Myślałam, że ukradli mi rower

🌇 Wrocław
🚲 E-bike
⌚ 3.5 godzin
💵 96 zł (10 zł napiwku)
💰 27 zł na godzinę
🛒 7 dostaw / ? km
🍔 Glovo
Do domu wróciłam dopiero po prawie 5 godzinach, bo Glovo już pierwszym zamówieniem wysłało mnie na drugi koniec miasta – 14 km od domu. Tyle samo musiałam potem wracać, i to w solidnym deszczu.
To, jak zmokłam w ostatnich dniach, to nic. Dziś to było czyste szaleństwo.
Jeździłam głównie po centrum, a tam zamówień jest sporo – ale głównie krótkich. Często z centrum handlowego 800 metrów dalej, i tak w kółko. Kwoty niskie, 7–9 zł za kurs, a do tego mnóstwo stania na światłach i szukania lokali.
Gdyby nie deszcz, pewnie dobrałabym jeszcze bloki, ale pogoda skutecznie odebrała mi ten entuzjazm.
Ostatnie zamówienie – 7 km z pizzą. Deszcz lał tak, że wszystko było mokre, a siodełko dosłownie pływało.
Wpadam do galerii handlowej po pizzę, wychodzę…
i nie ma roweru.
Ukradli.
Serio – pierwsza myśl: jak ja teraz dowiozę tę pizzę?!
A zamówienie takie fajne – 22 zł. I co teraz? Jak ja mam dalej jeździć?
Rozglądam się, panika, pytam ludzi:
„Gdzie jest mój rower??”
No tak… jakby akurat znali mój rower 😅
Pytam chłopa z Ukrainy na rowerze, czy nie widział mojego – a on tylko: ni panimaju. Stoję w deszczu i patrzę na pusty stojak rowerowy.
Myślę sobie: a może jednak postawiłam go dalej?
Jest jakaś nadzieja.
Idę dalej.
Jakiś rower – nie mój.
Idę dalej.
Jest kolejny… JEST! MÓJ!
Okazało się, że postawiłam rower dalej, a wyszłam po prostu najbliższym wyjściem, zamiast tym, którym weszłam. Strachu najadłam się za wszystkie czasy.
Wracałam do domu ponad godzinę, już na spokojnie. Po drodze robiłam zdjęcia, podziwiałam piękne widoki przy Zoo Wrocław, a przy okazji – za darmo przez płot oglądałam małpy 🐒😃
Taki to był dzień. Mokry, stresujący, ale… z historią, której długo nie zapomnę.






