Powrót na delivery po kontuzji barku – lekarz, upał i przegrzanie organizmu

🌇 Wrocław
🚲 E-bike
⌚ 3 godz. 20 min.
💵 83,95 zł (0 zł napiwków)
💰 25 zł na godzinę
🛒 7 dostaw / 45 km
🍔 Uber / Wolt

Powrót na delivery po prawie dwóch tygodniach przerwy

Nie było mnie na delivery prawie dwa tygodnie. Wszystko przez kontuzję barku, której nabawiłam się prawdopodobnie przez jazdę z ciężkim plecakiem.

Początkowo wydawało mi się, że to nic wielkiego. Ot, boli bark, mięśnie są przeciążone i za kilka dni przejdzie. Niestety nie przeszło. Ból zaczął pojawiać się nie tylko podczas jazdy na rowerze, ale właściwie przy każdej większej aktywności. Do tego cała ręka zaczęła mrowić i drętwieć.

Bolało mnie nawet podczas zwykłego spaceru, kiedy szłam kawałek do sklepu. Bolało w nocy, podczas snu – musiałam odpowiednio ułożyć rękę i znaleźć dla niej podparcie, żeby w ogóle dało się zasnąć. Bolało podczas siedzenia przed komputerem i pisania na klawiaturze. Bolało również na rowerze, kiedy trzymałam kierownicę.

Krótko mówiąc – ręka skutecznie przypominała mi o swoim istnieniu przez całą dobę.

Byłam zła na tę sytuację, bo akurat zrobiła się piękna pogoda, a ja zamiast jeździć i zarabiać, musiałam siedzieć w domu. Przez taką, wydawałoby się, błahą sprawę nagle zostałam bez pracy, a wydatki zamiast się zmniejszać, zaczęły się namnażać.

I właśnie dlatego napiszę coś, co chyba każdy już wie, ale człowiek przypomina sobie o tym dopiero wtedy, kiedy zaczyna chorować:

Lepiej nie chorować. To naprawdę drogie hobby 😀

Chorowanie nie jest tanie

Jedna prywatna wizyta u internisty – minimum 150 zł.

Lek – kolejne 50 zł.

Badania krwi – około 170 zł.

I to jest wariant wyjątkowo łagodny, bo przecież może być znacznie drożej.

Dlatego przez ostatnie dni trochę się wkurzałam na cały ten przymus siedzenia w domu. Wydawało mi się, że tracę czas, pieniądze i przede wszystkim piękną pogodę.

Piszę ten tekst dzień po moim powrocie na delivery, bo wczoraj czułam się tak źle, że nie byłam w stanie zrobić praktycznie nic.

A wydarzyło się całkiem sporo, więc zacznę od początku.

30 stopni, słońce i decyzja: jadę!

Wczoraj pogoda była świetna. Około 30 stopni, słońce, piękny dzień. Aż żal siedzieć w domu.

Pomyślałam więc, że muszę spróbować. Nawet jeśli ręka będzie trochę bolała, to przecież mogę zrobić chociaż jeden czy dwa kursy. Zobaczę, jak się czuję. Może po prostu trzeba się trochę rozruszać.

Chciałam wyjść na rower, trochę pojeździć, zarobić parę złotych i przede wszystkim lepiej się poczuć.

I tutaj zaczyna się ironiczna część tej historii.

Chciałam się lepiej poczuć, a kilka godzin później leżałam w łóżku i zastanawiałam się, czy nie powinnam jechać do szpitala.

Ale po kolei.

Pierwsze zamówienie wpadło z Wolta – Chleboteka, 2,6 km za 9,50 zł.

Ręka oczywiście nadal trochę bolała i mrowiła, więc napisałam o tym chłopakowi.

I wtedy zaczęła się cała akcja.

„Możesz mieć zawał” – czyli mój chłopak działa bez konsultacji ze mną

Chłopak przestraszył się, że ból ręki i pozostałe objawy mogą oznaczać coś poważnego, nawet zawał.

I co zrobił?

Umówił mnie do lekarza.

Bez mojej wiedzy.

Bez mojej zgody.

Po prostu.

A wiecie, jak bardzo „lubię” chodzić po lekarzach 😀

Mój humor natychmiast się popsuł.

Miałam spędzić miło dzień, korzystać z pięknej pogody, pojeździć na rowerze, trochę zarobić, a nagle w głowie pojawiła się jedna myśl:

„Będę musiała iść do lekarza”.

Zamiast skupić się na jeździe, zaczęłam myśleć, o której muszę wrócić, ile czasu zajmie mi przygotowanie się, jak mało już pojeżdżę i ile przez to zarobię.

Dosłownie jeździłam z wkurzoną miną.

Wtedy byłam przekonana, że ta wizyta to strata pieniędzy i czasu.

Teraz już wiem, że być może mój chłopak uratował mnie przed znacznie gorszym scenariuszem.

Pyszne milczy, a Uber i Wolt próbują ratować sytuację

Jeżeli chodzi o same zamówienia, to było naprawdę słabo.

Miałam zarezerwowany blok na Pyszne na 2,5 godziny.

I przez całe 2,5 godziny nie wpadło ani jedno zamówienie.

Ani jedno.

Ratował mnie Uber i Wolt.

Na początku Uber dał kebaba – 2 km za 8 zł.

Potem wydarzyła się jedna z tych sytuacji, które potrafią człowieka naprawdę zirytować.

Uber wysłał mnie do restauracji oddalonej o około 2 km. Zajeżdżam na miejsce, wchodzę, podaję numer zamówienia, imię i wszystko, co trzeba.

A kobieta mówi:

– Tego zamówienia nie ma. Jest anulowane.

Sprawdza jeszcze raz.

No faktycznie. Anulowane.

Czyli przejechałam kilka kilometrów całkowicie na darmo. Nie dostałam za to ani grosza.

I teraz pytanie:

Dlaczego Uber nie anulował tego zamówienia w mojej aplikacji, zanim dojechałam do restauracji?

Po co wysyłać kuriera 2 km, żeby dopiero na miejscu dowiedział się, że zamówienia już nie ma?

Pocałowałam klamkę i tyle.

Do jasnej ciasnej – tak się nie robi.

Kolejne kursy i jeden kompletnie absurdalny

Potem Uber dał McDonald’s – 3,5 km za 11 zł.

Następnie sushi – 4,5 km za 12 zł, z dostawą do mojej wioski.

I wtedy Uber zaproponował mi kurs, przy którym aż się uśmiechnęłam.

73 zł za 25 km.

Do Kątów Wrocławskich.

Brzmi nieźle, prawda?

Tylko że było to 25 km w jedną stronę.

Czyli łącznie około 50 km, na rowerze.

Przy takim kursie spędziłabym na rowerze jakieś cztery godziny. Ten kebab byłby już chyba wtedy bardziej wspomnieniem niż ciepłym jedzeniem 😀

Oczywiście nie wzięłam.

Potem Wolt dał kolejną Chlebotekę – 6 km za 18 zł, na Jagodno.

Na koniec Uber połączył dwa zamówienia – Chingu i Pasibus z Gaju. Łącznie 7,5 km za 23 zł.

I powoli zbliżała się godzina, o której musiałam już wracać.

Trzeba było zdążyć do lekarza

Nie mogłam przecież pojechać do lekarza prosto z roweru.

Musiałam wrócić, umyć się, przebrać, coś zjeść i przygotować.

Nie zamierzałam pojawić się u lekarki spocona, śmierdząca i wyglądająca jak człowiek, który właśnie przejechał pół miasta na rowerze.

W drodze powrotnej zaczęła mnie boleć głowa.

Było bardzo gorąco, słońce mocno grzało, a ja chyba zwyczajnie przegrzałam organizm. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, jak bardzo.

Ostatecznie wyszło około 25 zł na godzinę. Słabo.

Z jednej strony zamówień rzeczywiście było jak na lekarstwo, a z drugiej cała sytuacja z wizytą u lekarza mocno mnie rozproszyła. Nie mogłam się skupić na pracy, cały czas myślałam o tym, że zaraz będę musiała kończyć.

No ale trudno. Najważniejsze było zdrowie.

Wizyta u lekarza jednak nie była stratą pieniędzy

Wróciłam do domu, umyłam się, coś zjadłam, przygotowałam i pojechałam do lekarki.

I tutaj kolejne zaskoczenie.

Trafiłam na naprawdę fajną i miłą lekarkę.

Wykonała mi EKG serca. Z sercem, na szczęście, wszystko wyglądało w porządku, choć okazało się, że bije trochę za szybko.

Porozmawiałyśmy również o pozostałych objawach.

Okazało się, że część z nich może mieć związek z przyjmowaniem zbyt dużej dawki leku na tarczycę. Wynik TSH mocno mi się obniżył, a to może powodować różne nieprzyjemne objawy, między innymi kołatanie serca, osłabienie mięśni, częste uczucie gorąca, problemy ze snem czy zmęczenie.

Lekarka zaleciła zmniejszenie dawki oraz wykonanie badań krwi.

Dostałam również zalecenie kupienia leku, który pomaga łagodzić objawy neurologiczne związane z uszkodzeniem nerwów wynikającym z niedoboru witamin z grupy B.

Czyli ostatecznie okazało się, że wizyta, na którą byłam tak zła, naprawdę miała sens.

Jeszcze kilka godzin wcześniej byłam przekonana, że mój chłopak niepotrzebnie mnie do niej wysłał i tylko wyrzucę pieniądze w błoto.

A może właśnie dzięki niemu udało się wcześniej wychwycić coś, co wymagało sprawdzenia.

A potem zaczęło się naprawdę źle

Po powrocie do domu myślałam, że po prostu odpocznę. Niestety wtedy dopiero zaczęła się prawdziwa jazda.

Dostałam bardzo mocnego bólu głowy. Wzięłam tabletkę przeciwbólową.

Nie pomogła.

Wzięłam drugą.

Też nie.

Chciałam napisać ten tekst na bloga, ale nie byłam w stanie nawet normalnie funkcjonować. Leżałam w łóżku i czekałam, aż w końcu przejdzie.

Doszły dreszcze, gęsia skórka, uczucie gorąca i mdłości.

Głowa bolała tak mocno, że miałam wrażenie, jakby wręcz paliła. Dotykałam jej i wydawało mi się, że jest naprawdę gorąca.

Nigdy wcześniej nie miałam aż takich objawów po przebywaniu na słońcu.

Zazwyczaj kończyło się na bólu głowy, który po jakimś czasie przechodził.

Tym razem było zupełnie inaczej.

Męczyłam się praktycznie całą noc. Budziłam się co pół godziny albo co godzinę i chodziłam do łazienki. Być może miało to związek z tym, że dużo więcej piłam, ale i tak było to dziwne.

W pewnym momencie naprawdę zaczęłam się zastanawiać, czy nie powinnam pojechać do szpitala.

Na szczęście rano było już dobrze

Na szczęście rano obudziłam się i poczułam ogromną różnicę.

Ból głowy zniknął. Odpoczęłam. Odzyskałam siły i poczułam się zdecydowanie lepiej.

Chyba człowiek z wiekiem naprawdę zaczyna gorzej znosić wysokie temperatury.

Kiedyś potrafiłam śmigać na rowerze przy ponad 30 stopniach, jeździć dużo dłużej i nic mi nie było.

A teraz?

Jeszcze trochę i będę jedną z tych osób, które wracają z apteki z pełną siatką leków 😀

Na coś przecież trzeba wydawać zarobione pieniądze, prawda?

Czas trochę zwolnić

Mój powrót na delivery nie trwał więc zbyt długo.

Po prawie dwóch tygodniach przerwy udało mi się przejechać jeden dzień, zarobić niewiele i następnie spędzić noc w łóżku z potężnym bólem głowy.

Ale mimo wszystko cieszę się, że w końcu wyszłam.

Muszę teraz po prostu bardziej uważać.

Jeżeli chodzi o upały, przez najbliższe miesiące raczej mi one nie straszne. Trzeba będzie tylko rozsądniej podchodzić do jazdy w wysokiej temperaturze, robić przerwy, pić więcej wody i nie próbować za wszelką cenę udowadniać sobie, że przecież kiedyś mogłam jeździć cały dzień w 30-stopniowym upale.

Natomiast z barkiem i kręgosłupem muszę uważać zdecydowanie bardziej. Nie brać ciężkich zakupów. Nie przeciążać pleców niepotrzebnym ciężarem. Robić więcej przerw. I przede wszystkim nie ignorować bólu.

Bo czasami wystarczy jeden dzień za dużo.

Jeden dzień jazdy mimo bólu może później oznaczać kilka dni, a nawet tygodni przerwy.

I wtedy zamiast zarobić trochę więcej, można stracić znacznie więcej.

Dzisiaj za to – knedle ze śliwkami ratują sytuację

Na szczęście dzisiejszy dzień wyglądał już zupełnie inaczej.

Pojechałam do koleżanki na pogaduszki i dostałam od niej coś, co zdecydowanie poprawiło mi humor.

Własnoręcznie robione knedle ze śliwkami.

I powiem Wam jedno. Były przepyszne. Tak przepyszne, że nie mogłam przestać ich zachwalać.

Rozkoszowałam się każdym kęsem.

Dawno nie jadłam czegoś tak dobrego!

Po takim jedzeniu od razu wrócił mi humor i poprawiło się samopoczucie. Do domu wracałam z pełnym brzuchem i szczęśliwa, że miałam okazję spróbować takich pyszności.

Knedle na miarę gwiazdki Michelin 😀

I tak oto po ciężkim dniu, bólu barku, mrowieniu ręki, lekarzu, EKG, bólu głowy, dreszczach i całej reszcie…

uratowały mnie knedle.

Czasami jednak najlepszym lekarstwem jest dobre jedzenie i pogaduszki z koleżanką 😉

Podobne wpisy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *