Nie każdy dzień jest dobry
Pierwsze zamówienie wywiało mnie bardzo daleko. Przez dobrą godzinę kręciłam się po centrum handlowym, błądząc między wejściami i klatkami, a w efekcie wyszło 12 zł za godzinę. Taki start potrafi zniechęcić.
Pierwsze zamówienie wywiało mnie bardzo daleko. Przez dobrą godzinę kręciłam się po centrum handlowym, błądząc między wejściami i klatkami, a w efekcie wyszło 12 zł za godzinę. Taki start potrafi zniechęcić.
Dziś rekord – 100 zł zarobku, w tym aż 18 zł napiwku z jednego zamówienia. Wywiało mnie bardzo daleko, aż do centrum i jeszcze dalej. Tam zamówienia wpadały jedno za drugim – tak, że nie było nawet chwili, żeby przejść w tryb offline.
Wyskoczyłam na chwilę na Uber Eats, a z tej „chwili” zrobiły się prawie 3 godziny i 25 km na rowerze. Dziś było dość ciężko. Upał taki, że cały czas chciało się pić – nawet chwilę po tym, jak się napiłam, pragnienie wracało. Po jednym z zamówień złapał mnie skurcz stopy.
Trzeci dzień w Uber Eats był naprawdę lajtowy. Wyjechałam tylko na chwilę, bo był upał i zapowiadali burze, które na szczęście jeszcze się nie pojawiły. Pojeździłam więc około 2 godziny. Pierwszą prawie godzinę przesiedziałam w parku, czekając na zamówienie. W końcu wpadły trzy – wszystkie z tej samej restauracji. Łącznie 17 km, spokojnie, bez pośpiechu.
Drugi dzień jako kurierka Uber Eats był totalnie szalony i wyczerpujący. 5 godzin jazdy rowerem, 44 km przejechane. Do domu wróciłam resztkami sił. Zrobiło mi się słabo ze zmęczenia, z głodu i pragnienia. Na ostatnim kilometrze, już blisko domu, zatrzymałam się, zamknęłam oczy i dosłownie prosiłam o siły, żeby tylko dojechać i napić się wody.
Z niecierpliwością czekałam na zatwierdzenie rejestracji, żeby w końcu móc ruszyć w trasę. Wszystko akurat idealnie się złożyło w czasie. Pojechałam do sklepu rowerowego, żeby odpowiednio wyposażyć rower w niezbędne akcesoria: dzwonek do poganiania ludzi, uchwyt na telefon – jakże niezbędny i genialny wynalazek, oraz duży bidon na wodę, który uratował mnie przed upałem.