Powrót po 2 tygodniach przerwy – przeziębienie, dostawa do Radia Wrocław i potrójne zamówienie z Ubera

🌇 Wrocław
🚲 E-bike
⌚ 4 godz. 30 min.
💵 153,46 zł (0 zł napiwków)
💰 34 zł na godzinę
🛒 12 dostaw / 57 km
🍔 Pyszne / Wolt / Uber

Przeziębienie pokrzyżowało mi plany

Wracam na delivery po prawie dwutygodniowej przerwie. Najpierw miałam wyjazd do rodziny, a jak to zwykle bywa, wróciłam z niego przeziębiona. Połowa rodziny chorowała, więc najwyraźniej musiałam dołączyć do tego grona. Żeby było ciekawiej, pogoda podczas wyjazdu zupełnie nie dopisywała. Zimno, deszczowo, wietrznie, a do tego bieganie po podwórku z dziećmi w krótkich ubraniach i chodzenie na bosaka. No cóż, chyba sama dołożyłam swoją cegiełkę do tego przeziębienia!

Po powrocie zrobiła się piękna, niemal letnia pogoda, słońce zaczęło przyjemnie grzać, a ja musiałam siedzieć w domu. Kiedy człowiek może wreszcie pojeździć na rowerze, akurat nie może z niego skorzystać.

Na szczęście przeziębienie było dość łagodne. Dokuczał mi głównie katar i osłabienie, więc tym razem organizm potraktował mnie dość łaskawie. Mimo wszystko wolałam nie ryzykować i dać sobie trochę czasu na powrót do formy.

W końcu mogłam wrócić na rower!

Dzisiaj pogoda była przepiękna! Na słońcu wręcz gorąco, około 24 stopni, choć rano można było poczuć niemal przymrozkowy chłód. I bądź tu człowieku mądry, jak się ubrać na taką pogodę! Rano zimno, w południe lato, a wieczorem pewnie znowu trzeba będzie wyciągać cieplejsze ubrania.

Postawiłam na długie spodnie i cienką bluzkę. Okazało się, że był to strzał w dziesiątkę. Wreszcie mogłam wyjść z domu, przewietrzyć się, nacieszyć słońcem i przypomnieć nogom, czym właściwie jest wysiłek fizyczny.

Po prawie dwóch tygodniach przerwy nawet zwykła jazda na rowerze była odczuwalna. Po powrocie czułam zmęczenie w nogach, jakby musiały sobie przypomnieć, że nie służą wyłącznie do siedzenia na kanapie. 😀

Mimo tego zmęczenia od razu poczułam się lepiej. Brakowało mi ruchu, świeżego powietrza i tej codziennej rowerowej rutyny. Szkoda tylko, że zamówienia nie chciały dziś współpracować.

Cztery aplikacje włączone, a zamówień jak na lekarstwo

Wyjechałam z domu, uruchomiłam wszystkie cztery aplikacje i czekałam. I czekałam. I jeszcze trochę czekałam…

Cisza!

Kiedy już coś wpadało, często były to słabo płatne kursy. Uber natomiast najwyraźniej uznał, że jestem gotowa przemierzać całe miasto wzdłuż i wszerz.

Jedno z zamówień prowadziło z południa Wrocławia aż na Ołbin. Oczywiście za całe 27 zł. No tak, już pędzę z jednego końca miasta na drugi, bo przecież niczego bardziej nie pragnę niż długiej wycieczki przez Wrocław za taką kwotę!

Odrzuciłam kilka podobnych propozycji pod rząd. Nie po to wsiadam na rower, żeby spędzać mnóstwo czasu na dojazdach, a potem wracać bez odpowiedniego zarobku.

Na szczęście z pomocą przyszedł Wolt. To właśnie ta aplikacja napędzała dziś moją jazdę i ratowała sytuację, kiedy pozostałe platformy nie miały nic ciekawego do zaoferowania.

Dostawa do budynku Radia Wrocław i kilka ciekawych kursów

Pierwsze warte odnotowania zamówienie z Wolta pochodziło z restauracji azjatyckiej. Do przejechania miałam około 3 km, a stawka wynosiła 10 zł.

Dostawa prowadziła do budynku Radia Wrocław. Wreszcie miałam okazję zobaczyć, jak wygląda jego wnętrze. Wpuścił mnie ochroniarz, przeszłam przez długi korytarz i po drodze zerkałam na pomieszczenia. Zawsze to jakaś odmiana od standardowego schematu: restauracja, rower, klatka schodowa, klient i kolejna restauracja.

Zamówienie było przeznaczone do biura rachunkowego. Najwyraźniej w budynku mieści się kilka różnych firm, więc nie tylko radio prowadzi tam swoją działalność.

Niedługo później wpadło kolejne zamówienie z tej samej restauracji azjatyckiej. Tym razem 2 km za 10 zł, a dostawa prowadziła do szkoły.

Kiedy dotarłam na miejsce, pani już czekała na mnie przed budynkiem. Przy okazji opowiedziała mi o swoich przygodach z zamawianiem jedzenia. Próbowała złożyć zamówienie zarówno przez aplikację, jak i stronę internetową, ale najwyraźniej wystąpiła jakaś awaria. W efekcie dostawa była opóźniona o około pół godziny.

Cóż, klient widzi tylko końcowy etap całej tej operacji, ale czasami za opóźnieniem stoją problemy, na które ani klient, ani kurier nie mają większego wpływu.

Później był ramen: 3,5 km za 13 zł. Następnie krótki kurs na zaledwie 1 km za 8 zł. Po samej nazwie restauracji wiedziałam już, dokąd jadę. To była dostawa do stałej klientki, tuż obok.

Takie krótkie kursy lubię szczególnie wtedy, gdy stawka jest przyzwoita. Kilka minut jazdy, szybka dostawa i można szukać następnego zamówienia.

Uber chciał wysłać mnie na drugi koniec miasta

Oczywiście nie mogło być tak pięknie przez cały dzień. Uber ponownie zaproponował mi kurs z południa Wrocławia aż na Karłowice. Około 12 km za 28 zł!

To już konkretna przeprawa przez miasto. Trzeba uwzględnić nie tylko samą jazdę, ale również czas dojazdu do restauracji, odbiór jedzenia, światła, skrzyżowania i ewentualne oczekiwanie na klienta.

Na papierze 28 zł może wyglądać całkiem przyzwoicie, ale kiedy spojrzy się na dystans i czas potrzebny na realizację takiego zamówienia, sytuacja robi się mniej atrakcyjna. Dlatego niektóre propozycje po prostu odrzucam.

Co ciekawe, pisząc tę relację, uświadomiłam sobie, że wcześniej odrzuciłam chyba lepsze zamówienie, niż ostatecznie przyjęłam!

Miałam możliwość wzięcia zamówienia z Biedronki na Uberze: 4 km za 14 zł. Zamiast tego zdecydowałam się na Pyszne.pl, czyli 5 km za 12 zł brutto.

No interes życia! 😀

Czasami człowiek podejmuje decyzję na szybko, a dopiero później analizuje, czy rzeczywiście mu się opłacała. W pracy kuriera trzeba reagować na bieżąco, ale takie sytuacje przypominają mi, że warto patrzeć nie tylko na kwotę wyświetloną na ekranie, lecz także na dystans, lokalizację i to, gdzie ostatecznie wyląduję.

Wycieczka na Bielany za 12 zł brutto

Jednym z moich mniej opłacalnych wyborów było zamówienie z Bistro, które musiałam odebrać aż na Bielanach. Sama dostawa prowadziła zaledwie pół kilometra dalej, więc końcowy odcinek był krótki. Problem polegał na tym, że najpierw musiałam pokonać spory dystans, żeby w ogóle dotrzeć do restauracji.

W efekcie przejechałam około 5 km za 12 zł brutto i zostałam na Bielanach.

Nie był to szczególnie imponujący wynik, zwłaszcza że miałam już włączone inne aplikacje i mogłam polować na coś korzystniejszego.

Potrójne zamówienie z Ubera, czyli wyprawa bez końca

A teraz czas na prawdziwy popis Ubera!

Dostałam zamówienie z restauracji Ramen. Już czekałam przed przejściem dla pieszych, kiedy aplikacja postanowiła zmienić mi plany. Trzeba było zawracać do Pasibusa, skąd wpadły aż dwa kolejne zamówienia.

I tak oto zamiast jednej dostawy miałam do zrealizowania cały zestaw trzech.

Tym razem miałam wrażenie, że jadę i jadę, a końca tej przygody nie widać.

Najpierw zawiozłam ramen do firmy. Potem z zamówieniami z Pasibusa ruszyłam w kierunku mojej wioski. Klienci wyjątkowo często wychodzili mi dziś na ulicę, co było bardzo miłą odmianą. Dzięki temu nie musiałam wchodzić do budynków, szukać klatek schodowych ani błądzić po korytarzach.

Przy trzeciej dostawie, oddalonej o kolejne 3 km, powiedziałam klientowi, że pewnie musiał się trochę naczekać, bo był ostatni z całej trójki. W końcu zanim jego jedzenie dotarło na miejsce, musiałam obsłużyć dwie wcześniejsze dostawy.

Na szczęście cała operacja nie wypadła najgorzej.

Łącznie przejechałam około 13 km, zarobiłam 40 zł i zajęło mi to 55 minut.

Jak na tak długą trasę i trzy dostawy, nie było źle.

McDonald’s, kebab i kuchnia indyjska

Po potrójnym zamówieniu przyszła pora na kolejne kursy.

Najpierw Uber i McDonald’s: 7 km za 17 zł. Potem kebab: 2,5 km za 9 zł. Następnie Wolt i kuchnia indyjska: 2 km za 9 zł.

Nie były to jakieś spektakularne zarobki, ale przynajmniej coś się działo. Przy takiej pogodzie aż szkoda siedzieć w domu, więc nawet jeśli zamówienia nie zachwycają, można korzystać ze słońca i kręcić kolejne kilometry.

Oczywiście pod warunkiem, że człowiek nie musi przejeżdżać całego Wrocławia za każdym razem, gdy aplikacja postanowi znaleźć mu klienta na drugim końcu miasta.

Ostatni kurs, czyli powrót na moją wioskę

Na zakończenie zdecydowałam się na jeszcze jedno zamówienie z Ubera. Tym razem Pizza Hut na Bielanach i dostawa na moją wioskę.

Dystans wynosił około 10 km, a stawka 23 zł. Nie była to może oferta marzeń, ale miała jedną ogromną zaletę: dostawa prowadziła mnie w kierunku domu.

Właśnie takie zamówienia lubię brać na koniec dnia. Zamiast kończyć pracę gdzieś daleko i zastanawiać się, jak wrócić, mogę połączyć ostatni zarobek z drogą powrotną.

Chciałam dobić do 150 zł i zakończyć jazdę. Byłam już trochę zmęczona, głodna, a do tego zaczęła mnie boleć głowa. Po przerwie spowodowanej przeziębieniem organizm chyba nie był jeszcze gotowy na pełne obroty.

Na miejscu okazało się, że domofon u klienta nie działa. Pozostało mi poczekać, aż ktoś wyjdzie z budynku. W końcu pojawił się chłopiec, który odebrał zamówienie.

Przy okazji ostatniej dostawy z Pizza Hut miałam też okazję przetestować rozkładanie plecaka. Okazało się, że zajmuje to trochę więcej czasu, niż mogłoby się wydawać. Zapięcie wszystkich czterech zaczepów wymaga cierpliwości i odrobiny wprawy, więc nie da się tego zrobić błyskawicznie pod drzwiami klienta.

I to był koniec mojej dzisiejszej pracy.

Miła rozmowa z 80-letnim rowerzystą

Wśród wszystkich kursów, restauracji i kilometrów zapamiętam jeszcze jedno sympatyczne spotkanie.

Czekając przed przejściem dla pieszych, zaczęłam rozmawiać ze starszym panem. Zwrócił uwagę na mój rower elektryczny i pochwalił, że mam fajny sprzęt. Zainteresowało go, ile kilometrów na nim przejeżdżam i przez ile godzin można na nim jeździć.

Pan sam jeździ na składaku, a na smyczy prowadzi pieska. Jak się okazało, miał już prawie 80 lat!

Z uśmiechem opowiadał, że rok przed osiemdziesiątką ma nogi dwudziestolatka. 😀

Uśmiechnęłam się i powiedziałam, że bardzo fajnie i tak trzymać!

Lubię takie spontaniczne rozmowy ze starszymi osobami. Czasami wystarczy kilka zdań, żeby poprawić sobie humor. Mam też wrażenie, że niektórzy seniorzy mają naprawdę imponującą kondycję i energię, której mogliby im pozazdrościć znacznie młodsi ludzie.

Ten pan jest świetnym przykładem na to, że warto się ruszać i nie rezygnować z aktywności tylko dlatego, że przybywa lat.

A poza tym zawsze miło spotkać kogoś, kto zamiast narzekać na pogodę, korki czy cały świat, po prostu cieszy się jazdą na rowerze.

Czy warto wracać do pracy po takiej przerwie?

Dzisiejszy dzień pokazał mi, że nawet po krótkiej przerwie można odczuć różnicę w kondycji. Nogi trochę się zmęczyły, a pod koniec jazdy dało się już odczuć, że nie jestem jeszcze w pełni sił.

Z drugiej strony brakowało mi roweru, świeżego powietrza i swobody, jaką daje przemieszczanie się po mieście. W domu można odpocząć, ale po kilku dniach siedzenia człowiek zaczyna mieć ochotę, żeby wreszcie gdzieś wyjść i zrobić coś aktywnego.

Pod względem zarobków nie był to idealny dzień. Trafiło się kilka słabych stawek, trochę czekania i parę decyzji, które po fakcie mogłam ocenić lepiej. Wolt uratował sytuację, a potrójne zamówienie z Ubera, mimo długiej trasy, okazało się całkiem przyzwoicie płatne.

Najważniejsze jednak, że w końcu mogłam wrócić na rower i poczuć, że znowu jestem w swoim żywiole.

Po powrocie do domu nogi dały znać, że trochę się napracowały, ale samopoczucie zdecydowanie się poprawiło.

Podobne wpisy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *