Szalony dzień na Pyszne – 7 godzin jazdy, dziurawe drogi i o krok od wypadku

🌇 Wrocław
🚲 E-bike
⌚ 7 godzin
💵 252,3 zł (5 zł napiwku)
💰 36 zł na godzinę
🛒 17 dostaw / 78 km
🍔 Pyszne
Tylko Pyszne i test ciągłości zamówień
Szalony dzień! Dziś postanowiłam zrobić mały eksperyment i przez cały dzień jeździć wyłącznie na Pyszne.pl. Wzięłam 5 godzin bloków i chciałam sprawdzić, jak wygląda ciągłość zamówień oraz ile realnie można zarobić, jeżdżąc tylko na jednej aplikacji.
Ostatecznie wyszło aż 7 godzin jazdy. I zdecydowanie nie był to spokojny dzień. Było sporo kilometrów, dużo czekania na światłach i w restauracjach, jazda po fatalnych, dziurawych drogach Grabiszyna, mocny wiatr, wylany sos czosnkowy w plecaku, a przede wszystkim sytuacja, w której naprawdę niewiele brakowało, żebym została potrącona przez samochód.
Pierwsza godzina zapowiadała się świetnie. Wyszło około 45 zł na godzinę, więc byłam bardzo zadowolona. Niestety z każdym kolejnym kilometrem coraz bardziej oddalałam się od swojego rejonu i trafiałam na Grabiszyn. I jak już tam wjechałam, tak właściwie zostałam tam na większość dnia.
Z mojego rejonu prosto na Grabiszyn
Pierwsze zamówienie miało 5 km za 15 zł i było jedynym, które dostałam w swojej okolicy. Potem niestety wywiało mnie coraz głębiej w miasto.
Najpierw McDonald’s z CH Borek – 5,3 km za 17 zł. Potem pizzeria – 5 km za 17 zł, kebab – 2,6 km za 10 zł, a następnie McDonald’s ze Sky Tower – 3 km za 14 zł.
Przy McDonald’s musiałam zrobić szybką przerwę na toaletę, bo pęcherz już zdecydowanie dawał o sobie znać. Plan był prosty: wrócić w stronę swojego rejonu. Tylko że Pyszne miało na ten temat zupełnie inne zdanie.
Kolejne zamówienia znowu kierowały mnie na Grabiszyn.
Wpadł kebab z Borowskiej – 3,5 km za 14 zł. Jechało mi się wyjątkowo długo, głównie przez fatalną nawierzchnię i ciągłe stanie na światłach. Potem kuchnia gruzińska – 5 km za 19 zł.
I właśnie wtedy wydarzyło się coś, co później przez resztę dnia siedziało mi w głowie.
Omal nie zostałam potrącona przez samochód
Stałam na światłach i czekałam na zielone. Czekam, czekam, patrzę gdzieś w dal, zerknęłam na telefon i nadal czekam.
Obok mnie stał inny kurier. W pewnym momencie nagle ruszył i przejechał przez ulicę.
Ja odruchowo ruszyłam za nim.
Pomyślałam po prostu, że skoro on ruszył, to musiało zapalić się zielone.
I wtedy zobaczyłam samochód.
Rozpędzone auto jechało prosto na mnie i zaczęło głośno trąbić!
Samochód był już naprawdę blisko. Wystraszyłam się, zahamowałam i zatrzymałam się przed kolejnymi światłami. Spojrzałam na sygnalizator.
Czerwone.
„Przecież było zielone!” – powiedziałam.
Po chwili:
„A może jednak nie?! Matko…”
Ludzie patrzyli na mnie, pewnie zastanawiając się, co ja właśnie odwaliłam.
Dopiero wtedy dotarło do mnie, co się stało. Ten kurier po prostu przejechał na czerwonym, a ja bezmyślnie pojechałam za nim. Nie sprawdziłam sama światła, tylko zaufałam komuś obok.
I przez ten jeden głupi odruch mogłam mieć naprawdę poważny wypadek. Raczej bym go nie przeżyła.
Byłam wściekła na niego, ale trochę również na siebie. Przecież zazwyczaj jeżdżę ostrożnie i staram się bardzo uważać. A tutaj wystarczyła sekunda nieuwagi.
Od tamtej chwili już ani razu nie ruszyłam za kimś tylko dlatego, że ktoś obok ruszył. Zawsze sprawdzałam światło sama.
I chyba właśnie ta sytuacja przypomniała mi, że na rowerze nie można zakładać, że skoro ktoś jedzie, to wie, co robi.
Kurierzy i wieczny pośpiech
Zresztą tego dnia nie był to jedyny moment, kiedy inni kurierzy jeździli niebezpiecznie.
Dwóch innych prawie mnie potrąciło.
Jeden ścinał zakręt i jechał praktycznie na mnie. Musiałam gwałtownie hamować, żeby uniknąć czołowego zderzenia.
Drugi jechał tak blisko mojego tylnego koła, że kiedy zahamowałam, żeby zjechać na ścieżkę rowerową, niewiele brakowało, żeby we mnie wjechał.
Naprawdę mam już czasami dość tego wiecznego pośpiechu. Rozumiem, że każdy chce zrobić jak najwięcej zamówień i zarobić jak najwięcej pieniędzy, ale przecież żadne zamówienie nie jest warte wypadku.
Kolejne kilometry po Grabiszynie
Po całym zamieszaniu ruszyłam dalej.
Pizza Hut – 5,4 km za 18 zł.
Potem Pasibus z CH Ferio Gaj – 2,3 km za 11 zł.
Następnie McDonald’s na Bardzkiej. I tutaj niestety trafiło się zamówienie, które okazało się stratą czasu. Dojazd oczywiście był na mój koszt, a na miejscu było tyle zamówień, że musiałam je anulować.
Porozmawiałam przy okazji z innymi kurierami o tym, jak restauracje potrafią traktować dostawców. Robią zamówienia dla kolejnych klientów, a kurierzy stoją i czekają.
Na szczęście tym razem anulowanie poszło szybko, więc mogłam ruszyć dalej.
Kierowałam się już w stronę swojego rejonu, ale wtedy wpadło zamówienie z Solleim w CH Ferio Gaj – 1,7 km za 13 zł, z dostawą do szpitala, do lekarza.
Potem Pierogi – 3,5 km za 14 zł. Tutaj z kolei nawigacja postanowiła zrobić mi psikusa i poprowadziła mnie źle, więc musiałam zawracać.
Sos czosnkowy kontra plecak
No i wtedy przyszła kolejna wtopa tego dnia.
Pizzeria. Odbieram trzy pizze, dwa sosy czosnkowe i oliwkę.
Od razu pomyślałam, że ta oliwka może się wylać. Mogłam poprosić o dodatkową torebkę na sosy, ale uznałam, że pojadę ostrożnie.
Tylko że trudno jechać ostrożnie po tych dziurawych ulicach Grabiszyna.
Wytrzęsło mnie konkretnie.
Dojeżdżam, otwieram plecak i myślę:
„A gdzie sosy?”
Stały na górze.
Już wiedziałam.
Wylały się.
Dwa sosy czosnkowe zrobiły sobie wycieczkę po moim plecaku.
Zaczęłam tłumaczyć klientowi, co się stało. Poszedł po papier kuchenny, a ja zaczęłam wycierać wszystko z plecaka. Przy okazji spróbowałam trochę sosu.
I muszę przyznać – był bardzo dobry. 😂
Ja przeżywałam katastrofę, a klient spokojnie powiedział, że nic się nie stało.
Wytarłam wszystko i pojechałam dalej.
Toaleta w ciemności i niezbyt miła obsługa
Kolejne zamówienie – kebab, 1,6 km za 10 zł.
Potem McDonald’s z CH Borek – 2,6 km za 12 zł. Zamówienie nie było jeszcze gotowe, więc ponownie wykorzystałam czas na szybką wizytę w toalecie.
Tyle że w środku było… ciemno.
Włączyłam latarkę w telefonie. W tym samym momencie telefon jeszcze zadzwonił. Naprawdę pełen pakiet atrakcji.
Potem kebab – 3,3 km za 13 zł.
To była jedyna klientka tego dnia, która dała mi napiwek – 5 zł. Bardzo miły gest, szczególnie po całym tym dniu.
Następnie znowu McDonald’s z CH Borek.
Tym razem obsługa nie była zbyt miła.
Podałam numer zamówienia. Cisza. Pani dalej robiła jakieś zamówienie. Podałam numer jeszcze raz, a ona spojrzała na mnie z wyraźnym zirytowaniem i powiedziała z pretensją, że przecież zamówienie nie jest gotowe i jeszcze go nie zrobiła.
Rozumiem, że ktoś może być zmęczony pracą. Rozumiem też, że restauracja może mieć dużo zamówień.
Ale naprawdę wystarczyłoby powiedzieć:
„Jeszcze nie jest gotowe, proszę chwilę poczekać.”
Bez pretensji, bez złości. Trochę zwykłego szacunku naprawdę wystarczy.
Ostatnie zamówienie – 6 km do Wroclavii
Ostatnie zamówienie dostałam z Mango Mama w centrum handlowym Wroclavia – 6 km za 20 zł.
Wzięłam je, bo chciałam już wracać w kierunku domu.
Nie przepadam za odbiorami w Wroclavii. Trzeba wjechać po schodach, potem sporo przejść, a na koniec znowu wrócić do roweru.
Tym razem dodatkowo schody w dół były nieczynne. Zapytałam ludzi, gdzie są najbliższe, znalazłam inne i przez to musiałam zrobić jeszcze dłuższą trasę do roweru.
Czas uciekał, a koniec bloku na Pyszne był coraz bliżej.
Mimo wszystko nadal miałam nadzieję na jeszcze jedno zamówienie.
Kiedy dotarłam do klienta, wbiegłam po schodach na trzecie piętro. Klientka aż się zaśmiała i zapytała, dlaczego biegnę po schodach zamiast jechać windą.
No cóż – kończyła mi się sesja i chciałam jeszcze złapać ostatnie zamówienie. 😂
Zbiegłam na dół, zostało jeszcze kilka minut. Ruszyłam w kierunku swojego rejonu.
Sesja się skończyła.
I niestety nic już nie wpadło.
7 godzin na rowerze i sporo emocji
Szkoda, bo miałam ochotę jeszcze trochę pojeździć po swoim rejonie. Było jednak już późno i zrobiło się zimno. Nie chciałam dobierać kolejnego dwugodzinnego bloku, a zresztą takich bloków już nawet nie było.
Tak czy siak 7 godzin na rowerze to naprawdę długo. Tego dnia wydarzyło się chyba wszystko, co mogło się wydarzyć: były dobre zamówienia, słabsze kursy, stanie na światłach, czekanie w restauracjach, fatalne drogi, źle działająca nawigacja, wylany sos, nieprzyjemna obsługa, napiwek, bieganie po schodach i przede wszystkim chwila naprawdę dużego strachu.
Mimo wszystko jestem zadowolona z tego dnia.
Pogoda była całkiem przyjemna – słoneczno-pochmurna, choć wiatr dawał mocno popalić. Początkowo ubrałam się tylko na krótko, ale szybko wyciągnęłam z plecaka wiatrówkę, bo zaczęłam marznąć.
Samej jazdy było dużo i mimo tych wszystkich przeszkód naprawdę fajnie spędziłam dzień.
Tylko jedna rzecz zdecydowanie nie była fajna.
Prawie wjechałam pod samochód.
I właśnie to najbardziej zostanie mi w pamięci z tego dnia.
Cieszę się, że miałam na tyle szczęścia, że zdążyłam przed wypadkiem.
Jedna sekunda nieuwagi, jeden odruch i mogło się skończyć naprawdę tragicznie.
Dlatego od dziś jedna zasada: nigdy więcej nie ufam światłom „na oko” i nigdy nie ruszam za innym rowerzystą bez sprawdzenia, jakie światło mam przed sobą.
Bo czasami jeden mały błąd może kosztować naprawdę dużo.






