Szalona jazda, mnóstwo zamówień i taniec w windzie

🌇 Wrocław
🚲 E-bike
⌚ 6 godzin
💵 210,64 zł (15,54 zł napiwków)
💰 35 zł na godzinę
🛒 18 dostaw / 77 km
🍔 Uber / Wolt
Dziś wszystko jakoś szło
Cudownie się dziś jeździło. To był jeden z tych dni, kiedy człowiek od rana ma dobry humor, uśmiecha się sam do siebie, żartuje z klientami i nawet kiedy coś nie idzie idealnie, nie potrafi się tym długo przejmować.
Zamówień było tyle, że momentami ledwo się wyrabiałam. Uber wręcz zasypywał mnie kolejnymi kursami i w pewnym momencie woziłam jednocześnie trzy różne dostawy. Było sporo czekania w restauracjach, silny wiatr, a pogoda w ciągu dnia zrobiła nagły zwrot z typowo letniej na niemal jesienną. Na szczęście pod koniec znowu wyszło słońce.
Wolt odezwał się tylko raz. Reszta dnia należała zdecydowanie do Ubera.
Wolt zaczął od McDonald’s i… czekania
Pierwszy odezwał się Wolt razem z McDonald’s. Kurs miał zaledwie 2 km i był wart 8,50 zł. Niby nic wielkiego, ale już przy pierwszym zamówieniu zaczęło się czekanie.
W McDonald’s był ogromny tłok i pracownicy mieli pełne ręce roboty. Trochę zeszło, zanim dostałam swoje zamówienie, ale nawet to nie popsuło mi humoru.
A potem Uber postanowił chyba wynagrodzić mi to czekanie z nawiązką.
Uber oszalał – dalekie kursy i trzy dostawy naraz
Uber zaczął wrzucać jedno zamówienie za drugim. Problem polegał na tym, że część z nich była kompletnie nieopłacalna. Dostawa potrafiła prowadzić na drugi koniec miasta albo nawet na dalekie wsie.
Pojawiały się między innymi kursy po 18 km za 36 zł. Niby 36 zł brzmi nieźle, ale jeżeli po dostawie trzeba jeszcze wrócić kolejne kilometry bez zamówienia, robi się z tego bardzo słaba stawka. Takie kursy oczywiście odrzucałam.
W końcu wzięłam kebaba, a Uber dobrał mi do niego Pizza Hut na Bielanach, a później jeszcze Burger Kinga. I tak oto miałam trzy dostawy w jednym kursie.
Burger King, kierowcy z drive’em i stygnące zamówienia
W Burger Kingu czekałam naprawdę długo. Najpierw pracownicy ogarniali kierowców z drive’a, a moje zamówienie zostało gdzieś na końcu kolejki. Jeden pracownik musiał praktycznie wszystko sam ogarniać.
W tym czasie inne zamówienia oczywiście spokojnie stygły w moim plecaku. A ja tylko zerkałam na zegarek i zastanawiałam się, ile jeszcze to potrwa.
W końcu ruszyłam z dostawami.
Przy jednej z nich klient powiedział:
– Ale ładny!
Ja na to:
– Słucham?
– Ładny rower!
– Aaa, no fajny jest! 😀
Później odebrałam gotówkę od bardzo miłej klientki. Nie chciała reszty, więc wpadło mi prawie 7 zł napiwku. Łącznie za te trzy dostawy wyszło około 10 km i 29 zł.
Rameny, Pasibus i stres, żeby nic się nie wylało
Ledwo skończyłam te dostawy, a już wpadł kolejny Uber. Tym razem Pasibus, do którego dobrały się dwa rameny.
I wtedy w mojej głowie pojawiło się najważniejsze pytanie:
Jak ja mam to wszystko poukładać, żeby nic się nie wylało?
Przy trzech zamówieniach wystarczy naprawdę jedna kropla i można załatwić wszystkie trzy dostawy naraz.
Najpierw zawiozłam jeden ramen. Uff – nic się nie wylało. Jedynie opakowanie było już lekko wilgotne od pary.
Potem zawiozłam Pasibusa. Szkoda mi było klientki, bo długo czekała, a przez opóźnienie jej mina nie wyglądała najlepiej. Wytłumaczyłam jej jednak, że dostałam jednocześnie trzy zamówienia i musiałam je po kolei dostarczyć.
Został mi drugi ramen.
Byłam już blisko biura, kiedy nagle przed przejazdem kolejowym zaczęły migać światła. Musiałam poczekać, aż przejedzie pociąg.
Po chwili klient wyszedł z biura po swoje jedzenie. Byłam nawet zdziwiona, że ktoś pracuje w niedzielę. Dostarczyłam ramen i ruszyłam dalej.
Prawie zapomniałam o McDonald’s
Po dostarczeniu ramenu odpaliłam kilka aplikacji i zaczęłam czekać na kolejne zamówienie.
Dopiero po chwili przypomniałam sobie:
„Moment… przecież miałam jeszcze McDonald’s z Ubera!”
Szybko wyłączyłam pozostałe aplikacje i ruszyłam do Maka. Na szczęście stawka była całkiem przyjemna – 15 zł za 3 km.
I tutaj zaczęła się kolejna mała przygoda.
Genialna architektura i dwa wejścia do tego samego bloku
Klient wysłał mi kilka zdjęć i dokładne wskazówki, jak dojechać. Wszystko wyglądało super.
Tylko zapomniał o jednej, bardzo ważnej informacji.
Którym wejściem mam wejść?
Bo to osiedle jest tak genialnie zaprojektowane, że ten sam numer bloku ma dwa oddzielne wejścia. A najlepsze jest to, że po prawej stronie są wszystkie numery oprócz… 23.
Weszłam więc wysoko po długich schodach. Szukam numeru 23 – nie ma.
Schodzę.
Już kiedyś miałam podobną sytuację, więc zaczęło się we mnie gotować.
Wchodzę przez drzwi po lewej i znowu maszeruję po schodach na górę.
Takie sytuacje potrafią człowieka naprawdę wyprowadzić z równowagi. I co najśmieszniejsze – nawet nie jest to wina klienta. To po prostu efekt genialnych pomysłów architektów, którzy najwyraźniej uznali, że kurier powinien przy okazji dostawy rozwiązywać zagadki logiczne 😀
Uber znowu zasypał mnie zamówieniami
Później wpadł kolejny ramen. Tym razem bez czekania – 4,7 km za 11 zł, z dostawą na Oporów.
W międzyczasie Uber cały czas próbował mnie czymś obdarować. Zamówień było tak dużo, że w pewnym momencie musiałam nawet wyłączyć ich przyjmowanie.
Pojawił się między innymi kurs aż 23 km do Żórawiny za 60 zł. Podziękowałam. Taki kurs oznaczałby mnóstwo kilometrów i powrót z pustym plecakiem, więc kompletnie mi się nie kalkulował.
Zamiast tego przyjęłam dwa Burger Kingi z Bielan, do których Uber dobrał jeszcze Pasibusa. Całość wyszła 44 zł za 14 km.
Tym razem w Burger Kingu było zdecydowanie więcej pracowników i poszło znacznie sprawniej.
Niedziela, pustsze ulice i szalona jazda
Po ulicach pędziłam jak szalona.
Ruch był dużo mniejszy, bo niedziela, więc wszystko szło naprawdę płynnie. Dawno tak fajnie mi się nie jeździło.
Nawet kiedy pojawiały się kolejne zamówienia i kolejne kilometry, miałam cały czas świetny humor.
Potem wpadł kebab, do którego Uber dobrał Meatologię. Łącznie 8 km za 20 zł.
W Meatologii trochę się naczekałam, ale przynajmniej wykorzystałam ten czas na wizytę w toalecie, bo pęcherz już zdecydowanie dawał znać, że najwyższa pora.
Tańce w windzie i rozmowa z klientką
Jedna z moich ulubionych sytuacji wydarzyła się przy kolejnej dostawie.
Jechałam windą do klientki, a w środku leciała fajna muzyczka. No i oczywiście nie mogłam się powstrzymać – zaczęłam sobie tańczyć 😀
Otwiera klientka, a ja mówię:
– Ale fajna muzyczka w windzie, aż tańczyłam!
A ona na to ze śmiechem:
– Mój mąż też zawsze tańczy w windzie przy tej muzyczce! Ona się czasem zmienia.
I oczywiście obie zaczęłyśmy się śmiać.
Właśnie takie drobne sytuacje sprawiają, że lubię tę pracę. Człowiek jedzie sobie z jedzeniem, a po drodze może trafić na zupełnie przypadkową, zabawną rozmowę.
KFC i… mały spryt w pracy kuriera
Później dostałam KFC z CH Borek.
Wchodzę, patrzę… a tam długa kolejka kurierów.
Zaczęłam się rozglądać, czy moje zamówienie już jest. Nie było. Ustawiłam się więc za innymi i czekam.
I czekam.
I czekam…
W międzyczasie wpadło mi drugie zamówienie z KFC. Trochę ryzykowne, bo przecież mogło oznaczać podwójne czekanie.
Ale tym razem to właśnie mnie uratowało.
Podeszłam i zapytałam o zamówienia. Okazało się, że jedno już było gotowe, a chwilę później przygotowali drugie.
I wtedy zrobiło się ciekawie 😀
Wśród kurierów pojawiło się niemałe oburzenie.
Jeden zapytał:
– To tak bez kolejki wydajecie?!
Anulował swoje zamówienie i wyszedł 😀
A ja?
Cyk, myk – weszłam jako ostatnia i wyszłam jako pierwsza.
Kurierzy, którzy byli tam długo przede mną, nadal stali i czekali.
Trzeba być sprytnym w tej robocie! Człowiek z czasem zaczyna się wycwanić 😀
Coraz więcej gotówki w kieszeni
Później wpadła orientalna kuchnia – 3,3 km za 10 zł, gotówkowe.
W ogóle dziś miałam wyjątkowo dużo zamówień za gotówkę. W pewnym momencie miałam jej w kieszeni tyle, ile zarobiłam na samym Uberze.
Banknoty zaczęły mnie już wręcz uwierać 😀
W restauracji usłyszałam, że na zamówienie trzeba będzie poczekać jeszcze 15 minut.
– Dobrze, poczekam.
Postałam chwilę na zewnątrz, ale po około 10 minutach kelnerka wyszła i zawołała mnie, bo zamówienie było już gotowe.
Ostatnie zamówienie dnia to kebab – 5 km za 15 zł, również gotówkowe. I tutaj znowu klientka nie chciała reszty.
Miło zakończyła dzień 🙂
Powrót do domu i spalony hot-dog
W drodze powrotnej Uber jeszcze coś tam próbował mi podrzucać, ale były to już mało atrakcyjne propozycje. Uznałam więc, że wystarczy.
Wróciłam do domu i, co ciekawe, wcale nie byłam jakoś specjalnie zmęczona.
Byłam za to głodna jak wilk.
Po drodze zaszłam więc do Żabki po hot-doga.
I tutaj kolejna mała przygoda.
Pan zrobił mi hot-doga, ale… spalił bułkę na czarno 😀
Już wcześniej czułam w sklepie zapach spalenizny, więc zwróciłam uwagę, czy przypadkiem coś się nie przypala.
Okazało się, że sprzedawca zapomniał, że robi mi hot-doga i zajął się innymi klientami.
Zaproponował, że zrobi drugą bułkę od początku.
– Spoko, zjem – odpowiedziałam.
Na to klient stojący obok:
– Węgiel zdrowy!
No i oczywiście wszyscy zaczęliśmy się śmiać 😀
Nowe siodełko przeszło pierwszy test
Dzisiejszy dzień był też pierwszym poważniejszym testem mojego nowego siodełka.
Stare było już mocno obdrapane i zużyte, więc postanowiłam je wymienić.
I wiecie co?
O dziwo, od razu było mi wygodnie!
A to wcale nie jest takie oczywiste, bo z siodełkami różnie bywa. Czasami trzeba się do nowego przyzwyczaić, a czasami od pierwszych kilometrów wiadomo, że to nie będzie dobra para.
Tutaj jednak od razu poczułam, że jest dobrze.
Nowe siodełko jest trochę twardsze od poprzedniego, ale nadal całkiem miękkie. Szerokość mi odpowiada, materiał wydaje się solidny, a dodatkowo kolorystycznie pasuje do mojego roweru.
Model, który testuję, to Accent Dots Lady. Producent podaje szerokość 175 mm, długość 270 mm i wagę 364 g. Siodło ma wypełnienie z pianki o wysokiej gęstości i syntetyczne pokrycie. Obecnie w sklepie kosztuje 89,25 zł.
Jak na pierwszy dzień jestem naprawdę bardzo pozytywnie zaskoczona. Zobaczymy, jak sprawdzi się po kolejnych kilkudziesięciu czy kilkuset kilometrach.
To był naprawdę świetny dzień
I tak minął mi kolejny dzień pracy na rowerze.
Było mnóstwo zamówień, kilka naprawdę długich kursów, dużo czekania, silny wiatr, nagła zmiana pogody, pociąg, zagadki z numeracją bloków, kolejki w restauracjach, spalony hot-dog, tańce w windzie i kilka sympatycznych rozmów z klientami.
A mimo tego wszystkiego – a może właśnie dzięki temu – wróciłam do domu z uśmiechem na twarzy.
To był jeden z tych dni, w których wszystko jakoś ładnie się układa. Nawet kiedy pojawiały się problemy, szybko udawało się je rozwiązać. Rozmowy z ludźmi były przyjemne, na ulicach było luźno, a jazda sprawiała mi zwyczajnie ogromną frajdę.
Dawno tak dobrze mi się nie jeździło.
Siodełko Accent Dots Lady: sprawdź tutaj

