Szalony i intensywny dzień – ulewa, burza, błoto, adrenalina i lawina zamówień

🌇 Wrocław
🚲 E-bike
⌚ 6 godzin
💵 181,21 zł (2,57 zł napiwku)
💰 30 zł na godzinę
🛒 13 dostaw / 77 km
🍔 Uber / Wolt
Dziś był totalnie szalony i intensywny dzień na delivery. Pisząc to, nadal czuję adrenalinę, serce jeszcze nie do końca wróciło do normalnego rytmu, a energii mam tyle, że mogłabym opowiadać o tym dniu godzinami.
Zapowiadali deszcz i doskonale o tym wiedziałam. Tak samo jak wczoraj, mimo kiepskich prognoz postanowiłam wyjść na rower. Miało być zimno – około 15 stopni, pochmurno i deszczowo. Ubrałam się więc „na cebulkę”: bluza, kurtka, komin, czapka. Jak na czerwiec – całkiem konkretny zestaw.
A rzeczywistość? Wyszło słońce i po chwili było tak ciepło, że zaczęłam się gotować we własnym sosie. Kilka razy po drodze przebierałam się, zdejmując i zakładając kolejne warstwy ubrań. Istna modowa rewia na dwóch kółkach.
Po kilku godzinach jazdy pomyślałam sobie: „Ale jaja! Wszędzie chyba padało, bo ulice są mokre, a mnie magicznie ominęło”. I pewnie by ominęło… gdybym nie dobrała jeszcze kilku kursów. Bo kiedy w końcu lunęło, nie miałam na sobie ani jednej suchej nitki. Wszystko przemokło – ubrania, plecak, buty, rower. Do kompletu przyszła burza. Grzmiało i błyskało, a ja jechałam dalej, czując, jak poziom adrenaliny rośnie z każdą minutą.
Zamówień było tyle, że praktycznie nie miałam chwili przerwy. Uber oszalał – bombardował mnie kursami z jednego końca miasta na drugi. Odrzuciłam ich chyba ze 30. Dalekie odbiory, słabe stawki, trasy kompletnie nie po drodze. Mój wskaźnik akceptacji spadł z około 70% do 50%, ale przeczuwałam, że tak właśnie będzie.
Dzień rozpoczął się od Wolta i zakupów z Auchan – 5,7 km za 19 zł z dostawą na Jagodno. Później zaczęła się seria kursów Ubera. Były propozycje typu 10 km za 30 zł – całkiem niezłe, ale w zupełnie inne rejony miasta. Były też perełki w stylu 10 km za 19 zł, które lądowały w koszu szybciej, niż zdążyłam się zastanowić.
Był McDonald’s na Bardzkiej, Pierogarnia na Tarnogaju, gdzie kazali mi usiąść i poczekać kilkanaście minut (na szczęście krzesła mieli wyjątkowo wygodne), a potem hamburger z dobranymi pierogami i prawie 9 km trasy aż na Grabiszyn.
Tam zaczęła się prawdziwa przygoda. Wjechałam do parku i okazało się, że wcześniej porządnie tam padało. Kałuża za kałużą, błoto wszędzie. Jechałam slalomem wąskimi ścieżkami niczym przez dżunglę. Kurtka, spodnie, buty, plecak, rower – wszystko ochlapane. Wstyd było w takim stanie wchodzić do restauracji, ale w pewnym momencie człowiek zostawia wstyd za sobą i po prostu jedzie dalej. Klientka tylko się uśmiechnęła, a gdy opowiedziałam jej o przeprawie przez park, obie wybuchnęłyśmy śmiechem.
Później był kebab, a potem pizza oznaczona numerem #666 za dokładnie 6,66 zł. I właśnie wtedy niebo postanowiło urządzić apokalipsę. Ulewa była tak silna, że nie wiedziałam, czy szukać schronienia, czy po prostu płynąć dalej z nurtem. Schowałam się na chwilę w pizzerii, z której dosłownie kapało ze mnie na podłogę. Klientka odbierająca pizzę była w szoku, że akurat wtedy tak lunęło. Śmiałyśmy się, że razem z pizzą przywiozłam burzę.
Najbardziej rozbawiła mnie jednak jedna z ostatnich dostaw. Wiozłam McDonald’s, gdy zadzwoniła do mnie klientka. Już spanikowałam, że znowu coś pomylili w restauracji. Okazało się jednak, że mam przekazać, iż jedzenie jest od niej. Pomyślałam: „Aha, niespodzianka”. Otwiera mi zdezorientowany mężczyzna, po chwili wychodzi jego żona – prosto spod prysznica, owinięta ręcznikiem. Oboje nie mieli pojęcia, kto wysłał im prezent. Dzwonili do znajomych, zgadywali, a ja stałam z torbą McDonald’s i bez kodu PIN. Dopiero po kontakcie z klientką wszystko się wyjaśniło.
Pod koniec dnia Uber rzucał jeszcze kursami po 40 zł, ale bateria w rowerze, telefonie i moim organizmie wołała już o litość. Udało mi się złapać idealne zamówienie w stronę domu – McDonald’s, 2,4 km za 22 zł. Prawdziwa perełka na zakończenie.
Do domu wracałam już w kolejnym deszczu. Czekało mnie mycie ubrań, plecaka i roweru – czyli ta część pracy, której nie znoszę najbardziej.
A wisienka na torcie? Jeden napiwek. Dokładnie 2,57 zł. Ze wszystkich 13 dostaw.
Mimo wszystko był to naprawdę udany dzień. Szalony, intensywny, bez chwili wytchnienia. Dzień pełen błota, ulew, burz, śmiechu i adrenaliny. I właśnie za takie dni lubię tę pracę najbardziej.


