym tempie.
Dostarczam zamówienie na osiedle klientki i wracam. I nagle patrzę – znajoma twarz.
Okazało się, że to sąsiadka!
Przywitałam się i pytam, co właściwie robi na tym osiedlu, bo przecież nie jest to specjalnie miejsce na spacer czy zakupy. Odpowiedziała, że… przeprowadziła się tutaj z mojego osiedla. Powód? Po schodach coraz trudniej jej chodzić, a tutaj są nowe bloki i windy.
Chwilę porozmawiałyśmy i ruszyłam dalej.
Pyszne zaczęło dobrze dawać
Na szczęście zamówienia wpadały całkiem przyzwoicie. Kolejne to ramen – 3,2 km za 13 zł.
A potem pojawiło się zamówienie, które zapowiadało się naprawdę dobrze.
Bistro z moich rejonów, 6,2 km za 20 zł. Idealny kurs. Ucieszyłam się, bo wszystko się zgadzało – kierunek, odległość i stawka.
Dojeżdżam do restauracji, podaję numer zamówienia, a pani nagle:
„Noż kurna, ukradł! Kurier przed chwilą zabrał to zamówienie! Dosłownie przed chwilą!”
Aż wybiegłam sprawdzić, czy może jeszcze zobaczę tego kuriera. Niestety – już go nie było.
Pani z restauracji była równie wkurzona jak ja. Miała pełne ręce roboty, mnóstwo klientów, a teraz jeszcze taka sytuacja. Ja natomiast straciłam zamówienie i przejechałam połowę trasy na marne.
Napisałam do supportu Pyszne. Na szczęście odpowiedzieli dość szybko. Zamówienie zostało anulowane, a support obiecał rekompensatę za dojazd do restauracji, która ma zostać doliczona przy kolejnym zamówieniu.
Mam nadzieję, że będzie to 10 zł, bo mniej więcej tyle wynosiła połowa trasy. Oczywiście doliczam tę kwotę do zarobku i lecę dalej.
Tyle tylko, że całe zdarzenie pokrzyżowało mi plany. Liczyłam na dobre zamówienie, a zamiast tego musiałam jeździć dalej w miasto.
Szpital, kebab i coraz więcej czekania
Kolejne zamówienie dostałam z Chleboteki – 5,7 km za 17 zł, z dostawą do szpitala Przylądek Nadziei.
Potem kebab – 4,6 km za 17 zł.
I tutaj zaczęło się kolejne czekanie. Siedziałam na krześle przy ulicy i czekałam, aż zamówienie będzie gotowe. Torba była ciężka, pełna kebabów, więc przynajmniej miałam co dźwigać.
W końcu odpaliłam Ubera.
I wtedy aplikacja zaczęła dosłownie wariować.
Kurs za kursem, jeden po drugim. Do tego w mało ciekawych kierunkach. Odrzucałam kolejne propozycje, aż w końcu trafił się Uber podwójny.
A potem… zrobił się potrójny.
Mango Mama, Solleim i HulThai.
Brzmiało dobrze.
Do czasu.
Jedno zamówienie, trzy restauracje i mnóstwo czekania
Pierwsze zamówienie odebrałam praktycznie od razu. Za to Solleim postanowił przetestować moją cierpliwość.
„Siedem minut” – mówią.
Dobrze, czekam.
Po chwili: „Jeszcze pięć minut”.
Czekam dalej.
Mija kolejne pięć minut…
I zanim się obejrzałam, minęło chyba około 20 minut.
A przecież pozostali klienci czekają.
Straciłam sporo czasu, ale tutaj wydarzyło się coś miłego. Żaden z klientów nie robił problemów. Nikt nie miał pretensji. Każdy podchodził ze spokojem i uśmiechem: „spoko, nic się nie stało”.
Co więcej – pierwszy klient dał mi 7 zł napiwku, a drugi 6 zł.
I nagle całe zamówienie zaczęło wyglądać dużo lepiej.
Łącznie za 9 km dostałam 30 zł, a z napiwkami wyszło 43 zł w około 50 minut.
Jak na tyle czekania? Wcale nie tak źle.
McDonald’s i kolejna porcja frustracji
Potem wpadło Pyszne z McDonald’sa w CH Borek na Grabiszynie – 6,5 km za 19 zł, z dostawą na Oporów.
Ehh…
Do tego McDonald’sa zawsze jadę z lekkim niepokojem. Obsługa nie należy do najbardziej przyjaznych kurierom, współpraca bywa słaba, a czasami mam wrażenie, że człowiek przeszkadza samą swoją obecnością.
Jedna z pracownic potrafi patrzeć na mnie tak, jakby najchętniej pożarła mnie wzrokiem.
Człowiek zaczyna się zastanawiać, czy w ogóle bezpiecznie jest się odezwać 😉
Na dodatek próbowałam przejść przez tłum ludzi. Dwa razy mówię do stojącej na przejściu kobiety:
„Przepraszam”.
Nic.
Ani kroku.
W końcu bezradnie machnęłam rękami w stylu „ręce opadają” i poszłam inną drogą.
Niby drobiazg. Niby nic wielkiego.
Ale właśnie takie drobiazgi zaczynały powoli przelewać moją szklankę frustracji.
Dostawa była do przychodni medycznej.
Potem dostałam jeszcze zamówienie greckie – 4,5 km za 15 zł.
I wtedy wydarzyło się coś, co mogło skończyć się naprawdę źle.
Chwila grozy. Taxi omal mnie nie potrąciło
Wracając z dostawy, jechałam spokojnie uliczką. Widzę klienta czekającego na taksówkę.
Taxi wjeżdża z impetem, szybko zawraca i zatrzymuje się.
Chcąc przejechać, zaczęłam powoli omijać samochód od tyłu. Nie spodziewałam się absolutnie tego, co wydarzy się za chwilę.
Nagle taksówka zaczęła cofać.
I to prosto na mnie.
Klient czekający na taxi od razu krzyknął, żeby kierowca się zatrzymał. Kierowca jednak najwyraźniej go nie usłyszał. Nie patrzył w tył, nie widział mnie i dalej cofał.
A ja?
Naciskam na pedały i ruszam ile sił.
On cofa.
Ja jadę.
On dalej cofa.
Wyglądało to niemal tak, jakby mnie gonił, a ja próbowałam uciec.
I naprawdę brakowało centymetrów.
Czułam samochód dosłownie przy swoim kole. Jeszcze chwila i byłoby uderzenie.
W końcu udało mi się odjechać.
Z emocji aż krzyknęłam:
„K***a!!”
I ze złości uderzyłam ręką w swoje udo.
Obok przyglądał się temu wszystkiemu pan siedzący w samochodzie i tylko powiedział:
„Noo, mało brakowało i by Panią potrącił”.
No właśnie.
Mało brakowało.
Długo później o tym myślałam.
Rozumiem, że kierowcy taxi się spieszą. Kurierzy też się spieszą – często jesteśmy spóźnieni, często czekamy w restauracjach, często próbujemy nadrobić stracony czas.
Ale ja naprawdę nie jestem w stanie przewidzieć, co kierowca ma w głowie i w którym momencie postanowi ruszyć.
Chciałam tylko przejechać.
Pierogi, głód i kolejne czekanie
Po tej sytuacji dostałam pierogi na Pyszne – 3,5 km za 13 zł.
I oczywiście…
Czekanie.
Pierogi jeszcze się gotowały.
Siedziałam przy stoliku, aż w pewnym momencie dosiadł się do mnie jakiś pan i tak razem czekaliśmy.
Byłam już tak głodna, że zdążyłam zjeść batona.
Potem kolejna grecka restauracja – 3,6 km za 13 zł.
Następnie kebab – 2,2 km za 10 zł.
Od klienta dostałam 3 zł napiwku.
I wtedy przez około 20 minut nie wpadało absolutnie nic.
Pyszne milczało aż do końca bloku.
Niespodziewane spotkanie z koleżanką
Jadę więc spokojnie i nagle widzę koleżankę idącą z wózkiem i dzieckiem.
No to wiadomo – cyk na chodnik i jadę za nią 😉
Zrobiłam jej niespodziankę, chwilę razem porozmawiałyśmy i odprowadziłam ją pod blok.
Miłe spotkanie, trochę rozmowy i można było ruszać dalej.
Tylko że wtedy rower postanowił przypomnieć mi o sobie.
Rower znowu zaczął hałasować
Ledwo ruszyłam, a rower zaczął wydawać z siebie ten sam nieprzyjemny dźwięk co jakiś czas temu.
Takie brzydkie szuranie, hałasowanie, jakby coś działo się z silnikiem.
I znowu nie wiadomo, co to właściwie jest.
Nikt nie potrafi powiedzieć, jak to naprawić. Najlepiej podobno wiedziałby producent, tylko że do niego mam kawał drogi.
Pozostaje mieć nadzieję, że rower sam przestanie.
Ostatnio tak było – hałas pojawił się, potem zniknął.
Może rower potrzebuje odpoczynku?
A może po prostu przez ten upał wszystko się przegrzewa?
Tego nie wiem.
Wiem tylko, że nie jest to dźwięk, który chciałabym słyszeć podczas pracy.
KFC i kolejna próba cierpliwości
Dostałam Ubera z KFC na Bielanach.
Jadę.
I wtedy wpada kolejne KFC.
A na miejscu…
Czekam.
I czekam.
I jeszcze trochę czekam.
Jedno zamówienie w końcu dostałam, ale w międzyczasie wpadło jeszcze trzecie zamówienie z tego samego KFC.
Czyli zamiast wyjechać, czekam dalej.
Przy okazji rozmawiałam z innym kurierem. Oczywiście temat rozmowy mógł być tylko jeden:
czekanie w restauracjach.
Ponarzekaliśmy sobie wspólnie i jakoś czas zleciał.
W sumie czekałam około 20 minut.
W końcu ruszyłam z trzema zamówieniami do trzech klientów.
Ostatnia klientka jednak zniknęła.
Dzwonię.
Pukam.
Cisza.
Piszę.
Cisza.
Dzwonię na telefon.
Cisza.
A czas leci.
Moje nerwy były już naprawdę wysoko.
Inny kurier pewnie w tym momencie stwierdziłby: „No dobra, jak nie chce, to jej strata” i zabrał jedzenie ze sobą 😉
Ja jednak postanowiłam zostawić je pod drzwiami i napisałam klientce na czacie, że właśnie tak zrobiłam.
Wychodzę.
I nagle oddzwania.
Okazało się, że musiała pilnie wyjść z psem.
No cóż…
Pewnie trochę za długo czekałam w KFC, ale z drugiej strony – co mogłam zrobić?
To było już moje ostatnie zamówienie.
Za trzy kursy dostałam 25 zł za 7 km.
A na koniec… rozpadła się sakwa
Myślałam, że skoro to ostatnie zamówienie, to już nic mnie nie zaskoczy.
Oj, jak bardzo się myliłam.
Zapinając sakwę rowerową, poczułam, że zamek zaczyna działać coraz gorzej. Chodził opornie, nie chciał się normalnie zapiąć.
Pociągnęłam mocniej.
I…
poszedł.
Zamek się porwał.
No pięknie.
Musiałam wyjąć całą zawartość torby i kombinować, co dalej.
Ostatecznie pojechałam specjalnie do centrum handlowego po nową torbę na rower.
70 zł.
To już trzecia taka torba.
W dwóch poprzednich również popsuły się zamki.
Może ta wytrzyma chociaż kilka miesięcy?
Mam nadzieję.
Przy okazji kupiłam sobie gyrosa, żeby po powrocie od razu mieć co zjeść.
Bo tak – przez około 7 godzin praktycznie nic nie jadłam.
Ponad 200 zł mimo całego tego chaosu
I tak właśnie zakończył się ten dzień.
Kradzież zamówienia przez innego kuriera.
Godziny czekania.
Wiatr.
Upał.
Hałasujący rower.
Zepsuta sakwa.
Kierowca taxi cofający prosto na mnie.
Niesympatyczna obsługa.
Klient, którego nie było.
Mnóstwo drobnych rzeczy, które osobno nie byłyby wielkim problemem, ale razem potrafiły naprawdę człowieka wykończyć.
A jednak jakoś to wszystko przetrwałam i nie wybuchłam.
Co więcej – zarobiłam ponad 200 zł.
Jak na liczbę problemów, czas spędzony na czekaniu i wszystkie nieprzewidziane sytuacje, wynik jest całkiem przyzwoity.
Ale chyba najważniejszy wniosek z dzisiejszego dnia jest inny.
Chyba muszę trochę zwolnić
Ostatnio moje tempo pracy jest naprawdę wysokie.
Może nawet za wysokie.
Cały czas próbuję jechać szybciej, nadganiać, brać kolejne zamówienia, nadrabiać czas stracony w restauracjach.
Tylko że organizm i głowa też mają swoje granice.
Dzisiaj było już naprawdę blisko momentu, w którym zwyczajnie miałam dość.
Dlatego chyba czas trochę zwolnić.
Nie przestać jeździć.
Nie odpuszczać pracy.
Po prostu trochę zwolnić tempo i nie próbować za wszelką cenę wycisnąć z każdego dnia maksimum.
Bo czasami te dodatkowe kilka złotych nie są warte całego stresu.
A po takim dniu jak dzisiaj najbardziej cieszyłam się nie z zarobku, tylko z tego, że w końcu mogłam wrócić do domu, zjeść gyrosa i powiedzieć sobie:
„Dobra. Przetrwałam.”


