Nigdy nie jedź na skróty

🌇 Wrocław
🚲 E-bike
2 godz. 15 min.
💵 105,33 zł (9 zł napiwku)
💰 46 zł na godzinę
🛒 6 dostaw / 30 km
🍔 Wolt / Uber

Miałam dziś nie wychodzić na delivery. Pogoda deszczowa, do tego już późne popołudnie, więc wszystko mówiło: odpuść. A jednak… zachciało mi się wyskoczyć choć na chwilę.

I bardzo dobrze zrobiłam.

Jeździło się tak przyjemnie, że momentami po prostu bujałam się na rowerze, nucąc melodie. Deszcz nie przeszkadzał, miasto było spokojniejsze, a ja złapałam fajny, lekki vibe.

Pierwsze zamówienie z Uber totalnie mnie rozbawiło. W aplikacji widzę 4 km, a w rzeczywistości zrobiłam… 1 km. W restauracji mówią, że klient zmienił adres i mam jechać gdzie indziej – a to dosłownie tuż obok. Szybkie „śmignięcie”, 15 zł wpada, a wysiłek minimalny. Takie kursy to ja bardzo lubię 😄

Potem Wolt też płacił całkiem spoko, choć niestety dał tylko dwa zamówienia, więc nie było się z czego specjalnie rozkręcać. Ale nie narzekałam – dzień miał być krótki i dokładnie taki był.

Na sam koniec postanowiłam skrócić sobie drogę do domu. Wjechałam przez pole… i skróciłam ją sobie tak bardzo, że musiałam zawracać. Skończyło się prowadzeniem roweru przez obłocone, świeżo zaorane pole, buty w błocie, rower też, a czasowo wyszło kilka razy dłużej niż normalną trasą. No geniusz po prostu.

I jak zwykle w takich momentach powtarzam sobie jedno:
👉 nigdy nie jedź na skróty.
Bo prawie zawsze kończy się tak, że krócej znaczy dłużej, a „normalna” droga jednak wygrywa.

Ale przynajmniej było z czego się pośmiać 🚴‍♀️😄

Podobne wpisy

  • 26 zł, 30 km i milion emocji

    Z niecierpliwością czekałam na zatwierdzenie rejestracji, żeby w końcu móc ruszyć w trasę. Wszystko akurat idealnie się złożyło w czasie. Pojechałam do sklepu rowerowego, żeby odpowiednio wyposażyć rower w niezbędne akcesoria: dzwonek do poganiania ludzi, uchwyt na telefon – jakże niezbędny i genialny wynalazek, oraz duży bidon na wodę, który uratował mnie przed upałem.

  • Zamknięty Carrefour, walka z wiatrem i karetka na sygnale

    Pisząc to, siedzę już w cieple – z kubkiem gorącej herbaty w ręku, po gorącym prysznicu i z odkręconymi grzejnikami na maksa, bo porządnie mnie dziś wychłodziło. A jeszcze rano ubrałam się jak na zimę… i po pierwszym kursie było mi już za gorąco, więc szybki zjazd do domu na przebierkę. Lżejsza kurtka, cieńsze rzeczy i jazda dalej. Oczywiście jak to bywa – chwilę później słońce zaszło, zerwał się silny wiatr i wieczorem znów zrobiło się zimno, więc finalnie i tak mnie przewiało.

  • Upał, nuda, trzy razy ramen i opalone pół czoła

    Dzisiaj trafił mi się taki klasyczny, spokojny dzień. Aż za spokojny. Do tego upał, mało zamówień i długie oczekiwanie na kolejne zlecenia. Większość czasu spędziłam stojąc w cieniu albo… robiąc zdjęcia z nudów. Chyba nigdy nie mam ich tyle w telefonie, co podczas takich „martwych” dni. Po powrocie do domu spojrzałam w lustro i wybuchnęłam śmiechem. Okazało się, że opaliłam twarz… ale tylko do połowy czoła. Kask z daszkiem zrobił swoje, więc mam teraz bardzo oryginalną linię opalenizny. Wygląda to zabawnie.

  • Trzecie piętro donikąd

    Dziś szło tak średnio, że przez moment serio nie wiedziałam, czy w ogóle dozbieram do 100 zł. Początek był fatalny i od razu wybił mnie z rytmu. Krótkie zamówienie za 10 zł, które normalnie zrobiłabym w kilka minut, ciągnęło się jakieś 40 minut. Czyli pierwsza godzina pracy: 10 zł. Zwątpienie weszło szybko.

  • Zima nie rozpieszcza

    Udało się w końcu wyjść na delivery. Pogoda była całkiem spoko – przynajmniej bez większego błota, co już jest sukcesem – za to mróz dawał się solidnie we znaki. Najgorzej jak zwykle w dłonie. Co chwilę zmieniałam rękawiczki na grubsze, kombinowałam nawet z podwójnymi, ale niewiele to dawało. Palce i tak marzły.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *