Szybka stówka, pół godziny pod Biedronką i paczka z Decathlonu na 12 km

🌇 Wrocław
🚲 E-bike
3.5 godziny
💵 117,79 zł (5,73 zł napiwków)
💰 33 zł na godzinę
🛒 8 dostaw / 50 km
🍔 Uber / Wolt / Bolt

Chłodny początek dnia

Dziś szło całkiem dobrze. Gdyby tylko nie czekanie przez pół godziny pod Biedronką, godzinówka wyszłaby jeszcze lepsza. Ale mimo wszystko dzień zaliczam do udanych.

Szczerze mówiąc, rano kompletnie nie chciało mi się wychodzić. Pogoda bardziej przypominała jesień niż środek lata – chłodno, pochmurno, momentami deszczowo i do tego wiatr. Człowiek patrzy przez okno i myśli: „Może jednak zostać w domu?”. Na szczęście się przemogłam, bo od południa zaczęło się rozpogadzać. Zrobiło się nawet całkiem ciepło, a od czasu do czasu wychodziło słońce. I wtedy już wiedziałam, że dobrze zrobiłam, wychodząc na delivery.

Uber od razu wysyła mnie w daleką trasę

Uber na dzień dobry chciał mnie wysłać aż do Kątów Wrocławskich. Odbiór z KFC na Bielanach, a całość około 15 km. Podziękowałam. Takich wycieczek na sam początek dnia zdecydowanie nie potrzebowałam.

Później nawet Wolta zaczęłam odrzucać, bo również proponował mi daleki kurs w stronę Oporowa. W końcu trafiło się jednak coś znacznie bardziej dogodnego – Jagodno. Przyjęłam kurs 6,3 km za 19 zł. Jak na taką trasę całkiem przyzwoita stawka.

Co najlepsze, aplikacja dobrała mi do tego jeszcze zamówienie z wietnamskiego baru. Dodatkowe 1,3 km za 6,55 zł, więc oba zamówienia mogłam zawieźć praktycznie w tę samą stronę. Takie połączenia lubię najbardziej.

Pierwszy klient jednak nie otwierał drzwi. Zadzwoniłam, a pan powiedział, żebym zostawiła jedzenie pod drzwiami. Drugi klient zrobił dokładnie to samo. No proszę, jacyś dzisiaj ludzie nieśmiali! 😀 Pogadać z nikim nie można.

Moja przygoda z Woltem na dziś się zakończyła.

Biedronka i pół godziny czekania

Od tej pory zaczął działać Uber. Najpierw Chleboteka na Jagodnie – 1,7 km za 6,50 zł. A później pojawiło się zamówienie z Biedronki: 7 km za 17 zł.

I właśnie z tym zamówieniem zaczęła się moja mała przygoda.

Pod Biedronką usłyszałam, że trzeba poczekać tylko 5 minut. No dobrze, 5 minut to przecież nie tragedia. Problem w tym, że te „5 minut” trochę się rozciągnęło… i ostatecznie czekałam około pół godziny.

Zamówienie miało sporo produktów, ale na szczęście nie były one jakoś szczególnie ciężkie. Najgorsze było samo czekanie.

Żeby jednak nie było nudno, pod sklep wyszła chyba cała ekipa pracowników Biedronki – papierosek, energetyk i pogaduszki 😀

Stoję sobie obok i siłą rzeczy słucham. Można było się dowiedzieć całkiem ciekawych rzeczy o pracy w Biedronce, o skargach składanych przez klientów, a także o pewnej pani, która próbowała jednocześnie siłą upchnąć osiem butelek kaucyjnych.

Była też oczywiście piękna, polska wiązanka wszelakich przekleństw 😀

No cóż, przynajmniej nie nudziłam się podczas oczekiwania. Zawsze trzeba znaleźć jakieś pozytywy.

W końcu dostałam zakupy i ruszyłam w drogę. Po dostawie klientka dorzuciła mi jeszcze 5 zł napiwku. Po takim czasie oczekiwania było to bardzo miłe zadośćuczynienie.

12 kilometrów za 27 zł

Uber szybko dobrał kolejną restaurację – 3,3 km za 9 zł.

A chwilę później pojawiło się naprawdę ciekawe zamówienie. Paczka z Decathlonu na Bielanach, a dostawa… dokładnie tam, gdzie chwilę wcześniej zawiozłam poprzednie zamówienie.

Wyszło aż 12 km za 27 zł.

I tutaj nie miałam absolutnie żadnych powodów do narzekania. Stawka była całkiem fajna, trasę bardzo dobrze znałam, a całość zajęła mi około 40 minut. Jak na taki kurs – bardzo przyzwoicie.

Po dostawie wracałam już praktycznie „na pusto”. Na aplikacjach cisza, spokój i nic ciekawego się nie działo.

Aż nagle…

Bolt wkroczył jak rycerz na białym koniu

Odezwał się Bolt.

On to potrafi wkroczyć w odpowiednim momencie jak rycerz na białym koniu 😀

Pizza – 3,5 km za 12 zł. Patrzę dokładniej i widzę, że zamówienie jest gotówkowe.

No dobrze.

Klientka w uwagach napisała: „zostaw pod drzwiami”.

A ja w głowie od razu:

„O nie, nie ma takiej opcji!”

Przecież jeśli klientka nie otworzy, to co ja zrobię z pizzą? W końcu muszę dostać pieniądze, a skoro zamówienie jest gotówkowe, nie mogę po prostu zostawić jedzenia pod drzwiami i odjechać.

Dojeżdżam, dzwonię do drzwi – cisza.

Dzwonię na telefon – nadal cisza.

Nagle słyszę, że ktoś zdyszany biegnie po schodach.

Po chwili do mieszkania wbiegają dwie kobiety, obie sapiące i zmęczone. Okazało się, że biegły, bo wiedziały, że dostawca już czeka.

Wbiegły do mieszkania po pieniądze, zapłaciły i nawet nie musiałam wydawać reszty. Zostało mi jakieś 73 grosze.

Fortuna! 😀

Ale najważniejsze, że pizza została odebrana, pieniądze dostałam i mogłam jechać dalej.

Ostatni kurs i powrót do domu

Ostatnie zamówienie wpadło z Ubera – McDonald’s, 6,3 km za 14 zł. Co ciekawe, dostawa była w stronę mojej „wioski”, więc od razu wiedziałam, że po tym kursie kończę pracę i wracam do domu.

Samej trasy jakoś szczególnie nie lubię. Jest tam ruchliwa ulica i wiadukt, a jazda w takim miejscu rowerem nie należy do moich ulubionych przyjemności.

Dlatego cyk, spokojnie chodnikiem i powoli do przodu. Nie będę przecież grodzić samochodom drogi na tak ruchliwej i potencjalnie niebezpiecznej ulicy. Wolę dojechać trochę wolniej, ale bezpiecznie.

Kukurydza na koniec dnia

Wracając do domu, zatrzymałam się jeszcze na chwilę i zrobiłam kilka zdjęć pola kukurydzianego.

Kukurydza była już mocno dojrzała i częściowo zaschnięta. Widać po niej, że lato powoli zaczyna się kończyć. A skoro trzeba było zrobić coś na bloga, to uznałam, że takie pole będzie idealne.

Zresztą ostatnio pogoda coraz bardziej zaczyna przypominać jesień. Dziś rano było chłodno, pochmurno i deszczowo, a prognozy zapowiadają kolejne deszczowe dni.

Dzień udany, czyli szybka stówka i wcześniej w domu

Ostatecznie dzień zaliczam na plus.

Można powiedzieć, że wyszła szybka stówka, bez większych problemów i nieprzyjemnych przygód. No, może poza półgodzinnym oczekiwaniem pod Biedronką.

Najważniejsze, że udało mi się wrócić wcześniej do domu i dzięki temu mam więcej czasu dla siebie.

Teraz jednak zaczyna się ten mniej przyjemny okres dla rowerowego kuriera. Nadchodzą deszczowe dni, temperatura robi się bardziej jesienna, a jazda może być coraz bardziej „w kratkę”. Trudno będzie o te przyjemne, gorące letnie dni, kiedy można jeździć godzinami w słońcu.

Dzień można uznać za udany.

Podobne wpisy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *