Uber i moje genialne decyzje: 25 km z KFC na wieś między tirami

🌇 Wrocław
🚲 E-bike
⌚ 5 godzin
💵 111,76 zł (0 zł napiwków)
💰 22 zł na godzinę
🛒 9 dostaw / 65 km
🍔 Wolt / Uber / Bolt
Czy ponownie skusiłam się na „kurs życia” na Uberze i pojechałam z kurczakami KFC na wioskę pod Wrocławiem, do Krzyżowic? 25 km łącznie z powrotem… drogą szybkiego ruchu, gdzie obok pędzą tiry i oczywiście brak ścieżki rowerowej? Tak… Ręce opadają 😂 A mówiłam sobie, że już nigdy nie wezmę kursu „na zadupie”… i znowu to samo. Kiedy dojechałam pod wielkie hale Panattoni, z daleka machał do mnie ochroniarz. Był zdziwiony, że jedzenie przyjechało rowerem, a nie autem, bo przy tak ruchliwej drodze to podobno rzadki widok 😅 Więc pośmieliśmy się. W drodze powrotnej zahaczyłam o śliczny kościół w Tyńcu Małym. A kiedy wróciłam, po tym jednym kursie miałam już serdecznie dość. Stracone mnóstwo czasu i baterii w rowerze. Ahoj, przygodo! 😂
Zacznę od tego, że dziś zamówień było bardzo mało, więc już od początku czułam, że godzinówka będzie śmieszna. Pogoda też gorsza niż wczoraj – chłodniej, mocny wiatr, trochę słońca, ale jazda była ciężka. Dobrze, że ubrałam się na długo, bo momentami naprawdę przewiewało.
Pierwsze zamówienie na Uberze – pizza, 2.7 km za 11 zł. Szybki kurs, wracam i czekam na coś sensownego. I wtedy zaczyna się przygoda… Uber wyrzuca „kurs życia” – KFC, 15 km na wioskę, 40 zł. Patrzę i myślę: „No chyba ich pogięło, jeszcze mnie nie porąbało, żeby tam jechać rowerem”. Odrzuciłam i jadę dalej. Po chwili TO SAMO zamówienie wraca jak bumerang… ale już za 32 zł 😀 I co zrobiłam? Wzięłam! A potem wkurzałam się sama na siebie, że skoro już się zeszmaciłam, to mogłam przynajmniej zrobić to za pierwszym razem i mieć +8 zł więcej hahaha.
No to jadę na Bielany do KFC, odbieram zamówienie i widzę trasę – ponad 10 km do klienta. Liczyłam, że chociaż część drogi będzie ścieżką rowerową… ale nie. Całą drogę jechałam ruchliwą, niebezpieczną ulicą, gdzie auta i tiry pędziły obok mnie tak, że czułam się jak intruz, który przypadkiem znalazł się na autostradzie 😀 Serio, momentami zastanawiałam się, czy ja jeszcze dostarczam jedzenie, czy już walczę o przetrwanie.
Nareszcie dojechałam i tak jak pisałam na wstępie, ochroniarz który zamawiał, miał ubaw z kuriera na rowerze, ja też nie ukrywałam śmiechu i zdziwienia.
No ale najgorsze było to, że trzeba było jeszcze WRÓCIĆ. Kolejne 10 km tą samą ruchliwą drogą. Całe szczęście dziś ruch był mniejszy, więc nie mijało mnie aż tyle aut, ale stres i tak był. I oczywiście klasyczne pytanie w głowie: „Po co ja to zrobiłam?” 😀
Wracając przez Tyniec Mały, zobaczyłam śliczny kościół. Bardzo lubię ciekawą architekturę, więc obowiązkowo musiałam się zatrzymać na zdjęcia. Taki mały reset psychiczny po walce z tirami.
W końcu wróciłam do cywilizacji, a Uber oczywiście dalej próbował mnie uszczęśliwiać kursami typu 8 km za 20 zł albo 11 km za 25 zł. Podziękowałam. Przez godzinę praktycznie nic nie wpadało, więc stałam w parku, jadłam, robiłam zdjęcia i grzałam się na słońcu, próbując odzyskać energię po tej wyprawie.
Potem wpadł Wolt – pizza 1 km za 7 zł. Następnie Uber – pizza 2.5 km za 8 zł. Jadę ścieżką rowerową i nagle przede mną dwóch chłopaków zatrzymuje się centralnie na środku ścieżki. Stoją sobie i rozmawiają przez telefon, kompletnie blokując przejazd. Zatrzymałam się za nimi i czekam, myśląc, że może coś omijają. Patrzę… nie, oni po prostu uznali środek ścieżki za idealne miejsce na pogaduszki 😀 Obok stał starszy Pan i śmiał się z całej sytuacji, więc mnie też to rozbawiło.
Później Wolt – McDonald’s 1.8 km za 7 zł, dostawa do przychodni weterynaryjnej. Następnie Uber próbował wysłać mnie znowu na drugi koniec świata – 11 km za 25 zł. Odrzuciłam i wzięłam krótszy kurs: tajskie jedzenie 4 km za 12 zł, do tego dobrało pizzę za +10 zł. Łącznie około 7 km za 22 zł, więc już dużo sensowniej.
Przy drugim zamówieniu było zabawnie. Dzwonię do drzwi, pukam – cisza. Dzwonię do klientki, a ona mówi: „Oj, nie słyszałam, już otwieram”. Bywa i tak 😀
Potem Uber chciał mnie jeszcze wysłać z paczką 8 km przez centrum za 20 zł. Miodzio stawka normalnie… Odpaliłam więc Bolta i dostałam dziwne zamówienie: 4 km do restauracji sushi, a od restauracji do klienta… 400 metrów 😀 Ale że i tak wracałam z Gaju, to spokojnie pojechałam.
Na koniec Uber dał tajskie – 3 km za 10 zł. I tutaj dobre. Klientka podała kod do domofonu, wpisuję – nie działa. Męczę się chwilę przy furtce, kombinuję, dzwonię… aż w końcu zerkam obok i widzę szeroko OTWARTĄ bramę, przez którą można było normalnie wejść 😀 Poczułam się jak w „Głupim i Głupszym”, tylko nie wiem, czy byłam tym głupim czy głupszym.
To było moje ostatnie zamówienie. Miałam serdecznie dość. Ten jeden kurs na wioskę wyssał ze mnie całą energię i pół baterii w rowerze.
Wracając do domu kupiłam jeszcze pół kilo truskawek i chwilę pogadałam ze sprzedawcą o rowerach elektrycznych, prędkościach i kontrolach. Miła rozmowa na zakończenie dnia.
Finalnie zarobek śmieszny… ale za to przygód jak zwykle nie brakowało. Ahoj, przygodo! 😀













