Miała być kiepska dniówka, a wyszła zaskakująco dobra godzinówka

🌇 Wrocław
🚲 E-bike
⌚ 5 godz. 20 min.
💵 224,9 zł (9 zł napiwków)
💰 42 zł na godzinę
🛒 14 dostaw / 70 km
🍔 Pyszne / Wolt / Uber

Kolejny dzień, który miał być słaby, a godzinówka znowu zaskoczyła

Kolejny dzień z rzędu, kiedy na początku miałam wrażenie, że idzie mi kompletnie kiepsko, zamówień jak na lekarstwo, dużo czekania, a ostatecznie… godzinówka znowu wyszła jeszcze lepsza, niż się spodziewałam. Naprawdę nie wiem, jak to możliwe. 😅

Przecież przez sporą część dnia była prawdziwa posucha. Miałam odpalone aż cztery aplikacje i mimo to potrafiłam po prostu stać i czekać, aż cokolwiek wpadnie. Wolt trochę ratował sytuację, ale też bez szału – dał mi zaledwie trzy zamówienia. Uber natomiast chyba się dziś na mnie obraził, bo praktycznie w ogóle nie chciał ze mną współpracować. Wpadło z niego tylko jedno zamówienie za 6 zł.

Najwięcej zamówień zrobiłam na Pyszne, dzięki dobieranym blokom. I właśnie Pyszne uratowało mi dzisiaj dzień. Pod koniec nawet żałowałam, że nie zdążyłam dobrać kolejnego bloku. Przez to miałam około pół godziny przerwy, zanim mogłam ruszyć dalej. Żałowałam też, że na sam koniec nie wybrałam dłuższego bloku, bo spokojnie mogłam dobić do 250 zł. Niestety blok się skończył, a Uber i Wolt akurat postanowiły milczeć.

Rano wszystko na szybko, czyli obiad przed delivery

Dzisiaj od samego rana byłam w biegu. Specjalnie wcześniej wstałam, żeby zrobić obiad przed wyjściem na delivery. Wiedziałam, że jeśli nie zrobię tego rano, to wieczorem nie znajdę już ani czasu, ani siły, ani tym bardziej chęci.

Najpierw szybko zakupy, potem spacer z kotem, a później zabrałam się za obiad. Zrobiłam paprykę nadziewaną mięsem i wyszła tak dobra, że oczywiście porządnie się najadłam. 😋 Potem jeszcze pozmywałam, zrobiłam pranie i dosłownie na styk udało mi się dobrać blok na Pyszne.

Wybiegłam z domu i ruszyłam na delivery.

Na początku cisza i pierwsze zamówienie na Pyszne

Początek nie zapowiadał niczego dobrego. Czekałam, czekałam i nic. Już zaczynałam myśleć, że dzisiaj będzie jeden z tych dni, kiedy człowiek wyjdzie na rower, przejedzie kilka kilometrów i właściwie niewiele zarobi.

Na szczęście odezwało się Pyszne.

Pierwszy kurs miał 5,3 km i był za 17 zł. Odbiór z jakiejś nowej budki z hamburgerami przy Parku Południowym. Okazało się, że smash burgery robią tam furorę, bo jeszcze kilka razy później tam jeździłam. Jak na pierwszy kurs było bardzo fajnie, bo dostawa prowadziła z powrotem w moje rejony.

Chwilę później kolejne dobre zamówienie z Pyszne – 4,6 km za 15 zł z Kluski na Racławickiej. Znowu dostawa w moje strony.

Klient nie podał numeru mieszkania, co niestety zdarza się dość często, więc musiałam dzwonić i ustalać, gdzie dokładnie wejść.

McDonald’s w CH Borek i tradycyjne czekanie

Następne zamówienie również było dobrze płatne – 5 km za 17 zł z McDonald’s w CH Borek.

I tutaj zaczęło się czekanie.

W restauracji oprócz mnie stało jeszcze dwóch kurierów i wszyscy czekaliśmy dość długo. Mam wrażenie, że w tym McDonald’s wszystko odbywa się w tempie muchy w smole. Dwie osoby wydają zamówienia, ale robią to tak mozolnie, że człowiek zaczyna się zastanawiać, czy doczeka się swojego jedzenia.

Do tego czasami aż strach zapytać o zamówienie, bo można odnieść wrażenie, że człowiek przeszkadza.

W końcu dostałam swoje jedzenie i ruszyłam z dostawą.

Bramka, która postanowiła mnie zatrzymać

Po dostarczeniu zamówienia pojawił się kolejny problem. Nie mogłam wyjechać z osiedla, bo bramka była zamknięta, a przycisk nie działał.

Naciskałam go tyle razy, że aż palec zaczął mnie boleć.

W końcu bramka łaskawie się otworzyła.

No ludzie… już myślałam, że będę tam nocować. 😂

Seria dalekich kursów i zmiana aplikacji

Później Pyszne zaczęło proponować serię dalekich kursów – centrum, jeszcze dalej i jeszcze dalej. Odrzuciłam chyba z dziesięć pod rząd. Nie miałam ochoty wyjeżdżać gdzieś daleko za zamówienie, które zupełnie nie pasowało mi do trasy.

W końcu wyłączyłam Pyszne i odpaliłam Wolta.

Wolt szybko się odezwał. Dostałam fajny kurs – 6 km za 17,50 zł, ponownie z tego smashowego hamburgera. Do tego Wolt dobrał Ragu na Borowskiej za 5 zł. Obie dostawy były blisko siebie, więc kurs bardzo przyjemny.

Przy drugiej dostawie pojawił się jednak problem z Google Maps. Internet zaczął wariować i nawigacja nie chciała normalnie działać. Musiałam odpalić inną aplikację, żeby w ogóle trafić do klienta.

8 kilometrów po naleśniki

Chwilę później Wolt dał mi dość ciekawe zamówienie z Chleboteki – 8 km za 21,50 zł.

Odbiór aż z Jagodna, a dostawa na Partynice.

Co ciekawe, na Partynicach również jest Chleboteka, a klientka miała ją właściwie po drugiej stronie ulicy.

Domyślam się, że po prostu w tej lokalizacji nie mieli naleśników z serem, a na Jagodnie były, więc dostałam zadanie specjalne: zasuwać 8 kilometrów z naleśnikami.

I znowu popełniłam ten sam błąd

Po dostarczeniu zamówienia zrobiłam coś, czego później trochę żałowałam – nie zajęłam kolejnego bloku na Pyszne.

Byłam przekonana, że przecież Wolt albo Uber zaraz coś dadzą.

Nie dali.

Przez około 20 minut cisza.

W końcu na Uberze wpadła Chleboteka z Partynic – 1,2 km za 6 zł. I… było to jedyne zamówienie z Ubera przez cały dzień.

Wiozłam zupy pomidorowe, a szklane słoiki przyjemnie stukały mi w plecaku. 😅

Miła niespodzianka w salonie samochodowym

Na szczęście odezwało się ponownie Pyszne. Tym razem 4,6 km za 16 zł – hamburger do salonu samochodowego Omoda i Jaecoo.

I tutaj spotkała mnie bardzo miła sytuacja.

Weszłam do salonu trochę nieśmiało, bo nie do końca wiedziałam, gdzie mam podejść. Stałam sobie i dosłownie wwąchiwałam się w zapach nowych samochodów. 😂

Pani z końca salonu od razu mnie zauważyła, serdecznie przywitała i zaprosiła bliżej. Po dostarczeniu zamówienia równie miło mnie pożegnała.

Fajnie spotkać się z takim profesjonalizmem i zwykłą ludzką serdecznością wobec każdego człowieka.

Samochodu nie kupiłabym, ale rower już zdecydowanie tak. 😂🚲

Kolejne zamówienia i trochę przyjemniejsza trasa

Później Pyszne dało mi Bistro – 3 km za 13 zł. Jedzenie pachniało tak dobrze, że naprawdę można było zgłodnieć.

Następnie kebab na Powstańców Śląskich – 4,6 km za 16 zł. Tutaj pojechałam skrótem przy rzece, więc trasa była zdecydowanie przyjemniejsza.

Dostawa prowadziła do tych samych bloków-labiryntów, o których pisałam ostatnio. Tym razem byłam już bardziej obcykana i od razu trafiłam. Pani z okienka nie musiała nawet mnie ratować. 😄

Potem kolejne Bistro – 4,4 km za 16 zł plus 6 zł napiwku.

Następnie znowu to samo Bistro – 3,8 km za 14 zł. Dostawa wypadła na osiedlu, na którym kiedyś mieszkałam, więc okolica była mi dobrze znana.

Smash burger, rogatki i uciekające zamówienie

Później Pyszne ponownie wysłało mnie po smash burgera. Tym razem było 7,7 km za 22 zł plus 3 zł napiwku.

Po drodze zatrzymały mnie rogatki. Czekając na pociąg, wyciągnęłam telefon i zrobiłam kilka zdjęć.

A co! Skoro już muszę czekać, to przynajmniej coś z tego czekania mieć. 😄

Po dostarczeniu zamówienia weszłam do bloku klienta, ale wychodząc, przez przypadek wyszłam innymi drzwiami. Zorientowałam się dopiero na zewnątrz, że rower został po drugiej stronie budynku.

No nic, trzeba było obejść blok.

Po drodze aż zaklęłam, bo przez brak internetu w środku budynku przycięła mi się aplikacja i uciekło mi bardzo fajne zamówienie na Pyszne. Szkoda, bo mogłam jeszcze zarobić.

Na szczęście chwilę później dostałam kolejne – McDonald’s, 5 km za 16 zł.

Pędziłam, bo do końca mojego bloku na Pyszne zostało już tylko kilkanaście minut. Miałam nadzieję, że uda się jeszcze złapać jedno zamówienie.

Niestety nie zdążyłam.

Koniec bloku i niedosyt

McDonald’s okazał się ostatnim zamówieniem tego dnia. Blok na Pyszne się skończył, a Uber i Wolt akurat niczego nie dawały.

I właśnie wtedy poczułam lekki niedosyt.

Spokojnie mogłam jeszcze pojeździć. Gdybym miała dłuższy blok na Pyszne, prawdopodobnie udałoby mi się jeszcze coś dorzucić. Tym bardziej żałowałam, że wcześniej nie dobrałam kolejnego bloku.

Pogoda była dzisiaj idealna do jazdy – ciepło, ale głównie pochmurno i z wiatrem. Co najlepsze, kiedy wróciłam do domu, chwilę później zaczął padać deszcz. Zdążyłam więc wrócić sucha. 😄

Miało być słabo, a wyszło naprawdę dobrze

Patrząc na cały dzień, naprawdę nie wiem, jakim cudem godzinówka znowu wyszła tak dobrze.

Przez dużą część dnia miałam wrażenie, że jest fatalnie. Mało zamówień, przerwy między kursami, czekanie w restauracjach, problemy z internetem, zepsute Google Maps, zamknięta bramka i jeszcze uciekające zamówienie.

A mimo tego, kiedy podsumowałam dzień, okazało się, że wyszło znacznie lepiej, niż się spodziewałam.

Najwięcej zrobiło oczywiście Pyszne. To właśnie ono uratowało mi dzisiaj dzień.

I po raz kolejny przekonałam się, że podczas delivery nie zawsze warto oceniać dzień po pierwszych godzinach. Czasami człowiek przez pół dnia myśli, że nic z tego nie będzie, a potem nagle zaczynają wpadać dobre kursy i końcowy wynik potrafi naprawdę pozytywnie zaskoczyć.

Dzisiaj zdecydowanie był właśnie taki dzień.

Podobne wpisy

  • Mróz, zamknięty McDonald’s i językowy chaos

    Pojechałam mimo solidnego mrozu – odczuwalne około -7 stopni. Od początku wiedziałam, że to raczej nie będzie długa jazda i że prędzej czy później będę musiała uciekać do domu. I dokładnie tak się stało. Zrobiłam zaledwie cztery zamówienia, bo zimno w dłonie było tak potężne, że aż zamarzały, mimo grubych rękawic. Ale wystarczyło jedno zamówienie, żeby było o czym pisać.

  • Plecy zapamiętają

    Zaczęło się tak super jak wczoraj, ale niestety szybko się posypało. Odebrałam zamówienie i nagle błąd w aplikacji Wolta – nie mogę potwierdzić odbioru, nie mogę ruszyć dalej, nie widzę adresów, kompletnie nic. Stoję z dwoma zamówieniami w plecaku, które stygną, a ja piszę do supportu i… cisza.

  • Mało zamówień, za dużo pokus i dziewczynka z własnoręczną biżuterią

    Dziś pogoda dopisała jak rzadko – pełne słońce i około 30°C. To właściwie ostatni taki „przyjemny” dzień przed falą upałów, bo jutro prognozy pokazują aż 36°C. W taki skwar nawet ja odpuszczam pracę i zostaję w domu. Pojeździłam trochę dłużej niż wczoraj, ale szału nadal nie ma. Zamówień jak na lekarstwo. Przez ponad dwie godziny udało mi się zrobić zaledwie pięć dostaw i wróciłam do domu z zarobkiem około 60 zł. W takim tempie to chyba długo będę odkładać na zbliżający się serwis roweru. A potem pozostanie już tylko… jeść gruz. Ale co zrobić – lepiej się z tego pośmiać niż załamywać.

  • Walentynki na delivery

    Wyskoczyłam w Walentynki na delivery, tak z czystej ciekawości – zobaczyć, jak to będzie wyglądało na mieście. A wyglądało… bardzo walentynkowo. Wszędzie pary: jeden facet otwiera kobiecie drzwi samochodu, w drugiej ręce czerwony balonik i bukiet kwiatów, inny prowadzi swoją wybrankę do restauracji. Tego dnia wszyscy tacy mili, troskliwi i romantyczni – wiadomo, bo święto. Jutro już pewnie sama będzie sobie drzwi otwierać.

  • Na ostatniej kresce

    Dziś trochę przesadziłam. Jeździłam prawie do wyczerpania baterii i mając już tylko jedną kreskę, wzięłam jeszcze zamówienie w Uberze. Oczywiście aplikacja dorzuciła podwójne. W tym momencie już tylko modliłam się, żeby drugie było blisko pierwszego.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *