TIR zablokował ulicę, pościg za złodziejem w Biedronce i agresywni goście na hulajnodze

🌇 Wrocław
🚲 E-bike
5 godz. 40 min.
💵 189,71 zł (5,40 zł napiwku)
💰 33 zł na godzinę
🛒 18 dostaw / 78 km
🍔 Uber / Wolt

Tydzień przerwy od delivery. Tak się rozleniwiłam, że totalnie nie chciało mi się wychodzić na rower. Codziennie próbowałam się zmobilizować, ale zawsze znalazła się jakaś wymówka. A to lekki wiatr, a to zbyt ciemne chmury, a to „może jutro”. Za bardzo się zasiedziałam w domu, a wiem, że to nie jest dla mnie dobre – ani fizycznie, ani psychicznie. Dzisiaj wymówek już nie było. Pogoda wreszcie dopisała – piękne słońce i porządny upał, więc stwierdziłam, że trzeba ruszyć.

Oj, działo się dzisiaj! Mam naprawdę sporo do opowiedzenia, bo atrakcji nie brakowało. Plan był prosty – wyjść na chwilę, może na 2-3 godziny. Skończyło się na prawie sześciu godzinach jazdy, bo Uber cały czas sypał zamówieniami i dzień wyszedł znacznie lepiej, niż się spodziewałam.

Ledwo wyjechałam z domu, a już trafiła się okazja do kolejnego zdjęcia pięknego, zabytkowego samochodu do mojej kolekcji. Jestem coraz bardziej ciekawa, jakie jeszcze perełki właściciel trzyma w garażu. Trochę przypomina mi to kolekcjonowanie miniaturek Hot Wheels – tylko w wersji 1:1. 😄

Uber od początku zasypywał mnie dalekimi, często mało opłacalnymi kursami, więc większość odrzucałam i wybierałam tylko te, które naprawdę miały sens.

Na rozgrzewkę wpadł Wolt – kuchnia wietnamska, 3 km za 10 zł. Zaraz potem Uber zaproponował Pasibusa z Gaju – 8 km za 20 zł, ale z dostawą w moje rejony, więc bardzo fajny kurs. Po chwili dobrało kolejne zamówienie z Pasibusa i jeszcze dwa z restauracji meksykańskiej.

Kiedy dostarczyłam jedzenie z meksykańskiej restauracji, klient był szczerze zdziwiony, że przyjechałam tak szybko. Zaśmiałam się i powiedziałam, że po drodze rozwoziłam jeszcze dwa inne zamówienia. Tym bardziej było mi miło usłyszeć, że mimo tego wszystko dotarło błyskawicznie.

Później znowu meksykańska restauracja – ponownie Gaj, 8 km za 18 zł. Następnie McDonald’s – 4,2 km za 10 zł, z dostawą do sklepu rowerowego.

Uber cały czas próbował mnie wysyłać na długie kursy do okolicznych miejscowości, nawet po 12 kilometrów w jedną stronę. Wszystkie odrzucałam.

Zamiast tego wzięłam kebaba – 2,5 km za 9 zł. Jadę do klienta i nagle widzę na środku wąskiej uliczki ogromnego tira, który całkowicie zablokował drogę. Najwyraźniej nie zmieścił się na zakręcie i doszło do kolizji z samochodem osobowym. Nie wiem, kto w kogo uderzył, ale dla aut ulica była całkowicie nieprzejezdna. Rowerem przecisnęłam się chodnikiem, ale kiedy wracałam później, sytuacja nadal wyglądała tak samo. Kierowcy robili zdjęcia, próbowali jakoś ruszyć ciężarówkę. Kompletnie nie rozumiem, jak tak ogromny tir w ogóle znalazł się na tak wąskiej uliczce. Obok stał jeszcze chłopiec na rowerze, dumny z tego, że był świadkiem całego zdarzenia.

Kolejne zamówienie to ramen – zaledwie 700 metrów za 6 zł. Dosłownie odbiór, chwila jazdy i dostawa.

Potem kebab – 5 km za 12 zł i dodatkowo 5 zł napiwku. Takie niespodzianki zawsze poprawiają humor.

Za chwilę Uber dobrał zamówienie z Solleim na Gaju, z dostawą z powrotem w moje okolice, a po drodze jeszcze kolejną restaurację. Łącznie wyszło 6,5 km za 20 zł. Następnie Wolt dorzucił hamburgery – 1,7 km za 7 zł.

Chwilę wcześniej wydarzyło się jednak coś, co mocno mnie zirytowało.

Wyjeżdżam z podporządkowanej uliczki, chcę skręcić i spokojnie zdążyć przed nadjeżdżającym pojazdem. Miałam naprawdę sporo miejsca. Tym pojazdem okazała się… hulajnoga elektryczna z DWOMA dorosłymi facetami jadącymi razem. Dwóch dobrze zbudowanych chłopów na jednej hulajnodze. Gdy tylko przejechałam, jeden z nich zaczął wrzeszczeć na cały głos:

„Spierdalaj, kurwa! Ja jadę, kurwa!”

Przez sekundę miałam ochotę odpowiedzieć, ale szybko odpuściłam. Nigdy nie wiadomo, co może strzelić do głowy takim patusom. Nie zamierzałam ryzykować awantury z kimś, kto najwyraźniej szuka zaczepki. Spojrzałam tylko z politowaniem i pojechałam dalej. Nie było to przyjemne, ale szkoda nerwów.

Hamburgery zawiozłam do kancelarii radców prawnych. To już praktycznie stali klienci.

Od dawna planowałam kończyć pracę, ale Uber nie dawał mi spokoju. Co chwilę wpadały kolejne propozycje. Nawet zakupy do Żórawiny – 18 km za 50 zł oraz kurs do Smolca, około 12 km. Oba odrzuciłam.

Zamiast tego zrobiłam jeszcze kilka krótszych kursów: kebab 3 km za 9 zł, potem Wolt z McDonald’s – 1 km za 7 zł, a następnie kolejny McDonald’s – 4 km za 12 zł.

I wtedy wydarzył się absolutny hit dnia.

Uber wysłał mnie po zakupy do Biedronki – 7 km za 17 zł. Podjeżdżam pod zaplecze sklepu, obok stoi już inny kurier. Zatrzymuję się i nagle…

JEB!

Drzwi z hukiem się otwierają, klamka dosłownie wylatuje z zamka, a ze środka z impetem wybiega dwóch wielkich facetów. Przez pierwszą chwilę myślałam, że obaj to złodzieje i lecą prosto na mnie. Przemknęło mi przez głowę, czy nie próbować któregoś zatrzymać, ale równie szybko dotarło do mnie, że gdyby byli agresywni, to skończyłabym połamana razem z rowerem.

Po chwili wszystko się wyjaśniło. Jak opowiedzieli mi drugi kurier i pracownicy sklepu, jeden z nich był złodziejem, a drugi ochroniarzem, który ruszył za nim w pościg. Złodziej podczas ucieczki zgubił czapkę z daszkiem i rękawice, a przy okazji wyłamał klamkę w drzwiach.

Śmialiśmy się później z drugim kurierem, że gdybym od razu wiedziała, który jest ochroniarzem, to może nawet próbowałabym podstawić nogę uciekającemu złodziejowi. Ale widząc dwóch rozpędzonych, potężnych facetów, nie miałam najmniejszej ochoty ryzykować zdrowia.

Kiedy dojechałam z zakupami do klientki, oczywiście od razu opowiedziałam jej całą historię.

Na zakończenie dnia wpadły jeszcze hamburgery – 4,7 km za 8 zł. Restauracja była bardzo blisko miejsca dostawy, więc kurs poszedł sprawnie.

Potem obrałam już kierunek na dom. Po drodze Uber nadal proponował kolejne dalekie kursy, ale wszystkie odrzucałam. Byłam już zmęczona, głodna, było bardzo gorąco, a dla dodatkowych 10-20 zł nie widziałam sensu dłużej jeździć. W domu też czekało na mnie sporo rzeczy do zrobienia.

Podsumowując – naprawdę ciekawy dzień. Było sporo zamówień, kilka nietypowych sytuacji, niezły zarobek i udało się zrobić kolejne zdjęcie pięknego klasyka do mojej motoryzacyjnej kolekcji.

Czy jutro znowu wyjdę? Sama jeszcze nie wiem. Coraz trudniej mi się zmobilizować. Stawki są niskie, praca jest ciężka, a mój wewnętrzny leń robi się coraz silniejszy. Z drugiej strony wiem, że od czasu do czasu po prostu muszę wyjść na rower. Nie tylko dla pieniędzy, ale przede wszystkim dla zdrowia – zarówno fizycznego, jak i psychicznego.

Podobne wpisy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *