Od posuchy do nocnego sprintu

🌇 Wrocław
🚲 E-bike
⌚ 8.5 godzin
💵 257,96 zł (9 zł napiwków)
💰 30 zł na godzinę
🛒 21 dostaw / 100 km
🍔 Wolt / Uber
Dziś był bardzo intensywny dzień.
Długo jeździłam, nabiłam sporo kilometrów, było mnóstwo czekania i ogólnie działo się tyle, że momentami brakowało chwili, żeby złapać oddech.
Początek był słaby. Posucha totalna, a pierwsze dwie godziny to były dosłownie jakieś grosze. W moim rejonie kompletnie nic się nie odzywało, więc w końcu stwierdziłam, że ruszam dalej w miasto, bo tylko tam miało to jeszcze jakikolwiek sens. I faktycznie – dopiero tam zaczęło coś wpadać.
Na Uberze trafiła mi się dostawa paczki, ale kilka sekund po przyjęciu klient ją anulował. Zdziwiło mnie to mocno. Może stwierdził, że wolałby, żeby zrobił to ktoś autem, a nie rowerem – trudno powiedzieć.
Chwilę później wzięłam zamówienie na Bolcie – dojazd 2 km do KFC. Pomyślałam: wezmę, bo i tak nic innego nie ma. Dojeżdżam, podaję numer, a oni mówią mi, że zamówienie już zostało wydane. Ja w szoku pytam:
„Komu?!”
I cisza. Zero konkretnej odpowiedzi.
Serio – jak można wydać zamówienie losowej osobie, nie sprawdzając numeru? To jest dla mnie niepojęte. Totalna niepoważka. Byłam tak wkurzona, że ten nastrój ciągnął się za mną przez resztę dnia. Zmarnowałam czas na dojazd, potem na ogarnianie anulowania, bo support nie odpisywał od razu, a ja musiałam klikać, szukać opcji i zastanawiać się, co właściwie zrobić.
Zbliżał się wieczór i zrobiło się ciemno. Dostałam McDonalda na Bardzkiej, ale po wejściu zobaczyłam ekran zawalony numerami. Wiedziałam, że to będzie wieczność, więc poprosiłam Wolta o anulowanie. I co? Wolt jeszcze dwa razy próbował mi wcisnąć tego samego McDonalda, a potem Uber kilka razy z rzędu – nawet za lepsze stawki. Wszystko odrzuciłam. Po prostu za dużo czekania, a ja byłam już wystarczająco zmęczona.
Nie zdawałam sobie sprawy, że po zmroku jest aż tyle zamówień. Miasto prawie puste, jeździ się lekko, a aplikacje zaczynają sypać zleceniami. Paradoks.
Zaczęłam już wracać do domu, kiedy nagle – cyk – Uber wyskakuje z ofertą: 42 zł za 11 km, podwójne. Chwilę się wahałam… i wzięłam. Dostawy były w stronę domu, więc stwierdziłam, że spróbuję.
Pędziłam jak szalona. Światło na full, droga słabo widoczna, chciałam jak najszybciej zrobić te 11 kilometrów i wrócić. Dowiozłam zamówienie, wszystko pozornie okej… i po chwili telefon. Klient dzwoni, że dostał złe zamówienie. Paragon się zgadza, ale w środku było coś innego.
No i co tu powiedzieć.
Tyle jazdy, tyle wysiłku i na koniec taki numer. Zrobiło mi się zwyczajnie smutno, ale nic już nie mogłam zrobić. Pozostaje mieć nadzieję, że Uber jakoś mu to wynagrodzi.
Taki dzień – długi, męczący, nerwowy, z akcją do samego końca.
Desery owocowe ze zdjęcia to moje przekąski, które zabieram do plecaka w trasę. Zajmują mało miejsca, są smaczne, dobrze zaspokajają głód i można je szybko zjeść między jednym a drugim zamówieniem.
