Misja ratunkowa z plasterkiem i dwa straszne manekiny w ciemnej klatce

🌇 Wrocław
🚲 E-bike
4 godziny
💵 84 zł (5 zł napiwku)
💰 21 zł na godzinę
🛒 7 dostaw / 50 km
🍔 Wolt / Uber

Dziś totalna lipa z zarobkiem. Takie dni odbierają chęci do jeżdżenia – niskie stawki, mało zamówień, ciągłe czekanie i mnóstwo kilometrów robionych praktycznie za grosze. Co chwilę wpadały jakieś kursy do centrum po śmiesznych stawkach, więc kilka musiałam odrzucić, bo zwyczajnie się to nie opłacało. Pogoda za to naprawdę dopisała – ciepło, słonecznie, przyjemnie, tylko wiatr momentami mocno dawał się we znaki. W trakcie jazdy przebierałam się i zrzucałam kolejne warstwy ubrań, bo robiło się coraz cieplej.

Dziś królował McDonald’s i tajskie. Pierwszy kurs na Wolcie – 4,5 km za 15 zł. Zajeżdżam na miejsce, a klientka już stoi przy placu zabaw i czeka na zamówienie. Od razu mówi z uśmiechem: „Mój syn już nie może się doczekać Happy Meala z McDonalda, tak je lubi”. Pośmiałyśmy się chwilę i od razu człowiekowi trochę milej. Potem oczywiście kilka kilometrów powrotu na pusto.

Kolejny McDonald na Wolcie – 1,2 km za całe 6 zł. Klienci też już czekali na zewnątrz, właśnie wracali do domu. Zaraz później Uber zaczął bombardować mnie dalekimi kursami do centrum – po 8 km i więcej – więc musiałam odrzucać jeden za drugim.

Następny McDonald – 2,8 km za 11 zł, akurat dostawa blisko mojego osiedla. Wchodzę do klatki schodowej, ciemno, cisza, idę po schodach i nagle prawie dostałam zawału. Podskoczyłam jak głupia, bo w półmroku stało dwóch wysokich czarnoskórych facetów. Po sekundzie okazało się, że to… manekiny. To już chyba piąty raz, kiedy jadę do tej samej klientki i za każdym razem daję się na to nabrać 😀

Później Uber i tajskie na Oporów – 5,3 km za 12 zł. Piękna stawka, normalnie luksus. Kolejne tajskie na Uberze – 5 km za 14 zł plus 5 zł napiwku, więc chociaż tyle poprawiło humor. Problem w tym, że był to daleki kurs na Grabiszyn, a potem kilka kilometrów powrotu na pusto. Wracałam przez park i ścieżkę przy rzece, gdzie tak mnie wytrzęsło na nierównościach, że miałam dość.

Nareszcie wożone od kilku lat w kieszeni plastry w końcu się do czegoś przydały! Jadę sobie przy rzece i widzę dziecko, które się przewróciło. Leży na ziemi, rodzice próbują je podnieść, mały oczywiście przeżywa dramat życia. Podjeżdżam więc z odsieczą i oferuję plastry. Wyciągam dwa wygniecione plasterki, które od wieków kisiły się w kieszeni spodni i daję rodzicom, żeby nakleili dziecku. Rękę mu przemyli, ale żadnej poważnej rany nie było, ledwo lekkie otarcie. No ale wiadomo – dziecko najbardziej potrzebowało plasterka, bo wtedy od razu człowiek czuje się uratowany 🙂 Misja ratunkowa zakończona sukcesem. I szczerze? W tamtym momencie poczułam, że całe to dzisiejsze jeżdżenie za grosze miało jednak jakiś sens.

Potem jeszcze kolejne tajskie na Uberze – 3 km za 8 zł. Na sam koniec McDonald’s – 5 km za 12 zł, akurat obok domu. Już wiedziałam, że nie będę miała siły wracać znowu na miasto i że to koniec na dziś. Miałam po prostu dość tak słabego dnia.

Ale przynajmniej trochę się poruszałam, bo przez ostatnie dni rower był w serwisie. Zrobili pełen przegląd i faktycznie czuć różnicę – teraz jeździ dużo płynniej, ciszej, nic nie trzeszczy. Sama jazda jest przyjemniejsza.

I tak minął dzień – praktycznie tylko McDonald’s i tajskie jedzenie. Ładna pogoda zrobiła swoje, ludzie wyszli z domów, w parkach tłumy, na ścieżkach rowerowych slalom między spacerowiczami i trzeba uważać na każdym kroku. Czasem naprawdę ciężko się zmotywować, ale jednak dobrze czasem ruszyć z domu, nawet kiedy totalnie się nie chce.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *