Przepiękny kościół, wpadka z windą, pomylone drzwi – udany dzień na rowerze

🌇 Wrocław
🚲 E-bike
6 godz. 30 min.
💵 215,1 zł (3 zł napiwku)
💰 33 zł na godzinę
🛒 15 dostaw / 85 km
🍔 Pyszne / Uber / Wolt

Dzień pełen przygód

Dziś największą atrakcją dnia i jednocześnie tym, co zrobiło na mnie największe wrażenie, był przepiękny Kościół św. Karola Boromeusza we Wrocławiu. Wracając od jednego z klientów, przejeżdżałam obok niego i pomyślałam, że aż grzech byłoby się nie zatrzymać. Tym bardziej że pogoda była wręcz idealna na rower – nie za ciepło, nie za zimno, a wiatr był znacznie słabszy niż poprzedniego dnia.

Miałam na sobie długie, ale lekkie ubranie i jechało mi się naprawdę świetnie. Skoro warunki były tak dobre, postanowiłam zostać na mieście dłużej. Zamówień co prawda nie było szczególnie dużo, ale ostatecznie dzień i tak okazał się bardzo udany.

A po drodze wydarzyło się kilka rzeczy, które zdecydowanie zapamiętam. W tym jedna moja wpadka, z której się śmieję. Ale po kolei.

Rano – szybkie przygotowania i cztery aplikacje w gotowości

Rano najpierw musiałam ogarnąć rower. Umyłam go, wyczyściłam łańcuch i nasmarowałam, więc zeszło mi na tym trochę czasu. Później już tylko szybkie ubieranie i w biegu zajmowanie bloków na Pyszne od południa. Potem dobierałam sobie kolejne po dwie godziny.

Włączam wszystkie cztery aplikacje i czekam.

I czekam.

I dalej nic.

Cisza.

Pomyślałam sobie: „No to sobie zarobiłam…” 😅

Pyszne jakoś nie chciało ze mną współpracować. W moim rejonie praktycznie nic się nie pojawiało, więc musiałam ratować się Uberem i później jednym zamówieniem z Wolta.

Uber przychodzi z pomocą

Pierwszy ratunek przyszedł z Ubera – Chleboteka, około 5 km za 12 zł. Wiozłam cztery chleby, więc plecak od razu dostał trochę dodatkowego ciężaru.

Pyszne w międzyczasie rzuciło mi jakieś dalekie zamówienie na Gaj, ale je odrzuciłam. Chwilę później Uber dał ramen – 2 km za 6 zł.

Następnie wpadło Pyszne: 8 km za 25 zł, odbiór z Bistro w moich rejonach i dostawa na Plac Powstańców Śląskich, do biurowca.

Szczerze mówiąc, nie bardzo chciało mi się tam jechać. Kojarzyłam ten budynek, bo kiedyś już tam błądziłam. Tym razem historia postanowiła się trochę powtórzyć.

GPS pokazał, że jestem na miejscu.

Tylko że… budynku nie było.

Okazało się, że pinezka w aplikacji była źle ustawiona i właściwe miejsce znajdowało się około kilometr dalej. Pytałam ludzi po drodze, ale nikt nie potrafił mi pomóc. W końcu znalazłam budynek w innej aplikacji i ruszyłam dalej.

„Pani pierwszy raz?” – czyli moja przygoda z windą 😂

Wchodzę do środka i pytam recepcję o windę.

I teraz najlepsze.

Nie pijcie nic w tym momencie, bo możecie wylać. 😂

Stoję przy kilku windach. Jedna się otwiera, wychodzi z niej ładna kobieta, a ja szybko wskakuję do środka. Drzwi zaczynają się powoli zamykać.

W ostatniej chwili słyszę:

„Pani pierwszy raz?”

Zdążyłam odpowiedzieć „tak”.

Drzwi się zamykają.

A ja… zostaję w środku.

I nic.

Winda nie jedzie.

Stoję jak dureń. Jak bohaterka „Głupiego i Głupszego”. Jak Jaś Fasola. 😂

Myślałam, że pani, która chwilę wcześniej wysiadła, wcisnęła jakiś przycisk i po prostu zaraz pojadę na górę. Ale nie. Winda dalej stoi.

Mijają kolejne sekundy, a ja zaczynam się zastanawiać, co właściwie mam zrobić.

W końcu domyśliłam się, że trzeba nacisnąć przycisk otwierania drzwi.

Drzwi się otwierają.

I moim oczom ukazuje się… ta sama pani.

Ona nadal tam stała i na mnie czekała! 😂

Uśmiechnęła się i spokojnie wytłumaczyła mi, że najpierw trzeba wyjść z windy, wybrać piętro na klawiaturze, poczekać, aż system wskaże konkretną windę, a dopiero wtedy do niej wejść.

Ale muszę przyznać, że pani była naprawdę bardzo miła. Pomogła takiej sierocie, która kompletnie nie wiedziała, co się dzieje. 😂

McDonald’s, długie czekanie i… drzwi sąsiada

Później Pyszne dało mi McDonald’s ze Sky Tower. Na zamówienie trochę się naczekałam, ale w końcu ruszyłam do klienta.

Dojeżdżam pod wskazane drzwi.

Dzwonię.

Pukam.

Cisza.

Piszę wiadomość, że już jestem.

Dalej cisza.

Dopiero po chwili przyjrzałam się dokładniej numerowi na drzwiach, który bardzo zlewał się z tłem.

I wtedy wszystko stało się jasne.

Stałam pod drzwiami sąsiada. 😂

Na szczęście szybko się zorientowałam i obyło się bez większej tragedii.

Potem odrzuciłam jeszcze kilka dalekich zamówień na Pyszne – między innymi w stronę centrum i na północ. Chciałam już wracać w swoje rejony, bo tych dalekich dojazdów było zdecydowanie za dużo.

I wtedy zobaczyłam ten kościół

Właśnie podczas powrotu wydarzyło się coś, co zdecydowanie było największą atrakcją całego dnia.

Nagle zobaczyłam przepiękny Kościół św. Karola Boromeusza.

I pomyślałam: dobra, koniec. Muszę się zatrzymać.

Widziałam go już wcześniej, ale nigdy nie miałam okazji znaleźć się tak blisko i jednocześnie mieć wystarczająco dużo czasu, żeby spokojnie zrobić zdjęcia.

Tym razem zrobiłam ich naprawdę sporo – praktycznie z każdej strony.

I muszę powiedzieć, że wyszły tak zjawiskowo, że już nie mogłam się doczekać, żeby je obejrzeć na spokojnie i udostępnić.

Kościół został wybudowany w latach 1911-1913. Jest jednym z tych budynków, obok których naprawdę trudno przejechać obojętnie. Tym bardziej gdy światło i pogoda sprzyjają fotografowaniu.

I właśnie takie nieplanowane postoje lubię najbardziej. Człowiek jedzie po prostu wykonać kolejne zamówienie, a nagle trafia na coś, co sprawia, że trzeba się zatrzymać.

Idealne zamówienie na powrót

Po sesji zdjęciowej ruszyłam dalej. Pyszne dało mi Solleim z CH Ferio Gaj8,5 km za 24 zł, z dostawą w moje rejony.

Idealnie. Zamówienie na powrót.

Tyle tylko, że sama jazda trwała chyba wieczność. Stanie na światłach ciągnęło się niemiłosiernie.

W końcu dojeżdżam na miejsce, a pracownicy mówią:

„O, a właśnie do nas dzwonili w sprawie tego zamówienia…”

Okazało się, że wcześniej był już inny kurier, ale nie odebrał zamówienia i po prostu wyszedł. Na szczęście przekazali je mnie.

Skoro już tam byłam, szybko skoczyłam jeszcze do toalety i ruszyłam do klienta.

Klient musiał się trochę naczekać, ale zrobiłam wszystko, co mogłam.

Kolejne kilometry po Wrocławiu

Później Pyszne znowu wysłało mnie na Gaj – 4,5 km za 15 zł.

Następnie dostałam zamówienie z budki koreańskiej – 3 km za 12 zł, z dostawą na Jagodno. W tej budce byłam tego dnia już kilka razy.

Potem kuchnia azjatycka – 3,3 km za 12 zł. I tutaj znowu daleki dojazd.

Zresztą zapachy w restauracjach to osobna historia. Rany, jak człowiek jest głodny, to wszystko pachnie jeszcze intensywniej! 😂 Człowiek wchodzi odebrać jedzenie i nagle zaczyna się zastanawiać, czy aby na pewno dobrym pomysłem było wychodzenie z domu bez obiadu.

Później Pyszne dało mi obiad z baru – 4 km za 14 zł. Po drodze miałam przeprawę przez park. Czułam się tam trochę jak w labiryncie:

skręć w lewo, skręć w prawo, teraz w lewo, potem w prawo…

I tak w kółko.

Wreszcie odezwał się Wolt

Następnie Uber dał mi schabowego – 7 km za 16 zł. Znowu daleko.

I wtedy w końcu odezwał się Wolt.

Tylko jedno zamówienie z tej aplikacji tego dnia, ale za to z nowego miejsca – cukierni. 4,2 km za 15 zł.

Na miejscu musiałam trochę poczekać, a dostawa była aż na Oporów.

Później Wolt chciał wysłać mnie jeszcze na Grabiszyn, ale tym razem podziękowałam. Nie chciałam już tam jechać.

Przy okazji miałam możliwość odebrania płatności za pomocą jakiejś nowej funkcji Tap to Pay. Ciekawe rozwiązanie, ale ostatecznie zamówienia nie wzięłam.

McDonald’s, Żwirek i ostatnie zamówienia

Wzięłam za to Ubera – 5 km za 11 zł, z McDonald’s.

Potem Uber dał mi Biedronkę – 3,3 km za 10 zł. Tym razem zamiast jedzenia w plecaku wiozłam coś zupełnie innego.

Żwirek dla kota, 4 litry! 😂

Było już późno i coraz bardziej chciałam kończyć. Liczyłam tylko na to, że dostanę coś w swoje rejony.

I wtedy Uber dał mi podwójne zamówienie – 9 km za 24 zł. Jedno z budki koreańskiej na Gaju, drugie z Mango Mama, a dostawa na Klecinę.

Całkiem fajne zamówienie na zakończenie dnia.

Ruszyłam szybko. Robiło się coraz ciemniej i chłodniej, ale jednocześnie drogi zaczynały pustoszeć. I właśnie wtedy jeździło mi się najlepiej. Mniej samochodów, mniej zamieszania, spokojniejsza jazda.

Deszcz na sam koniec

Ostatnie zamówienie właśnie wiozłam, kiedy zaczęło delikatnie kropić.

Na szczęście tylko kropić.

Bez ulewy, bez przemoknięcia i bez kolejnej niespodzianki.

Potem już prosto do domu.

Wracałam naprawdę zadowolona – zarówno z wyniku, jak i z całego dnia. Było trochę czekania, sporo kilometrów, mnóstwo dalekich zamówień, kilka zabawnych sytuacji, moja spektakularna przygoda z windą, pomylenie drzwi sąsiada…

No i przede wszystkim piękny Kościół św. Karola Boromeusza, który zdecydowanie był dzisiejszą gwiazdą dnia. ❤️

Podobne wpisy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *