Porywisty wiatr, wizyta w Sky Tower i groźna kolizja na koniec dnia

🌇 Wrocław
🚲 E-bike
⌚ 4 godz. 45 min.
💵 149,17 zł (10,55 zł napiwków)
💰 31 zł na godzinę
🛒 11 dostaw / 57 km
🍔 Uber / Wolt
Pogoda trochę się poprawiła. Rano miałam spory dylemat – ubrać się na krótko czy na długo. Ostatecznie postawiłam na krótkie ubranie i był to strzał w dziesiątkę. Co prawda przez cały dzień mocno wiało, jakby wiatr próbował przegonić lato, ale gdy tylko zza chmur wychodziło słońce, od razu robiło się naprawdę ciepło. Jeździło się zdecydowanie przyjemniej niż wczoraj, a jak się później okazało, nie zabrakło też ciekawych przygód.
Uber od samego początku uparcie próbował wysyłać mnie na dalekie kursy poza Wrocław. Znowu proponował wyjazdy do okolicznych miejscowości, więc spokojnie przebierałam w zleceniach. Na szczęście odezwał się Wolt z McDonaldem – 3 km za 10 zł, więc zaczęłam od tego.
Później Uber zaskoczył mnie dwoma zamówieniami z Pizza Hut na Bielanach, jedno po drugim. Pierwsze miało około 6 km za 13 zł. Wchodzę do lokalu, a tam już od progu kelnerzy witają mnie z uśmiechem. Jedna z pracownic była wyjątkowo pogodna i rozgadana. Śmiała się, żartowała, a przy okazji tłumaczyła nowemu koledze, jak wydaje się zamówienia kurierom. Miło było patrzeć, jak z takim entuzjazmem wdraża go do pracy.
Dostarczyłam pizzę dosłownie kawałek dalej i… wracam do tej samej Pizza Hut po kolejne zamówienie. Tym razem około 5 km za 15 zł. Ta sama pani tylko się uśmiechnęła i powiedziała:
– Chyba nie będziemy się żegnać, bo jeszcze nie raz się dziś zobaczymy.
Kolejny kurs to kebab – około 4 km za 10 zł. W międzyczasie Uber ponownie próbował wysłać mnie do Żórawiny. Mam wrażenie, że każdego dnia dostaję po kilka propozycji właśnie w tamtym kierunku. Ktoś tam naprawdę lubi zamawiać jedzenie.
Następny kebab zapowiadał się na 6,5 km za 16 zł, ale jak to często bywa z Uberem, rzeczywistość okazała się inna. Ostatecznie licznik pokazał prawie 8 km. Niby „tylko” półtora kilometra różnicy, ale przy kilku takich kursach w ciągu dnia robi się z tego całkiem sporo.
Odbieram zamówienie i czytam instrukcję: „Dostawa do Sky Tower, proszę wjechać na górę.” Od razu pomyślałam: „O nie… znowu czeka mnie legitymowanie się na recepcji i wycieczka na 39. piętro.”
Na recepcji pokazałam dowód osobisty, dostałam kartę dostępu i ochroniarz wskazał odpowiednią windę. Już raz czy dwa tam byłam, więc mniej więcej pamiętałam procedurę. Wjechałam na górę, dostarczyłam zamówienie i wracam do wind… Stoję, czekam, nic się nie dzieje. Dopiero po chwili zorientowałam się, że trzeba najpierw przyłożyć kartę do czytnika przy windzie. Wtedy system dopiero wskazuje numer windy. A ja przez kilka minut stałam jak słup i zastanawiałam się, dlaczego żadna nie przyjeżdża. 😄
Oczywiście nie mogło zabraknąć zdjęcia Sky Tower. Nieważne ile razy tam jestem, ten budynek zawsze robi na mnie wrażenie.
Po powrocie na swoje rejony Uber zrobił mi ogromną niespodziankę. McDonald’s – około 4 km za… 22 zł! Byłam w szoku. Kilka kilometrów i taka stawka? Nawet się nie zastanawiałam. Kurs prosty, szybki i bardzo opłacalny.
Potem trafiła się Biedronka. 2,7 km, a w torbie zaledwie trzy lekkie produkty. Sama dostawa była dosłownie pół kilometra od sklepu, więc ekspresowy kurs.
Następnie pizza – zaledwie 800 metrów za 8 zł, płatność gotówką. Zamówienie zawiozłam do stoiska z warzywami i owocami przy ulicy. Klientka zapłaciła gotówką, a resztę – całe 1 zł zostawiła mi jako napiwek.
Później Wolt wysłał mnie do McDonald’s. 2 km za 8,50 zł. I tutaj zaczęły się schody.
Na zamówienie czekałam z 20 minut. Obok stał inny kurier i tylko wymienialiśmy zrezygnowane spojrzenia. Od czasu do czasu ktoś z nas wzdychał, zastanawiając się, dlaczego wszystko trwa tak długo. Widać było, że pracują tam nowi ludzie i dopiero uczą się organizacji pracy. Niestety poruszali się jak mucha w smole.
W pewnym momencie kurier obok przez dłuższą chwilę walczył z zamkiem w swoim plecaku. Patrzyłam, patrzyłam i w końcu powiedziałam:
– Pomogę zapiąć plecak.
Chwilę później zapięłam mu plecak z obu stron, podziękował i oboje się roześmialiśmy. Chociaż tyle dobrego z tego długiego czekania – zawsze raźniej ponarzekać z kimś niż stać samemu.
Niestety ten McDonald’s popsuł mi godzinówkę. Przez te 20 minut spokojnie zdążyłabym zrobić jeszcze jedno zamówienie. Kiedy w końcu odebrałam jedzenie, aplikacja od razu zaproponowała mi kolejne z tego samego McDonald’s. Aż krzyknęłam do stojącego obok kuriera:
– O nie! Kolejnego McDonald’s już nie biorę! 😄
Na szczęście później było już lepiej. Wolt dał pizzę – 3,8 km za 13 zł z dostawą na Wojszyce i dostałam 6 zł napiwku.
Ostatnie zamówienie tego dnia to hamburgery z Gaju – około 3 km za 11 zł + 4 zł napiwku. I właśnie wtedy wydarzyło się coś, co na chwilę wszystkich postawiło na nogi.
Jadę ścieżką rowerową. Zsiadam z roweru, żeby przeprowadzić go przez przejście dla pieszych. Nagle słyszę potężny huk. Dosłownie chwilę wcześniej samochód zatrzymał się, żeby przepuścić pieszego, a zaraz potem mnie. Kierowca jadący za nim najwyraźniej się zagapił i z dużą siłą uderzył w jego tył.
Uderzenie było tak głośne, że aż podskoczyłam. Z pierwszego auta wysiadła cała rodzina. Kobieta trzymała na rękach maleńkie dziecko, dosłownie niemowlę. Spojrzeliśmy po sobie z innymi przechodniami i wszyscy zgodnie stwierdziliśmy, że najważniejsze jest to, że nikomu nic się nie stało. Sam widok rozbitych samochodów robił wrażenie, ale świadomość, że w środku było tak małe dziecko, jeszcze bardziej dawała do myślenia.
Pomyślałam wtedy, jak niewiele brakowało do tragedii. Kierowca po prostu nie zachował odpowiedniego odstępu i nie był przygotowany na nagłe hamowanie. Na ruchliwych ulicach Wrocławia wystarczy chwila nieuwagi i dochodzi do kolizji. Mam ogromną nadzieję, że skończyło się wyłącznie na strachu i uszkodzonych samochodach.
Przez moment przemknęło mi też przez głowę, że gdybym to ja weszła na pasy kilka sekund wcześniej, pewnie długo miałabym wyrzuty sumienia, mimo że nie byłaby to moja wina. Takie sytuacje pokazują, jak nieprzewidywalny potrafi być ruch drogowy.
Po dostarczeniu ostatniego zamówienia uznałam, że na dziś wystarczy. Robiło się już późno, a emocji zdecydowanie nie brakowało.
Mimo wszystko był to naprawdę udany dzień. Pogoda w końcu dopisała, jeździło się przyjemnie, zarobek wyszedł całkiem niezły, a najważniejsze jest to, że po tej groźnie wyglądającej kolizji wszyscy wyszli z niej cali.







