Przemokłam, skradziono mi zamówienie, a potem wpadło 54 zł za potrójne

🌇 Wrocław
🚲 E-bike
⌚ 5 godz. 25 min.
💵 195,93 zł (5,41 zł napiwku)
💰 36 zł na godzinę
🛒 14 dostaw / 67 km
🍔 Uber
Dzień zaczęłam od czegoś, co już od dawna prosiło się o zrobienie – umyłam i nasmarowałam łańcuch w rowerze. Właściwie miałam pewne wątpliwości, czy jest sens go myć, bo prognozy zapowiadały możliwość deszczu. Liczyłam jednak na to, że chmury pójdą bokiem albo najwyżej trochę pokropi.
No cóż… nie poszły bokiem.
Już kiedy wyjeżdżałam z domu, na niebie było widać bardzo ciemne chmury. Mimo wszystko temperatura była całkiem przyjemna, więc zapowiadał się naprawdę fajny dzień na rowerze. Przynajmniej do czasu pierwszego większego deszczu.
Pierwsze zamówienia i pierwsza ulewa
Jeździłam dzisiaj tylko na Uberze, który od samego początku zasypywał mnie zamówieniami. Problem polegał na tym, że spora część z nich była po prostu nieopłacalna. Co chwilę musiałam odrzucać jakieś dalekie kursy, a momentami Uber wręcz nie dawał mi chwili spokoju.
Pierwsze zamówienie wpadło z Bielan – Pasibus, 8 km za 19 zł, ale z dostawą w moje rejony. Tutaj było mi to na rękę, więc pojechałam, odebrałam i wróciłam.
Potem przyszły cztery pizze – 5,5 km za 14 zł, również z dostawą na moją wioskę. Następnie Meatologia i dobrany kebab – łącznie 9,3 km za 28 zł. Kebab miałam dostarczyć do kortów tenisowych.
I właśnie wtedy zaczęło się robić mokro.
Dojeżdżając na miejsce, zauważyłam, że deszcz coraz bardziej się rozkręca. A ja miałam jeszcze drugie zamówienie do dostarczenia, 4 km dalej.
No więc ruszyłam w deszcz.
Po drodze przemokłam praktycznie cała. Rower oczywiście również. Zrobiło się chłodniej i zdecydowanie mniej przyjemnie. Najlepsze było to, że jak tylko dojechałam do klienta, deszcz niemal od razu osłabł.
Klasyka.
Potem wpadł McDonald’s – 5,5 km za 15 zł, również z dostawą na moją wioskę. I wtedy wydarzyła się największa perełka tego dnia.
„A może mogłaby Pani zawieźć gdzie indziej?”
Wpadł kolejny McDonald’s. Dostawa również była na moją wioskę – dokładnie tam, gdzie akurat stałam. Idealnie.
Po chwili dzwoni do mnie klientka.
Okazało się, że podała jako adres dostawy swoje miejsce pracy, ale tak naprawdę mieszka zupełnie gdzie indziej – na Jagodnie, kilka dobrych kilometrów dalej. Zapytała, czy mogłabym dostarczyć jej zamówienie właśnie tam, za dodatkową opłatą.
Powiedziałam, że najlepiej byłoby anulować zamówienie i złożyć je ponownie z prawidłowym adresem. Klientka stwierdziła, że nie potrafi tego zrobić.
No więc… zgodziłam się.
Pomyślałam, że może dostanę fajny napiwek. Poza tym i tak musiałabym wrócić na swoją wioskę, bo przecież nie mogłabym potwierdzić dostawy w zupełnie innym miejscu.
Pojechałam więc do McDonald’s.
A tam słyszę:
„To zamówienie wydaliśmy już ze dwa razy innym kurierom.”
No zajebiście.
Pytam więc, jak to właściwie działa i czy naprawdę wydają zamówienia kolejnym kurierom bez sprawdzenia, czy ktoś już je odebrał.
Zadzwonili do Ubera. Mija minuta. Druga. Piąta. Dziesiąta…
Miałam czekać, bo Uber miał ponowić zamówienie i dać znać. Czekałam więc kilkanaście minut. W końcu pytam, co z moim zamówieniem. Okazuje się, że oni nawet nie mają go już w systemie. Ostatecznie usłyszałam, że najlepiej będzie, jeśli anuluję.
I tak oto straciłam ponad pół godziny.
Nie miałam zamówienia. Nie miałam napiwku. Nie miałam nawet satysfakcji z wykonanej dostawy.
Nic.
Chyba trzeba jednak przestać być za dobrą i przy pierwszym podejrzanym sygnale po prostu anulować. Szkoda, bo liczyłam na fajny napiwek, a przede wszystkim chciałam być miła i zrobić klientce przysługę.
No cóż. Człowiek uczy się na błędach.
Chleboteka, kebaby i sympatyczna pani z balkonu
Potem wpadła Chleboteka, do której dobrały się jeszcze dwa kebaby.
Chleboteka była gotówkowa, więc dostałam resztę i tym sposobem wpadło mi ponad 5 zł napiwku.
Szkoda, że klienci tak rzadko dają napiwki w aplikacji. Gdyby nie to jedno gotówkowe zamówienie, miałabym dzisiaj zero napiwków na 14 dostaw.
Ale przynajmniej te 5 zł poprawiło trochę humor.
Przy jednym z kebabów zaczęła się kolejna przygoda. Szukałam bloku, krążyłam i nie mogłam znaleźć wjazdu. To takie miejsce, gdzie bloki są ułożone niemal jak labirynt i naprawdę można się tam zgubić.
W pewnym momencie zauważyłam starszą kobietę stojącą na balkonie.
Pytam, czy wie, jak dojechać.
A ona, cała wesoła i serdeczna:
„Co, kochana, potrzebujesz?”
I zaczęła mi tłumaczyć, którędy mam objechać.
Objechałam.
I nadal nie znalazłam.
Już lekko zirytowana patrzę przed siebie, a ta sama kobietka siedzi w oknie i patrzy na mnie. Znowu zaczęła pokazywać, którędy mam wjechać.
Pogadałyśmy chwilę, pośmiałyśmy się i w końcu dzięki niej trafiłam.
Kiedy później wyjeżdżałam z tego całego labiryntu, znowu ją minęłam. Kobieta jeszcze raz pokazała mi, którędy mam wyjechać, uśmiechnęła się i życzyła miłego dnia.
Uwielbiam takie krótkie pogaduszki ze starszymi ludźmi.
Zwłaszcza z takimi serdecznymi osobami. Potrafią naprawdę poprawić humor. Dla nich też często jest to jakaś mała atrakcja – ktoś przejeżdżający na rowerze pyta o drogę, można chwilę porozmawiać, komuś pomóc.
I mam wrażenie, że wiele starszych osób po prostu lubi takie rozmowy. Niby minuta czy dwie, a człowiek od razu ma lepszy dzień.
„Nie mogę znaleźć bloku”
Przy kolejnym zamówieniu historia się powtórzyła.
Znowu nie mogłam znaleźć bloku.
Krążę, szukam, patrzę na numerację i nic. Pytam przypadkową kobietę, ta wskazuje mi drogę. Odpalam nawigację, ale oczywiście prowadzi mnie dokładnie tam, gdzie już byłam i gdzie żadnego właściwego bloku nie znalazłam.
W końcu dzwonię do klientki.
I dopiero wtedy okazuje się, że podała niepełny numer bloku. Były tam jeszcze oznaczenia A, B, C i tak dalej.
No i właśnie przez takie z pozoru drobne rzeczy kurier potrafi stracić naprawdę sporo czasu i nerwów.
Potem wpadła pizza – 2 km za 9 zł.
Tutaj też oczywiście nie mogło być normalnie. Dzwonię domofonem raz. Cisza. Drugi raz. Nadal cisza.
Dzwonię do klienta.
Okazuje się, że dopiero zejdzie.
Kolejne minuty uciekają.
Uber nie daje odetchnąć
Później Uber zaczął mnie wręcz zasypywać dalekimi kursami. Odrzucałam jeden za drugim i momentami nie nadążałam nawet ich klikać.
Chwilami musiałam wręcz wyłączać aplikację, bo nie byłam w stanie jednocześnie ogarniać zamówień, zapinać roweru i przygotowywać się do dalszej jazdy.
I wtedy w końcu wpadło coś naprawdę konkretnego.
Potrójne zamówienie – 12 km za 54 zł!
Całość zrobiłam w godzinę, więc wyszło naprawdę ładnie.
Jedyny minus? Odbiór znajdował się ponad 5 km dalej, w Hubach. Ale wszystkie trzy dostawy były z powrotem w moje rejony, więc idealnie – mogłam zrobić cały kurs i od razu wrócić w stronę domu.
Jedno zamówienie było z kebaba, drugie z restauracji z tajskim jedzeniem, a trzecie z Biedronki.
I tutaj znowu pojawiła się mała historia.
„Marchwi Pan nie potrzebuje?” 😂
Jadąc po odbiór, tak bardzo chciało mi się do łazienki, że zaplanowałam, że szybko skoczę do toalety w lokalu, w którym odbierałam kebaba. Chciałam mieć później spokój.
Przy dostawie kebaba panie były bardzo miłe i nawet otworzyły mi drzwi, bo oczywiście wjechałam od tej strony, od której nie było domofonu.
Potem pojechałam z tajskim jedzeniem.
I tutaj czekały na mnie bardzo strome schody.
Zażartowałam z klientem, że strasznie strome. On odpowiedział, że jeszcze gorzej będzie schodzić i żebym trzymała się poręczy.
Pośmialiśmy się chwilę i już miałam wręczyć mu zamówienie.
Tylko że zamiast tajskiego jedzenia wyciągnęłam… reklamówkę z Biedronki.
Szybko się poprawiłam:
„A nie, to Biedronka! Marchwi Pan nie potrzebuje”.
Akurat wiozłam kilogram marchwi i seler.
Klient chwilę się zastanowił i mówi:
„A wie Pani, nawet bym potrzebował.” 😂
Zaśmiałam się i wręczyłam mu właściwe zamówienie.
I właśnie takie krótkie, zabawne rozmowy z klientami bardzo lubię. Niby nic wielkiego, kilka zdań, ale dzięki temu dostawa nie jest tylko bezosobowym „dzień dobry, zamówienie”.
Biedronkę zostawiłam klientce pod drzwiami i wreszcie mogłam odsapnąć.
A przede wszystkim zobaczyłam, że za to potrójne zamówienie wpadło 54 zł.
Prawie 200 zł zamiast powrotu do domu
Później wpadł jeszcze McDonald’s – 5 km za 15 zł.
Tym razem przynajmniej mieli moje zamówienie.
Robiło się już późno i właściwie miałam wracać do domu.
Uber jednak postanowił dać mi jeszcze jedno, idealne zamówienie na zakończenie: odbiór kebaba i dostawa praktycznie pod moje osiedle – 5 km za 12 zł.
Dostarczyłam i ruszyłam w stronę domu.
Wracałam zadowolona, chociaż trochę zirytowana całą sytuacją z McDonald’s i tym, że moje zamówienie zostało wcześniej wydane innym kurierom.
Ale z drugiej strony…
Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło.
Gdybym wtedy pojechała na Jagodno, musiałabym później wrócić kilka kilometrów, być może na pusto. A tak mogłam zostać w swoich rejonach i dostałam później potrójne zamówienie za 54 zł.
Może więc ta „kradzież” zamówienia ostatecznie wyszła mi nawet na dobre.
Można sobie gdybać, co by było, gdybym pojechała tam, gdzie chciała klientka, ale tego już się nie dowiem.
Jedno wiem na pewno – jak na tyle czekania, nerwów i przygód, wynik wyszedł naprawdę dobrze.
Początkowo po deszczu miałam wracać do domu z mniej niż 100 zł. Byłam przemoknięta, trochę zmarzłam.
Ale ubrania zaczęły schnąć, pogoda się poprawiła, więc postanowiłam zostać jeszcze trochę.
I tak z mniej niż 100 zł zrobiło się niemal 200 zł.
TRACH! I po łańcuchu
Na koniec zostały mi jeszcze dwie sytuacje, które szczególnie zapamiętam.
Pierwsza wydarzyła się na światłach.
Stałam obok rowerzysty i podziwiałam jego ładny rower elektryczny. Ruszyliśmy na zielonym, ja za nim i nagle…
TRACH!
Pękł mu łańcuch. Musiał się zatrzymać, zawrócić i później prowadzić rower.
Zrobiło mi się go naprawdę szkoda. Zapytałam:
„Da się go skuć?”
Nie odpowiedział. Chyba raczej nie. Poprzeklinał tylko pod nosem.
I trudno mu się dziwić. Sama bym się wkurzyła, gdyby po prostu podczas jazdy nagle pękł mi łańcuch.
Zwłaszcza gdybym chwilę wcześniej widziała kogoś, kto właśnie skończył myć i smarować swój. 😂
„Przecież to nie ścieżka…”
Druga sytuacja była już bardziej absurdalna.
Jechałam ścieżką wokół toru konnego. Normalnie poruszają się tam rowerzyści, piesi, biegacze, osoby z wózkami, ludzie z psami i cała reszta.
Widzę przed sobą grupkę ludzi.
Idą dokładnie środkiem.
Od lewej do prawej zajmują praktycznie całą szerokość drogi. Nie mam jak przejechać, więc spokojnie dzwonię dzwonkiem.
I wtedy jedna z kobiet, która prowadziła psa, mówi:
„Przecież to nie ścieżka…”
No hello, Pani moja droga. 😂
Nawet jeśli nie byłaby to ścieżka rowerowa, to kto Panią upoważnił do zajmowania caaaaałej szerokości drogi razem z grupką znajomych czy rodziną?
Pieszy idący z naprzeciwka też ma się nie zmieścić?
Patrzyłam na nią przez chwilę w milczeniu i chyba sama zrozumiała, jaką głupotę powiedziała.
Przecież ja nie pędziłam tam jak szalona. Spokojnie i powoli chciałam przejechać obok, nikogo nie strasząc i nikomu nie robiąc krzywdy.
Ale oczywiście Pani z psem jest najważniejsza.
Najbardziej denerwują mnie właśnie takie sytuacje – ktoś sam idzie środkiem i zajmuje całą szerokość, a później jeszcze ma pretensje do osoby, która chce spokojnie przejechać.
Dzień pełen absurdów, ale z dobrym zakończeniem
I tak właśnie zakończył się mój dzisiejszy dzień na delivery.
Był deszcz, przemoczony rower, oczekiwanie na zamówienie, które okazało się nieistniejące, szukanie bloków, labirynty między budynkami, starsza pani pomagająca mi znaleźć drogę, marchewka i seler, strome schody, pęknięty łańcuch u przypadkowego rowerzysty i oczywiście Pani z psem, która postanowiła pouczyć mnie o ścieżkach.
Czyli właściwie zwyczajny dzień kurierki. 😂
Początkowo zapowiadało się na szybki powrót do domu po deszczu. Ostatecznie jednak wyszło niemal 200 zł, więc zdecydowanie nie mam na co narzekać.
Czasami wystarczy przeczekać gorszy moment, dać sobie jeszcze trochę czasu i nagle z dnia, który zapowiadał się przeciętnie, robi się całkiem dobry wynik.
A z takich dni najczęściej zostają najlepsze historie.
