Tajskie pokusy

🌇 Wrocław
🚲 E-bike
⌚ 5 godzin
💵 111,32 zł (0 zł napiwków)
💰 22 zł na godzinę
🛒 9 dostaw / 80 km
🍔 Wolt
Mmmm… opłacało się wyjść. Warto!! 😄
Dzień był bardzo intensywny, szalony i wyczerpujący – taki z gatunku: wszystko naraz.
W ciągu dnia upał jak diabli, a do tego przez ponad godzinę totalna cisza. Żadnych zamówień, tylko stanie, czekanie i topienie się we własnym pocie. W końcu wyłączyłam apki i postanowiłam zrobić coś pożytecznego – pojechałam do centrum rowerowego zmierzyć rozstaw kości kulszowych.
Co ciekawe, rano mierzyłam się sama w domu metodą DIY – mąka rozsypana na tekturze – i wyszło mi dokładnie to samo, co w sklepie: 13 cm. Czyli według teorii siodełko 17-18 cm, ewentualnie 16 cm też może przejść. Fajnie wiedzieć, szkoda tylko, że praktyka bywa brutalna 😅
Po powrocie wpadło pierwsze zamówienie z McDonald’s… i tu zaczęły się jaja. Czekałam pół godziny, a najlepsze jest to, że byłam tam zupełnie sama. Jedno zamówienie, zero kolejki, a oni przez 30 minut nie byli w stanie go zrobić. Klasyka.
Potem wiozłam dwie butelki wina dla młodej kobiety, a następnie tajskie jedzenie. I właśnie wtedy dało o sobie znać siodełko. Miękkie, niby wygodne, ale w tym upale dupa się zapada, wszystko się ociera i zaczyna boleć. Zatrzymałam się, złapałam się za głowę i pomyślałam:
„W sumie… czemu ja wożę to tajskie jedzenie, skoro mam na nie taką ochotę?”
No i zamówiłam sobie tajskie, po czym pojechałam do domu zjeść i odpocząć.
Po drodze jeszcze zajechałam do sklepu rowerowego i kupiłam siodełko. Niestety… 120 zł w plecy – kompletnie niewygodne. Może uda się je sprzedać, bo na razie czuję się jak sponsor rowerowych eksperymentów.
W domu kolejna zmiana siodełka, chwila oddechu i wieczorem ruszyłam znowu. I dopiero wtedy wszystko się rozkręciło. Wolt zaczął dawać zamówienia jedno po drugim, zrobiło się przyjemnie chłodniej, jechało się lżej i wreszcie był ten flow, na który cały dzień czekałam.
Podsumowanie dnia:
💸 Wydatki: 180 zł
💰 Zarobek: 111 zł
Ołłł yeea! 😂
Finansowo średnio, doświadczeniowo – bezcenne.
