Powrót na trasę

🌇 Wrocław
🚲 E-bike
⌚ 4.5 godzin
💵 100 zł (10 zł napiwku)
💰 22 zł na godzinę
🛒 7 dostaw / 50 km
🍔 Glovo / Uber / Wolt

Druga jazda w tym roku, po długiej przerwie zimowej.
Po poprzedniej, gdzie wpadło tylko jedno zamówienie za 12 zł, nastawiałam się, że dziś może być podobnie – raczej testowo niż na poważnie.

Jeździłam z trzema aplikacjami jednocześnie. Na start Uber Eats – daleka dostawa, około 10 km, ale za to 28 zł, więc już na początku było całkiem nieźle. Potem odpaliłam Glovo. Akurat zwolniły się dwa bloki, dzięki czemu udało się zrobić cztery dostawy pod rząd.

Na koniec włączyłam jeszcze Wolta, trochę z nadzieją, a trochę z ciekawości, czy już mnie odblokowali. I faktycznie – poszło szybciej, niż się spodziewałam. Udało się dorzucić jeszcze dwa zamówienia. Wspomnę, że po tak długiej przerwie nieaktywności, Wolt niestety zablokował mi konto, na szczęście po napisaniu ładnego maila, szybko mi odblokowali, dzięki czemu od razu mogłam ruszyć w trasę.

Jeździło się bardzo przyjemnie. Pogoda była naprawdę piękna – ciepło, słonecznie, aż momentami suszyło. To był pierwszy dzień w tym roku, kiedy naprawdę poczułam, że trzeba będzie zabierać ze sobą więcej wody.

Dobry powrót na trasę i miłe zaskoczenie po słabym poprzednim wypadzie.

Podobne wpisy

  • Sprint do serwisu, torebka monet i hojni klienci

    Dzień zaczęłam pędząc jak dzik do serwisu rowerowego na Jagodnie. Jechałam tak szybko, że cały wyjazd – 6 km w jedną stronę, sprawdzenie roweru i kolejne 6 km powrotu do domu – zajął mi zaledwie pół godziny. Sama nie wiem, jak to zrobiłam, ale dla sprawnego roweru jestem w stanie dokonać prawdziwych cudów. Wyjeżdżałam z domu w kiepskim nastroju. Byłam zła, poirytowana i zwyczajnie smutna przez te ciągłe problemy z rowerem. Na światłach zagadała do mnie jednak przemiła, uśmiechnięta pani. Zaczęłyśmy rozmawiać o rowerach, a potem nawet o opaleniźnie. Na początku nie miałam najmniejszej ochoty na rozmowę, ale wystarczyła chwila, żebym poczuła się trochę lepiej.

  • Deszczowy dzień i zgubiona paczka

    Dzień charytatywnego jeżdżenia – tak bym go nazwała. Przez ponad godzinę totalna posucha. Nic nie wpadało. Krążyłam po okolicy, wracałam w te same miejsca, czekałam. W końcu usiadłam w parku: posiedziałam, coś zjadłam, popatrzyłam na rzekę, ludzi, rowerzystów. Taki moment pauzy, kiedy zamiast gonić za zamówieniami, po prostu się jest.

  • Zmoknięta jak kaczka, ale zadowolona

    Nie zważając na brzydką pogodę, wyskoczyłam na rower. Jeździłam w deszczu ponad dwie godziny i wróciłam do domu zmoknięta jak kaczka. Ale co tam, ubrania się suszą, a ja siedzę z kubkiem gorącej herbaty. Zapowiadali deszcz i doskonale o tym wiedziałam. Dokładnie sprawdzałam prognozę, a mimo to postanowiłam wyskoczyć choć na chwilę, nawet jeśli miałabym zmoknąć. I wiecie co? Było fajnie! Zrobiłam pięć dostaw w deszczu, trochę zarobiłam i przede wszystkim ruszyłam się z domu, zwłaszcza że kolejne dni mają być jeszcze bardziej deszczowe.

  • Powrót na trasę. Test myjki Kärcher i dzień McDonald’sów oraz kebabów.

    Ruszyłam dziś w trasę po tygodniowej przerwie spowodowanej falą upałów oraz wyjazdem do rodziny. Dzisiaj również było ciepło, około 27°C, ale po tym, co działo się w ostatnich dniach, można było wręcz powiedzieć, że pogoda zrobiła się przyjemna. Rower przez kilka dni stał w mieszkaniu, więc zdążył się porządnie schłodzić. Póki co silnik znowu pracuje cicho i nie wydaje tych irytujących odgłosów, o których pisałam wcześniej. Podejrzewam jednak, że wystarczy dłuższa jazda i hałas znowu wróci.

  • Spaghetti od losu

    Dziś był bardzo udany dzień na delivery. Wyskoczyłam tylko na chwilę, bo chciałam zdążyć wrócić do domu przed Halloween, żeby przygotować się do rozdawania cukierków. I w tych 3 godzinach udało mi się zarobić 108 zł, a kursy były naprawdę przyjemne – bez nerwów, bez zbędnego kręcenia się.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *