Październik zaczęłam z przytupem! Drugi dzień z rzędu świetna dniówka i Uber, który nie odpuszcza

🌇 Wrocław
🚲 E-bike
⌚ 7 godzin
💵 273,93 zł (25,39 zł napiwków)
💰 39 zł na godzinę
🛒 18 dostaw / 80 km
🍔 Uber / Wolt
Październik na bogato – napiwki, przygody i kolejna świetna dniówka
Październik zaczęłam z przytupem! Po wczorajszym bardzo dobrym dniu nie wierzyłam, że jeszcze następnego dnia uda mi się powtórzyć podobny wynik. A jednak! Dzisiaj zarobiłam prawie tyle samo co wczoraj. Godzinówka była wprawdzie trochę słabsza, bo zamówień było mniej i nie wszystkie były tak ciekawe i opłacalne jak poprzedniego dnia, ale i tak jestem bardzo zadowolona.
Tym bardziej że ostatnio pogoda naprawdę nas rozpieszcza. Mamy piękną, ciepłą polską jesień, więc jazda rowerem jest czystą przyjemnością. Oby taka pogoda utrzymała się jak najdłużej, bo kiedy przyjdą zimno, deszcz i wiatr, jeżdżenie nie będzie już takie przyjemne.
Znowu zajęłam sobie bloki na Pyszne.pl – aż cztery godziny. I… ponownie nic w tym czasie nie przejeździłam. Pyszne.pl praktycznie nie dawało mi ciekawych zamówień, za to Uber znowu szalał. Trochę dorzucił też Wolt.
Uber ostatnio daje naprawdę sporo kursów, w tym dużo dalekich wyjazdów na obrzeża i wsie. Trzeba więc przebierać, odrzucać i czekać na coś lepszego. Coraz bardziej widzę, że takie wybieranie zamówień ma sens, bo zamiast brać wszystko jak leci, można trochę poprawić końcową godzinówkę.
McDonald’s na początek i… znowu ten labirynt
Pierwsze zamówienie wpadło z Ubera – McDonald’s, 2,5 km za 9 zł.
I oczywiście znowu trafiłam do tego samego labiryntu bloków, w którym ostatnio już zdążyłam się zgubić. Jak widać, najwyraźniej nie nauczyłam się na własnych błędach. 😄
Znowu szukałam właściwej klatki i znowu musiałam pytać ludzi o drogę. Człowiek jedzie niby pod konkretny adres, a potem okazuje się, że znalezienie właściwego wejścia to osobna misja.
A dzisiaj takich „smaczków” było wyjątkowo dużo.
Irytowali mnie ludzie stojący na środku ścieżki, wolno jadący rowerzyści, pociąg i zablokowany przejazd, dzieci na rowerach i hulajnogach, które momentami prawie we mnie wjeżdżały, czekanie na światłach, czekanie w Carrefourze na skompletowanie zamówienia, ciężki plecak i klient, który nie odbierał zamówienia.
Kolejny McDonald’s, a potem dwa Rameny z Wolt
Po pierwszym McDonaldzie Uber dał mi kolejnego – tym razem 2,5 km za 15 zł. Już zdecydowanie ciekawiej.
Potem odezwał się Wolt. Najpierw Ramen – 1,3 km za 8 zł. Chwilę później kolejny Ramen, tym razem 5 km za 21 zł.
Ten drugi kurs prowadził na Oporów, gdzie oczywiście musiałam trafić na remont drogi. Przejazd nie należał do najłatwiejszych, ale jakoś udało się przedrzeć.
W międzyczasie odezwało się również Pyszne.pl, ale proponowane zamówienia były na tyle mało ciekawe, że konsekwentnie je odrzucałam.
I wtedy z pomocą znowu przyszedł Uber.
Uber znowu ratuje sytuację
Wpadł kolejny McDonald’s – 5,5 km za 20 zł.
Potem Uber dorzucił potrójne zamówienie z kebabami. Łącznie 11 km za 35 zł. Trzy zamówienia za jednym razem, więc trzeba było trochę pokombinować z trasą, ale takie kursy potrafią być całkiem sensowne.
A chwilę później trafiło się kolejne potrójne zamówienie. Tym razem dwa Pasibusy i Solleim na Gaju. Łącznie dostałam za nie 45 zł.
Ale to jeszcze nie wszystko.
15 zł napiwku i moje wielkie „WOW!”
Jedna z klientek, Pani z Ukrainy, zrobiła mi naprawdę miłą niespodziankę. Odebrała zamówienie gotówkowe i powiedziała, że reszty nie trzeba.
A ja, kompletnie zaskoczona, aż głośno powiedziałam:
„Reszty nie trzeba?? WOW!!” 😂
No po prostu musiałam się upewnić, czy dobrze usłyszałam. Nie spodziewałam się tego, dlatego moja reakcja była całkowicie spontaniczna.
I tak oto dostałam aż 15 zł napiwku.
Całe potrójne zamówienie zrobiłam w godzinę i wyszło mi łącznie 60 zł.
Takie kursy lubię!
Biedronka i ciężki Carrefour
Następnie Uber dał mi Biedronkę – 4 km za 10 zł. Na szczęście zakupy były lekkie, więc szybko poszło.
A później pojawiło się podwójne zamówienie – 4 km za 28 zł.
Na papierze wyglądało bardzo dobrze.
W praktyce robiłam je aż 50 minut.
Dlaczego?
Drugie zamówienie było z Carrefoura i miało naprawdę długą listę zakupów. Na samo skompletowanie wszystkiego musiałam długo czekać.
Torby były ciężkie, plecy zaczęły boleć, a ja miałam już tylko jedno pragnienie – jak najszybciej dostarczyć wszystko klientce.
Niestety po drodze jeszcze światła, stanie, ruszanie, kolejne światła… Z ciężkim plecakiem nie jest to szczególnie przyjemne.
Na szczęście klientka wynagrodziła mi ten trud napiwkiem w wysokości 10 zł.
I znowu – klientka z Ukrainy.
Polacy, uczcie się, jak się daje napiwki! 😂
Wroclavia, powerbank i długa droga po galerii
Ostatnie zamówienia zaczęły mi się już mocno dłużyć. Miałam wrażenie, że ciągle gdzieś czekam, coś szukam albo jadę bardzo długo.
Na koniec wzięłam jeszcze podwójne zamówienie na Uberze. Normalnie prawdopodobnie bym go nie przyjęła, ale byłam już dość daleko od domu i chciałam wracać. To zamówienie miało jednak ogromną zaletę – dostawa prowadziła w okolice mojego osiedla.
Problem był tylko taki, że odbiór był aż z Wroclavii, czyli obecnego Westfielda.
A wiadomo, jak wygląda odbiór zamówienia w galerii handlowej.
Najpierw trzeba dobrze przypiąć rower. Potem wejść do środka. Pójść do pierwszej restauracji. Odebrać powerbanka, bo bateria w rowerze była już prawie rozładowana. Podłączyć go. Potem znaleźć schody ruchome. Wjechać na górę. Przejść przez pół galerii. Dotrzeć do restauracji. Odebrać jedzenie. A później znowu wrócić całą tę drogę do roweru.
Niby zamówienie jest gotowe, ale zanim faktycznie ruszysz w trasę, mija kupa czasu.
Popeyes, źle poprowadzona nawigacja i kolejna strata czasu
Łącznie było to 13 km za 42 zł, a całe zamówienie zrobiłam w godzinę i 10 minut.
Najpierw wiozłam Popeyes.
I tutaj kolejna przygoda – źle wjechałam, bo tak prowadziła mnie nawigacja. Wjechałam na parking przy CH Borek i musiałam jeszcze zapytać ochroniarza, czy tędy da się przejechać.
Okazało się, że nie. Droga była zamknięta. Czyli zawracanie. Kolejne minuty stracone.
W końcu ruszyłam dalej z drugim zamówieniem – Max Premium Burgers – do klienta w mojej okolicy.
I tutaj wydarzyła się całkiem zabawna sytuacja.
Stały klient, któremu dostarczyłam aż z Wroclavii
Klienta znam już dobrze, bo jest stałym klientem Ubera i często zamawia jedzenie.
Co ciekawe, bardzo często to właśnie ja dostarczam mu zamówienia, ponieważ zwykle odbieram je gdzieś w mojej okolicy.
Tym razem jednak sytuacja była zupełnie inna.
Zamówienie odebrałam aż z Wroclavii.
Jakie było prawdopodobieństwo, że akurat ja będę jechała z nim aż tak daleko?
Przecież bardzo rzadko jeżdżę do Wroclavii. To był właściwie wyjątek.
Klient pewnie też był zdziwiony, że zamiast standardowego lokalnego odbioru nagle przywożę mu jedzenie z drugiego końca miasta.
„To już ostatnie zamówienie”… ale Uber miał inny plan
To miało być moje ostatnie zamówienie. Byłam już przecież blisko domu i chciałam wracać. Ale Uber miał inne plany. Skusił mnie jeszcze dwoma kebabami – 7,5 km za 23 zł.
I niestety ten kurs robiłam prawie godzinę.
Dlaczego?
Po pierwsze – czekałam w restauracji.
Po drugie – z pierwszym zamówieniem błądziłam po osiedlu. Zamiast skręcić w jedną uliczkę i znaleźć się praktycznie pod blokiem, objechałam wszystko dookoła.
A po trzecie…
Drugi klient po prostu się ulotnił.
Klient zamówił kebaba i… zniknął
Nie otwierał drzwi.
Nie odbierał telefonu.
Nie odpisywał.
Nic.
Stałam pod jego domem około 15 minut i rozkładałam ręce jak mój ulubiony mem z Travoltą. 😂
Naprawdę nie wiem, co mu się stało.
Zamówił jedzenie, a potem najwyraźniej całkowicie stracił zainteresowanie faktem, że ktoś właśnie stoi pod jego drzwiami z jego kebabem.
Na Uberze potrzebny był PIN, więc musiałam poczekać, aż minie wyznaczony czas. Liczyłam jeszcze, że może klient jednak wyjdzie.
Nie wyszedł.
Czas minął, więc zgodnie z procedurą zostawiłam kebaba pod drzwiami, zrobiłam zdjęcie i pojechałam.
Na szczęście dostałam zapłatę za kurs, więc przynajmniej nie straciłam pieniędzy.
Ale straciłam sporo czasu.
Koniec dnia – zmęczona, głodna, ale bardzo zadowolona
I to już był naprawdę koniec.
Było późno, zrobiło się ciemno, ja byłam głodna i coraz bardziej zmęczona, więc po prostu wróciłam do domu.
Mimo wszystkich tych przeszkód jestem jednak bardzo zadowolona z tego dnia.
Nieczęsto zdarza się wrócić do domu z taką kwotą, a jeszcze rzadziej zrobić podobny wynik dwa dni z rzędu.
I chyba najbardziej cieszy mnie to, że coraz lepiej idzie mi wybieranie zamówień.
Nie biorę już wszystkiego jak leci. Przebieram. Odrzucam. Czekam. Patrzę na dystans, kwotę, kierunek i zastanawiam się, czy dane zamówienie rzeczywiście ma sens.
Czasami trzeba odrzucić kilka słabszych kursów, żeby po chwili dostać coś znacznie lepszego. I właśnie dzięki temu godzinówka może wyjść korzystniej.
Trzeba korzystać z pogody, póki jest!
Chyba będę musiała w końcu pomyśleć o jakimś dniu wolnym, bo organizm też potrzebuje odpoczynku.
Jeszcze nie wiem tylko kiedy.
Na razie jednak patrzę za okno, widzę piękną jesienną pogodę i myślę sobie:
Trzeba wyciskać cytrynę do ostatniej kropli!
Chociaż… może lepiej pomarańczę?
W końcu pomarańcza jest słodsza. 😂
A zanim przyjdzie zimno, deszcz, wiatr i krótkie dni, trzeba korzystać z tego, że można wsiąść na rower, założyć plecak i ruszyć w miasto bez marznięcia.
Październik dopiero się zaczął, a już zapowiada się bardzo dobrze. Oby kolejne dni były równie udane!




