Pierwszy upał, mało kursów i walka z pyłem na trasie

🌇 Wrocław
🚲 E-bike
4.5 godziny
💵 114,16 zł (0 zł napiwków)
💰 25 zł na godzinę
🛒 11 dostaw / 63 km
🍔 Wolt / Uber

Dziś trafił się pierwszy prawdziwy upał w tym roku. 24 stopnie, pełne słońce i ani jednej chmury na niebie. Niby „tylko” 24°C, ale stojąc w słońcu było naprawdę gorąco – momentami aż przytłaczająco. Ubrałam krótki t-shirt, ale zupełnie niepotrzebnie założyłam długie spodnie i szybko tego pożałowałam. Było mi po prostu za ciepło, przez co jazda była mniej komfortowa i bardziej męcząca.

Nie jeździłam dziś długo – brakowało mi energii. Pogoda mnie trochę wyssała z sił, bo jednak zdecydowanie lepiej funkcjonuję i jeździ mi się przyjemniej w chłodniejsze dni. Do tego zamówień było raczej mało. Coś tam wpadało od czasu do czasu, ale bez szału – żadnego ciągu, żadnego tempa.

Dwa razy ratowałam się szybkim jedzeniem z Żabki – wjechał mus owocowy i jagodzianka, bo głód dopadł mnie szybciej niż zwykle. Wodę piłam dziś zdecydowanie częściej niż na co dzień. Ręce mam już lekko czerwone od słońca, a nogi nadal blade – klasyka.

Pierwsze zamówienie wpadło z Wolta – McDonald’s, 1,4 km za 8 zł. Potem tajskie, też 1,4 km za 8 zł. Następnie Uber – pizza 2,8 km za 8 zł, potem McDonald’s 4,3 km za 12 zł. Dalej hamburgery 2,8 km za 8 zł i wtedy wydarzyła się „akcja dnia” – idąc do klienta, miałam telefon w bocznej kieszonce plecaka. Uber zapipkał z nowym zleceniem, a ja wyciągając telefon… niechcący je przyjęłam. Kompletnie w ciemno – bez sprawdzenia gdzie i za ile.

Na szczęście trafiło się całkiem okej – dostawa do szpitala, 4 km za 12 zł (czyli nadal słabo płatne, ale mogło być gorzej). Odebrał ktoś z personelu – lekarz albo pielęgniarz, nie wiem, nie rozróżniam, ale ewidentnie ktoś „ze środka”.

Potem znowu Wolt – indyjskie 3 km za 10 zł, Uber – tajskie 3 km za 10 zł, Wolt – azjatyckie 2 km za 9 zł. Później trochę dłuższy kurs: Uber, KFC na Bielanach – 6,3 km za 15 zł. I na koniec pizza – 4 km za 12 zł, ale za to plecak wypchany po brzegi: wielkie pizze plus dodatkowe przekąski. Dostawa na Oporów, a trasa prowadziła przez nierówną, trzęsącą się drogę przy rzece – średnia przyjemność.

To było ostatnie zamówienie. Wracając już nic nie wpadło, a ja byłam zmęczona i szczerze mówiąc miałam już dość. Postanowiłam wrócić wcześniej i mieć trochę więcej wolnego wieczoru dla siebie.

Na „deser” – znowu musiałam czyścić i smarować łańcuch, bo… znowu zaczął piszczeć. Po jednym dniu i około 100 km. Ten piach, pył i sucha nawierzchnia robią swoje – wszystko się dostaje do napędu i momentalnie go wysusza.

Do tego te stawki… serio, są tak niskie, że żeby dobić do 100 zł, trzeba się konkretnie najeździć. I w takich momentach człowiek po prostu traci motywację i chce szybciej skończyć.

Ale żeby nie było tylko narzekania – pogoda była naprawdę piękna. A jutro ma być jeszcze cieplej, więc jedno jest pewne: czas wyciągnąć krótkie spodenki.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *