Rozładowany terminal, brak numeru mieszkania i wiatr jak na morzu

🌇 Wrocław
🚲 E-bike
4 godz. 30 min.
💵 159,29 zł (44 grosze napiwku)
💰 35 zł na godzinę
🛒 12 dostaw / 55 km
🍔 Pyszne / Wolt / Uber

Jeszcze zimniej niż wczoraj

Dziś wiatr dał mi się we znaki jeszcze bardziej niż wczoraj. Było wyraźnie zimniej, a momentami wiało tak mocno, że moja wiatrówka trzepotała na plecach niczym żagiel na środku morza. Czuć było, że lato powoli się kończy, a jesień zaczyna nieśmiało zaglądać do Wrocławia.

Na dziś zaplanowałam jazdę na Pyszne, Uberze i Wolt. Dosłownie chwilę przed wyjściem z domu udało mi się jeszcze zarezerwować bloki na Pyszne. Zrobiłam to praktycznie na styk – zostało tylko kilka minut do rozpoczęcia pracy. Nie było więc czasu na zastanawianie się. Szybko wsiadłam na rower i ruszyłam w stronę miasta.

Blok na Pyszne się rozpoczął, a zamówień… ani widu, ani słychu.

Uber i zamówienia z kosmosu

W międzyczasie odpaliłam Ubera. Wpadło zamówienie z Media Markt4,5 km za 14 zł. Tym razem trafiło mi się coś lekkiego: baterie, więc przynajmniej nie musiałam wozić ciężkiego pakunku.

I to właściwie było jedyne zamówienie z Ubera, które przyjęłam.

Kolejnych propozycji dostawałam mnóstwo, ale większość była kompletnie nieopłacalna. Daleko, za małe pieniądze i z trasami, które potrafią wywrócić cały dzień do góry nogami.

Wiele z takich zamówień prowadziło z południa Wrocławia na północ. Czyli praktycznie przez cały Wrocław. Nawet gdybym je przyjęła, później musiałabym albo wracać kilkanaście kilometrów na pusto, albo zostać gdzieś w centrum i liczyć na kolejne zamówienie. A to oznaczałoby jazdę po nieznanych mi ulicach, stanie na światłach i przedzieranie się przez stare, nierówne, kamienne drogi.

Nie, dziękuję.

Uber zaczął więc bardziej przeszkadzać niż pomagać. Zostałam przy Pyszne i Wolt. Na Bolta nawet nie było sensu liczyć, bo rzadko coś mi daje.

Wreszcie coś na Pyszne

W końcu na Pyszne wpadło zamówienie z Chleboteki – 7,5 km za 20 zł, z dostawą w stronę mojej „wioski”. Trasa była całkiem długa, ale przynajmniej kierunek mi odpowiadał.

Samo odebranie zamówienia to już jednak osobna historia.

Przyszłam pierwsza, a mimo to zostałam obsłużona… ostatnia. Czekałam, stałam, patrzyłam, jak inni klienci pojawiają się po mnie i załatwiają swoje sprawy, podczas gdy moje zamówienie najwyraźniej postanowiło odpocząć.

Później jeszcze kilka razy musiałam odrzucić zamówienia z Pyszne. Ponownie były dalekie i kierowały mnie w stronę centrum albo na północ, czyli zupełnie nie tam, gdzie chciałam jechać.

Pasibus i rozładowany terminal

Następnie wzięłam Pasibusa z CH Ferio Gaj5,6 km za 19 zł.

Tutaj zapowiadało się całkiem dobrze. Do restauracji miałam około 5 km, więc pracownicy mieli naprawdę sporo czasu na przygotowanie jedzenia. Ja natomiast, jak zwykle, pędziłam, żeby dotrzeć jak najszybciej i żeby klient nie musiał długo czekać.

Dojeżdżam, podaję numer zamówienia, a pracownicy patrzą na mnie ze zdziwieniem.

– Nic nam nie wpadło.

Okazało się, że terminal był rozładowany.

Podłączyli go do ładowarki i wtedy usłyszałam:

„Zapomnieliśmy podłączyć terminal do ładowania, rozładował się, dlatego nic nie wpadło”.

No ręce opadają.

Póki terminal się uruchomił, zamówienie zostało znalezione i jedzenie przygotowane, trochę się naczekałam. Na szczęście dostawa była dosłownie pół kilometra dalej, więc przynajmniej po odbiorze szybko znalazłam się u klienta.

Tarnogaj i klient, który zniknął

Potem Pyszne – 3,2 km za 12 zł, z dostawą na Tarnogaj.

Tarnogaj to jedno z tych miejsc, gdzie trzeba uzbroić się w cierpliwość. Szczególnie gdy akurat trafimy za samochód nauki jazdy. A tam „L”-ki potrafią jechać naprawdę spokojnie. Czasami mam wrażenie, że niektóre jadą maksymalnie 5 km/h, a ja razem z nimi przeżywam kolejną lekcję cierpliwości.

Ale tym razem większym problemem okazał się klient.

Nie podał numeru mieszkania.

Piszę. Dzwonię. Cisza.

Numer zajęty. Nie odbiera.

Stoję więc pod blokiem i zastanawiam się, co właściwie mam zrobić. Wracać z obiadem? W plecaku mam przecież jedzenie, w tym zupę. Czekać dalej?

Czekałam.

W końcu oddzwonił i zszedł na dół.

Nareszcie!

Naprawdę apeluję do wszystkich zamawiających jedzenie: jeśli zamawiacie dostawę, podajcie pełne dane, miejcie telefon przy sobie i najlepiej bądźcie gotowi odebrać zamówienie. Kurier nie powinien stać kilka czy kilkanaście minut pod blokiem i zastanawiać się, czy klient w ogóle istnieje.

Pizza Hut i zagadkowa numeracja bloków

Następne zamówienie z Pyszne było z Pizza Hut – 3,5 km za 14 zł.

Wjechałam na osiedle i zaczęła się kolejna zabawa w poszukiwanie właściwego adresu. Bloki miały dziwnie ponumerowane budynki – duży numer, obok mały numer, a oczywiście to ten mały okazywał się właściwym.

Krążyłam więc chwilę, zanim udało mi się znaleźć odpowiedni blok.

Nowe budownictwo, a w środku jeszcze remonty mieszkań.

Uber zaczyna działać mi na nerwy

W międzyczasie Uber ponownie zasypał mnie zamówieniami.

Tyle że znowu były to głównie propozycje z kategorii „bardzo daleko i za bardzo mało”.

Żałowałam, że w ogóle go odpaliłam, bo przez odrzucanie kolejnych zamówień bardzo spadł mi wskaźnik akceptacji. Z jednej strony człowiek chce mieć aplikację włączoną i coś zarobić, a z drugiej – przyjmowanie wszystkiego, co aplikacja proponuje, zwyczajnie nie ma sensu.

Na szczęście z pomocą przyszedł Wolt.

Wolt ratuje sytuację

Wpadło zamówienie z baru – roladki i rosołek, 5,8 km za 22 zł. Co najważniejsze, dostawa prowadziła idealnie w moim rejonie.

Takie zamówienia lubię. Nawet jeśli kilometrów jest trochę więcej, wiem, że po dostawie nie zostanę gdzieś na drugim końcu miasta i nie będę musiała kombinować, jak wrócić w miejsce, w którym chcę pracować.

Potem kolejny Wolt – krótki kurs, 1 km za 8 zł, dodatkowo gotówkowy + 44 grosze napiwku.

Później kolejny Wolt – 4 km za 12 zł, tym razem ramen.

I wtedy trafiło się zamówienie z tej samej pizzerii, z której dzień wcześniej woziłam pizzę z sosami, które wylały mi się w plecaku.

Rozmowa o sosach, która nie poszła tak, jak planowałam

Tym razem przyjęłam zamówienie trochę specjalnie. Chciałam przy okazji powiedzieć pracownikom, co wydarzyło się dzień wcześniej.

Zajeżdżam więc i mówię, że sosy się wylały i że może warto wkładać je do jakiejś foliowej torebki, żeby nie latały luzem w opakowaniu.

Spodziewałam się chyba, że usłyszę coś w stylu „ojej, przepraszamy, faktycznie musimy coś z tym zrobić”.

A tymczasem usłyszałam, że mogę poprosić o takie torebki i przypominać o nich przy odbiorze.

Po czym pracownik wskazał ręką na całe opakowanie foliowych torebek wiszących na ścianie.

No dobrze.

Czyli wychodzi na to, że kurier powinien pamiętać o wszystkim: o zamówieniu, adresie, czasie, trasie, telefonie do klienta, a teraz jeszcze o tym, żeby restauracja odpowiednio zabezpieczyła sosy.

Woziłam już naprawdę mnóstwo pizz z sosami z różnych restauracji i nigdy wcześniej nie miałam takiego problemu. Sosy nie powinny się wylewać podczas normalnej jazdy. Być może tutaj problemem są po prostu słabsze opakowania, które łatwo się otwierają.

Tym razem na szczęście pizze były bez sosów, więc nie miałam możliwości przeprowadzenia kolejnego testu.

Końcówka dnia – pierogi, kuchnia azjatycka i coraz zimniej

Później jeszcze Pyszne – 4,3 km za 14 zł, tym razem kuchnia koreańsko-japońska.

Następnie pierogi – 2,2 km za 10 zł. Tutaj oczywiście trzeba było chwilę poczekać, aż pierogi się ugotują.

Potem Wolt i kuchnia wietnamska – 1,3 km za 7 zł.

I ponownie seria zamówień z Ubera, które musiałam odrzucać.

Tymczasem robiło się coraz zimniej. Byłam już głodna, trochę zmarzłam i coraz bardziej chciało mi się do łazienki. Bloki na Pyszne powoli dobiegały końca, a Uber i Wolt nie dawały już niczego, co miałoby dla mnie większy sens.

Postałam jeszcze chwilę i poczekałam do końca bloku na Pyszne.

A potem po prostu wróciłam do domu.

Mogło być lepiej, ale mogło być też dużo gorzej

Mogłabym oczywiście jeździć dłużej. Tylko po co się męczyć?

Pogoda zdecydowanie nie zachęcała do dalszej jazdy. Zimny, mocny wiatr sprawiał, że jazda była dużo mniej przyjemna niż jeszcze kilka dni temu. Coraz wyraźniej czuć, że nadchodzi jesień.

Dziś nie było dużej liczby zamówień. Nie było też ciągłości, a między jednym sensownym kursem a drugim trzeba było sporo czekać i odrzucać mnóstwo nieopłacalnych propozycji.

A mimo wszystko jestem zadowolona.

Bo choć dzień był daleki od ideału, bywało zdecydowanie gorzej. Udało się zrobić kilka sensownych kursów, Wolt kilka razy uratował sytuację, Pyszne również coś dorzuciło, a ja wróciłam do domu bez większych przygód.

Tylko ten wiatr…

Chyba naprawdę czas powoli wyciągać z szafy cieplejsze ubrania. Jesień zbliża się wielkimi krokami.

Podobne wpisy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *