Rekordowa dniówka na rowerze – 360 zł, 103 km i 22 dostawy! Dobra passa trwa

🌇 Wrocław
🚲 E-bike
⌚ 8 godzin
💵 366,1 zł (33,81 zł napiwków)
💰 45 zł na godzinę
🛒 22 dostawy / 103 km
🍔 Uber / Pyszne
Trzeci dzień z rzędu – i kolejny rekord!
Dobra passa trwa! Dzisiejszy dzień to był totalny sztos i mój nowy rekord na delivery! Zarobiłam aż 360 zł, godzinówka wyszła 45 zł/h, a do tego przejechałam 103 km w ciągu 8 godzin. Łącznie zrobiłam aż 22 dostawy!
Jestem naprawdę dumna z siebie i z dzisiejszego wyniku. Tym bardziej że to już trzeci dzień z rzędu z bardzo dobrym zarobkiem. Szczerze mówiąc, rano nie spodziewałam się, że uda mi się ponownie zrobić taką dniówkę. Wydawało mi się nawet, że dzisiaj szło gorzej niż wczoraj, a zamówienia nie były aż tak dobre.
A jednak wyszło… jeszcze lepiej! 😂
Chyba po prostu cały czas trzyma mnie adrenalina.
Pogoda idealna na rower
Do tego trafiła się naprawdę cudowna pogoda. W dzień, kiedy świeciło słońce, momentami było wręcz gorąco. Wieczorem natomiast zrobiło się niezwykle przyjemnie. Powietrze pachniało takim letnio-jesiennym klimatem, który uwielbiam.
Jechałam sobie przez miasto, patrzyłam na wszystko dookoła i aż rozpływałam się w tej błogiej atmosferze. Było po prostu cudnie!
Tylko że… po tych kilku intensywnych dniach jestem już naprawdę zmęczona. Organizm chyba zaczyna się domagać odpoczynku.
Czy jutro faktycznie odpocznę?
Tego jeszcze nie wiem. 😂
Bo znam siebie i równie dobrze mogę wieczorem napisać: „Jutro robię wolne”, a następnego dnia już siedzieć na rowerze. Ze mną wszystko możliwe!
Dzisiaj wróciłam późno, już po zmroku. Zanim skończę pisać tę relację, pewnie będzie trzeba po prostu iść spać. Ale zanim zasnę, opowiem wszystko od początku.
Cały dzień na Uberze… prawie
Dzisiaj jeździłam praktycznie cały czas na Uberze. Tylko raz wzięłam zamówienie z Pyszne, więc nie będę za każdym razem pisać, na jakiej aplikacji jechałam – domyślnie był to Uber. O Pyszne wspomnę tylko wtedy, gdy pojawi się jakieś zamówienie z tej aplikacji.
Pierwszy kurs dostałam z McDonald’s na moje rejony. 4,5 km za 16 zł, więc całkiem fajny początek dnia.
Na miejscu pani wyszła po odbiór, więc nie musiałam nawet wchodzić do bloku. Szybka dostawa i można było jechać dalej.
Chwilę później dostałam kuchnię wietnamską – 5 km za 14 zł. Torby z jedzeniem były naprawdę ciężkie, a dostawa wypadła na ulicę Ślężną.
Następnie wpadł Pasibus, a Uber dobrał do niego El Gordito. Łącznie wyszło 5,5 km za 30 zł, już z 5 zł napiwku. Całość zrobiłam w pół godziny, więc bardzo przyzwoicie.
Uber zasypywał zamówieniami
Uber dzisiaj naprawdę nie dawał mi odpocząć. Zamówień było mnóstwo i musiałam sporo z nich odrzucać, wybierając te, które najbardziej mi się opłacały albo pasowały kierunkowo.
W pewnym momencie znalazłam się na Tarnogaju i szczerze mówiąc, chciałam się stamtąd ulotnić na swoje rejony.
I wtedy Uber dał mi idealny kurs.
Woo Thai na Hubskiej, a dostawa w kierunku moich rejonów. 8 km za 25 zł.
Biorę!
Po jakimś czasie musiałam jednak wyłączyć Ubera, bo ciągłe odrzucanie zamówień zaczęło mnie już męczyć. Potrzebowałam chwili oddechu.
I właśnie wtedy wzięłam moje jedyne dzisiaj zamówienie z Pyszne.
Odbiór z greckiej restauracji, 4 km za 14 zł, a dostawa do kliniki. Na miejscu czekały mnie jeszcze wysokie schody. Zresztą dzisiaj po schodach naprawdę się nachodziłam – nogi już zaczynały to odczuwać.
Kolejne dobre kursy i szybkie tempo
Potem Uber znowu ruszył pełną parą.
Dostałam Solleim na Gaju z dostawą na moje rejony, a do tego dobrał El Gordito. Łącznie 10 km za 40 zł, wykonane w 40 minut.
Znowu trochę przebierałam w zamówieniach i w końcu trafiła się grecka restauracja przy dobrze znanej mi ulicy na Partynicach. Uber dobrał jeszcze kebaba. Łącznie 7 km za 23 zł, a całość zrobiłam w pół godziny.
Później KFC z CH Borek x2 – 8 km za 28 zł.
I właśnie wtedy zaczęłam już konkretnie odczuwać głód.
Obiad w… kilku podejściach
Nie miałam czasu na normalny posiłek, więc ratował mnie mus owocowy.
Jadłam go dosłownie w biegu. Wyciągałam z plecaka, podjadałam trochę i znowu chowałam na później. Potem kolejna okazja – stałam przed torami, czekając aż przejedzie pociąg, więc znowu kilka łyków. Albo szłam do bloku klienta – kolejna okazja na szybkie podjedzenie. Kiedy tylko pojawiała się choćby chwila przerwy, jadłam po trochu.
10 kilometrów przez miasto i… ciacho bez koszulki 😂
Następnie dostałam McDonald’s z CH Borek – 5,5 km za 16 zł.
Potem Pasibus z Bielan. Aż 10 km za 24 zł.
Sam kurs nie był szczególnie opłacalny, bo zajęło mi to około 40 minut, ale wzięłam go ze względu na kierunek – prowadził na moje rejony.
Jechałam przez długą ścieżkę rowerową i wręcz pędziłam. Po drodze musiałam też przeciskać się przez remontowaną drogę, na której było mnóstwo betoniarek i samochodów budowlanych.
W pewnym momencie przechodząca obok pani zauważyła, że próbuję się tamtędy przecisnąć, i powiedziała mi, żebym pojechała przez osiedle, bo obok betoniarki zwyczajnie się nie zmieszczę.
Posłuchałam jej i faktycznie – tak było dużo łatwiej.
Dojechałam w końcu pod blok klienta i wtedy wydarzyła się jedna z zabawniejszych sytuacji tego dnia.
Patrzę, a tam… ciacho. 😂
Facet bez koszulki, umięśniony, dobrze zbudowany, przystojny, do tego robotnik ze słuchawkami na uszach.
Ja oczywiście:
„Nie patrzę. Robię swoje. Jestem profesjonalnym kurierem.” 😂
Facet zdjął słuchawki i jeszcze pomógł mi trafić na właściwe piętro.
Potem otwieramy windę. Od lewej do prawej – otworzyła mi się prawa, ale lewa była szybciej dostępna, więc Pan zaprasza do lewej.
I co robię?
Wchodzę… do prawej. 😂
No przecież kobieta w takiej sytuacji może się trochę zmieszać! Pan miły, pomocny, jeszcze bez koszulki, więc nic dziwnego, że na chwilę zgłupiałam. 😂
Wieczorem tempo nadal nie zwalniało
Potem wpadł kebab x2 – 10 km za 34 zł, zrobione w 45 minut.
Następnie El Gordito x3 na Jagodno – 10 km za 56 zł, w tym aż 12 zł napiwku. Całość zajęła mi 50 minut i to było naprawdę fajnie opłacalne zamówienie.
Powoli zaczynało się robić późno.
Byłam na Jagodnie, kiedy dostałam Dragon Box na Żernikach Wrocławskich. 8 km za 18 zł.
Tutaj już zrobiło się chłodno, więc założyłam lekką kurtkę wiatrówkę.
Pędziłam jak szalona, a bateria w rowerze zaczynała już mocno się kurczyć. Na szczęście dostawa wypadła idealnie blisko mojego domu.
Pomyślałam:
„To już na pewno ostatnie zamówienie. Wracam.”
No i… oczywiście nie było ostatnie. 😂
„Skoro i tak jadę po drodze…”
Było już ciemno, miałam wracać do domu, ale wtedy dostałam świetną propozycję na Uberze.
Biedronka obok, a dostawa praktycznie koło mojego domu.
Pomyślałam: skoro i tak jadę w tę stronę, to czemu nie?
Wzięłam.
Uber dobrał jeszcze kolejne zamówienie – kuchnię indyjską, również z dostawą w okolicy mojego domu.
Łącznie 4 km za 28 zł, wykonane w zaledwie 20 minut.
Zakupy z Biedronki były ciężkie, ale na szczęście nie musiałam ich wieźć daleko.
I tym razem naprawdę był już koniec.
22 dostawy i ponad 400 zł brutto!
W międzyczasie dostałam jeszcze 10 zł napiwku od jednej z klientek, ale przy takiej liczbie zamówień naprawdę trudno mi już przypomnieć sobie, od której dokładnie.
W sumie zrobiłam dzisiaj 22 dostawy.
I najważniejsze – przebiłam magiczne „4 z przodu”!
Łącznie wyszło ponad 400 zł brutto, a po odliczeniach zostało mi 360 zł netto.
Dla mnie to jest po prostu kosmos!
Pamiętam początki mojej pracy na delivery. Wtedy potrafiłam przez cały miesiąc nie zarobić tyle, ile dzisiaj robię w jeden dzień.
A teraz?
360 zł w ciągu jednej dniówki.
Coś pięknego. ❤️
Widać, że mój skill w delivery wskoczył na kolejny poziom. Z czasem człowiek coraz lepiej poznaje miasto, wie, których rejonów unikać, potrafi wybierać lepsze zamówienia, szybciej oceniać, czy kurs ma sens i przede wszystkim – zaczyna coraz lepiej wykorzystywać to, co daje aplikacja.
Do domu wróciłam zmęczona i głodna
103 kilometry, 8 godzin na rowerze, 22 dostawy i cały dzień praktycznie w ciągłym ruchu.
Szybki prysznic i mogłam w końcu odpocząć.
A obiad już czekał na stole. ❤️
Chłopak upiekł pstrąga, do tego zrobił jajko w koszulce i frytki.
Po takim dniu smakowało to naprawdę wyjątkowo dobrze.
Jestem dzisiaj bardzo zadowolona i bardzo dumna z siebie. To był jeden z tych dni, po których człowiek wraca do domu i myśli: „Kurczę, naprawdę dałam radę.”
A teraz już naprawdę koniec zachwytów, bo jak będę dalej pisać o tym, jaka jestem szczęśliwa, to jeszcze się nakręcę i nie zasnę. 😂
Idę odpoczywać.
Bo mi się należy! ❤️🚲



