Psychiczny rollercoaster – naprawa roweru i dzień pełen frustracji

🌇 Wrocław
🚲 E-bike
6 godzin
💵 121,92 zł (0 zł napiwków)
💰 20 zł na godzinę
🛒 12 dostaw / 68 km
🍔 Uber / Wolt / Bolt

Dzisiejszy dzień to był prawdziwy psychiczny rollercoaster. Wróciłam do domu zdołowana, smutna i poirytowana. Tragiczny zarobek, ciągłe czekanie w restauracjach i problemy z rowerem skutecznie odebrały mi dobry humor.

Ale zacznijmy od początku.

Pogoda była dziś zdecydowanie lepsza niż w ostatnich dniach. Około 22°C, chwilami nawet przyjemnie ciepło, jednak mocny wiatr nie odpuszczał i kilka razy dosłownie rzucał mną na boki. Na szczęście przynajmniej nie padało.

Pierwsze zamówienie wpadło z Uber Eats – hamburgery, 1,7 km za 6 zł, z dostawą do kliniki kosmetycznej. Chwilę później Wolt wysłał mnie na Jagodno – 4,2 km za 13,50 zł. Po powrocie w swoje rejony postanowiłam zrobić coś, co od kilku dni chodziło mi po głowie – pojechać do innego serwisu rowerowego.

Już wcześniej sama sprawdziłam specjalnym miernikiem, że mój łańcuch jest rozciągnięty. Coraz bardziej martwiły mnie również hamulce, bo od jakiegoś czasu hamowały fatalnie. Żeby się zatrzymać, potrzebowałam nawet kilku metrów, co przy pracy kuriera jest zwyczajnie niebezpieczne.

Najbardziej irytujące było jednak to, że w poprzednim serwisie usłyszałam, że łańcuch jest jeszcze dobry, a klocki hamulcowe spokojnie wystarczą na jakiś czas.

Jak się okazało…

Nie wystarczyły.

Mechanik spojrzał na rower i od razu powiedział, że przyjechałam dosłownie w ostatniej chwili. Klocki hamulcowe były całkowicie zużyte – nie było już praktycznie okładzin. Gdybym pojeździła jeszcze trochę, zaczęłabym niszczyć tarczę hamulcową, a wtedy koszty byłyby znacznie większe. Łańcuch również kwalifikował się do natychmiastowej wymiany.

Całą naprawę wykonali od ręki. Bardzo profesjonalne podejście, wszystko dokładnie mi wyjaśnili, a przy okazji miło się rozmawiało. Pracownik, który wymieniał części, sam kiedyś jeździł jako kurier, więc szybko znaleźliśmy wspólny temat. Nawet pośmialiśmy się z kurierów, którzy przy 30-stopniowym upale jeżdżą w zimowych kurtkach. 😄

Za wymianę klocków i łańcucha zapłaciłam 300 zł.

Wyjechałam z serwisu zadowolona. Hamulce w końcu działały tak, jak powinny – wystarczyło lekko nacisnąć klamkę i rower zatrzymywał się od razu. Wtedy tylko utwierdziłam się w przekonaniu, że miałam rację. Nie wyobrażam sobie, jak poprzedni serwis mógł uznać, że takie hamulce są jeszcze dobre. Jazda z tak długą drogą hamowania była zwyczajnie niebezpieczna, dlatego od kilku dni jeździłam znacznie wolniej i ostrożniej.

Niestety moja radość trwała bardzo krótko.

Po kilku minutach jazdy usłyszałam dziwne brzęczenie. Brzmiało to tak, jakby coś było poluzowane – może jakaś śrubka, może łańcuch. Podczas jazdy trudno było zlokalizować źródło hałasu. Zatrzymałam się, sprawdziłam cały rower, ale nic nie znalazłam.

Wróciłam więc do serwisu. Tego dnia byłam tam… aż trzy razy.

Mechanik stwierdził, że prawdopodobnie winny jest nowy łańcuch, który współpracuje już z dość zużytym napędem. Stare zębatki są wyrobione i dlatego wszystko zaczęło hałasować. Zamówiłam więc kolejne części i niedługo czeka mnie następna wizyta. Oczywiście kolejne kilkaset złotych z portfela zniknie.

Mam tylko nadzieję, że to faktycznie przyczyna problemu. Bo jeśli nie… zostanę z hałasującym rowerem, który przez resztę dnia doprowadzał mnie do szału.

A przecież jeszcze rano cieszyłam się, że rower w końcu pracuje cicho…

Przez całe te przerwy związane z rowerem, straciłam ponad godzinę, a później było już tylko gorzej.

Wpadł ramen z Wolta – 1,5 km za 7 zł. Następnie kilka bardzo dalekich kursów z Ubera, które prowadziły praktycznie na wieś. Odrzucałam je bez zastanowienia. Potem kebab z Wolta – 3 km za 10,50 zł.

Największą stratą czasu okazała się jednak Biedronka na Uberze. Kurs za 12 zł na 3 km wyglądał całkiem dobrze. Dojeżdżam, słyszę, że zamówienie „już się robi”. Czekam… pięć minut… dziesięć… piętnaście… dwadzieścia…

Mija pół godziny.

Żeby nie zwariować z nudów, zaczęłam robić zdjęcia nieba – przynajmniej będę miała coś na bloga. 😄

Po trzydziestu minutach w końcu dostałam zakupy. Mój poziom irytacji zaczął wtedy naprawdę niebezpiecznie rosnąć.

Później Wolt wysłał mnie po pizzę – 2 km za 8 zł. Uber próbował z kolei wysłać mnie aż 17 km do Kuklic. Sam powrót byłby praktycznie na pusto, więc podziękowałam.

Kolejny kurs – kebab z Ubera, 4,6 km za 13,50 zł na Gaj. Oczywiście tam prawie zawsze trzeba czekać. Następnie Bolt – pizza 4,5 km za 12 zł. Klient poprosił, żebym zostawiła pizzę na butach w przedpokoju, bo właśnie wyszedł z domu i wrócił dosłownie jak zaczynałam odjeżdżać.

Potem McDonald’s – znowu czekanie. Następnie kolejny kebab z Ubera.

Siadam i spokojnie klikam w aplikacji opcję „zamówienie niegotowe”, bo jedzenia jeszcze nie było. Po około 10 minutach woła mnie Turek i zaczyna mnie opierniczać łamaną polszczyzną, że nie powinnam tego klikać tak szybko, że trzeba czekać pięć minut.

Szczerze mówiąc, nie wiem, o co dokładnie mu chodziło. W aplikacji Ubera nigdzie nie ma informacji, po ilu minutach można zaznaczyć, że zamówienie nie jest gotowe. A po całym tym dniu naprawdę nie miałam już siły na kolejną niepotrzebną sprzeczkę.

Później jeszcze pomyliłam domofony u klienta i przez chwilę nie mogłam wejść na posesję. Okazało się, że naciskałam nie ten przycisk.

Po takim dniu nawet drobiazgi potrafią wyprowadzić człowieka z równowagi.

Na chwilę zatrzymałam się w parku, sprawdzałam telefon i wtedy naprzeciwko mnie przejeżdżało dwóch chłopaków, może 13-14-letnich. Coś wykrzykiwali do przechodniów, przedrzeźniali ludzi. Nagle jeden z nich rozpędził się na jednym kole prosto w moją stronę.

Odruchowo krzyknęłam:
– Uważaj!

A oni tylko zaczęli się śmiać i mnie przedrzeźniać.

Kolejna drobna rzecz, ale tego dnia naprawdę miałam już dość.

Na koniec trafiło się jeszcze KFC na Bielanach – 5 km za 12 zł. Myślałam, że będzie szybko.

Nic z tego.

W restauracji panował totalny chaos. Jedna osoba próbowała ogarnąć wszystkie zamówienia, klienci czekali, kurierzy czekali i nikt nie potrafił powiedzieć, ile to jeszcze potrwa.

Obok mnie stał starszy kurier rozwożący zamówienia samochodem. Był równie poirytowany jak ja. Po kilku minutach spojrzeliśmy na siebie i stwierdziliśmy zgodnie:

– Szkoda czasu.

Oboje anulowaliśmy zamówienia i odjechaliśmy. Nie zamierzałam czekać kolejnych kilkunastu czy kilkudziesięciu minut za 12 zł. Straciłam przez to pół godziny.

Na szczęście ostatni kurs okazał się idealny – hamburgery z Wolta za 10 zł, praktycznie w stronę mojego domu.

Łącznie pracowałam dziś aż 7 godzin, z czego około godziny spędziłam w serwisie rowerowym.

Efekt?

120 zł zarobku.

Szczerze mówiąc, nie wiem, ile dni będę odrabiała dzisiejszą naprawę roweru. Sam serwis kosztował 300 zł, a przede mną jeszcze wymiana kolejnych elementów napędu.

Dzisiejszy dzień pokazał też coś jeszcze. Brak zamówień potrafi irytować, ale jeszcze gorsze jest ciągłe czekanie w restauracjach. Człowiek stoi, patrzy na zegarek i ma świadomość, że w tym czasie mógłby zrobić dwa albo trzy inne kursy.

Mimo wszystko staram się patrzeć na to z trochę lepszej strony. Najważniejsze jest to, by rower był w pełni sprawny. Gdy wszystko działa cicho i płynnie, jazda sprawia ogromną przyjemność. A słabsze dni? One po prostu się zdarzają. Oby kolejne dni były lepsze.

Podobne wpisy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *