Powrót po chorobie: magnolia, misja z kawą i napiwki, które zrobiły dzień

🌇 Wrocław
🚲 E-bike
3 godz. 15 min.
💵 117,64 zł (18 zł napiwków)
💰 36 zł na godzinę
🛒 8 dostaw / 55 km
🍔 Wolt / Uber

Krótka przerwa świąteczna zamieniła się w prawie dwa tygodnie choroby. Wszystko zaczęło się niewinnie – wielkanocne „kicanie” z dziećmi po podwórku, przy zimnym wietrze i bez czapki. Skończyło się tym, że mnie porządnie przewiało. Już w Śmigus-Dyngus zaczęłam czuć, że coś mnie bierze, ale choroba rozkręcała się tak powoli i podstępnie, że wydawało się, jakby nie miała końca. Kaszel był tak męczący, że aż bolały mnie plecy. Przez większość czasu siedziałam w domu, wychodząc tylko na chwilę do Żabki po najpotrzebniejsze rzeczy i cierpliwie czekając, aż w końcu przejdzie.

Nadal jeszcze trochę kaszlę, ale wreszcie wróciły siły. Po takiej przerwie powrót na rower był… dziwny. Przez chwilę miałam wrażenie, jakbym zapomniała, jak się jeździ – jechałam wolno, ostrożnie, jakby od nowa ucząc się równowagi.

W międzyczasie miasto i przyroda zdążyły się zmienić nie do poznania. Ledwo zauważyłam pierwsze kwitnące drzewa, a już zaczynają przekwitać. W parku zobaczyłam przepiękną magnolię – tak mnie zachwyciła, że aż odrzuciłam zamówienie, żeby zatrzymać się i zrobić jej zdjęcia. Są rzeczy ważne i ważniejsze 😉

Początek dnia był spokojny – zamówień brak, cisza. Aż w końcu telefon zapipkał: Wolt, tajska restauracja, 3 km za 12 zł. Potem Uber dorzucił McDonald’s – 5 km za 18 zł. Ciekawe zamówienie, dostawa na moją „wioskę”… z jednym haczykiem – dwie duże kawy.

Klient od razu napisał, żeby dobrze je zabezpieczyć, bo poranna kawa dotarła do niego rozlana. No to miałam misję: dowieźć je w idealnym stanie i być lepsza niż poprzedni kurier 😄
Przez ponad 3 km jechałam sztywniutko, wolno, ostrożnie, omijając każdą nierówność. Na miejscu klient wyszedł z bramy, a ja z lekkim stresem sprawdzam… opakowanie lekko wilgotne od pary, ale kawa cała! Może dosłownie kropla uciekła. Klient zadowolony, mówi, że „o niebo lepiej niż rano”. Misja zakończona sukcesem 😄

Wracając z „zadupia”, Wolt rzucił kurs na Jagodno – 6 km za 23 zł, zakupy z Auchan. Odrzuciłam. Oficjalnie: za daleko i ryzyko ciężkich zakupów. Nieoficjalnie: magnolia czekała 🌸
Tyle że potem przez pół godziny cisza… więc był czas na zastanawianie się, czy to była dobra decyzja 😄

Na szczęście Uber mnie „uratował” i cofnął w moje rejony – restauracja grecka. Trochę czekania, ale kurs aż do Radomierzyc. Znowu daleko i powrót na pusto, ale za to miła niespodzianka – ponad 7 zł napiwku.

Potem Wolt już chyba przestał się na mnie gniewać za wcześniejsze odrzucenie – wpadł króciak: 2 km za 8 zł. Chwilę później Uber: 2 km za 9 zł, dostawa znów na moją okolicę. Sympatyczna kobieta z dużym psem wyszła do bramki. Zapomniałam o PIN-ie, ale szybko ogarnęłam temat na czacie. I kolejna miła niespodzianka – ponad 10 zł napiwku! Te napiwki naprawdę zrobiły mi dzień.

Dalej poszło już z górki – podwójne zamówienie z Wolta (Chleboteka + kuchnia indyjska), wszystko blisko siebie, sprawnie i przyjemnie. Na koniec jeszcze jedno podwójne z kuchni azjatyckiej – około 5,5 km za prawie 20 zł.

I wtedy wpadł mi do głowy pomysł, który odkładałam od dawna – odwiedzić nowo otwarte Solleim na Gaju. Tyle razy obiecywałam sobie, że zajadę – i w końcu się udało. Chwila w kolejce, szybki rekonesans – lokal ładny, ruch spory, widać, że interes się kręci. Odebrałam zamówienie, zapakowałam do plecaka i… prosto do domu. W końcu coś od życia się należy 😄

Na koniec jeszcze pogoda – prawdziwie wiosenna. 18 stopni, słońce, dość silny wiatr, ale wcale nie przeszkadzał. Po takiej przerwie człowiek bardziej docenia nawet zwykłą jazdę i widoki dookoła.

Finalnie godzinówka wyszła bardzo dobrze – mimo pół godziny przestoju. Ale to właśnie napiwki zrobiły największą różnicę. I chyba też trochę szczęścia na powrót 🙂

Podobne wpisy

  • Zmoknięta jak kaczka, ale zadowolona

    Nie zważając na brzydką pogodę, wyskoczyłam na rower. Jeździłam w deszczu ponad dwie godziny i wróciłam do domu zmoknięta jak kaczka. Ale co tam, ubrania się suszą, a ja siedzę z kubkiem gorącej herbaty. Zapowiadali deszcz i doskonale o tym wiedziałam. Dokładnie sprawdzałam prognozę, a mimo to postanowiłam wyskoczyć choć na chwilę, nawet jeśli miałabym zmoknąć. I wiecie co? Było fajnie! Zrobiłam pięć dostaw w deszczu, trochę zarobiłam i przede wszystkim ruszyłam się z domu, zwłaszcza że kolejne dni mają być jeszcze bardziej deszczowe.

  • Torba puściła, humor nie

    Dziś zapowiadało się kiepsko, a wyszło… naprawdę bardzo fajnie. Lubię takie dni, kiedy rzeczywistość robi mi miłą niespodziankę. Na Wolt trafiło mi się podwójne zamówienie na 10 km za aż 41 zł i to z dostawą dokładnie w moje rejony. To moja najwyższa stawka w Wolcie do tej pory, więc radość była podwójna.

  • 200 zł okupione błotem, zimnem i cierpieniem pleców

    Za ostatnią niedzielę obraziłam się na delivery. Tak słabo poszło i tak marnie płacili, że momentami aż odechciewało się jeździć. Dziś od początku też miałam wrażenie, że będzie lipa. Jeździłam bez przekonania, z myślą, czy w ogóle uda się zrobić chociaż 100 zł. W pewnym momencie serio zastanawiałam się, czy nie wrócić do domu po zarobionych 30 zł, bo tyle się musiałam na te pieniądze najeździć, że aż szok. Ale zacisnęłam zęby i jeździłam dalej. Powoli coś zaczęło wpadać. Najpierw dobiłam do 100 zł, potem do 150, aż nagle patrzę – 200 zł. Sama się zdziwiłam.

  • Godziny ciszy i złote napiwki

    Taka dziś była posucha, że to się w głowie nie mieści. Serio – prawie zasnęłam jak żul na ławeczce. Przez pierwszą godzinę absolutne zero zamówień. Nic. Cisza. Trzy apki odpalone i żadna się nie odzywa. Jeździłam, krążyłam po różnych miejscach, zmieniałam rejony, aż w końcu dałam sobie spokój i usiadłam na ławce, bo zmęczyło mnie to bezsensowne jeżdżenie i czekanie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *