Uber pogania, wiatr hamuje, koleżanka kontroluje teren, a Subway karmi

🌇 Wrocław
🚲 E-bike
4 godz. 10 min.
💵 113,23 zł (7 zł napiwków)
💰 27 zł na godzinę
🛒 9 dostaw / 60 km
🍔 Wolt / Uber

Dziś zapowiadał się naprawdę przyjemny, wiosenny dzień – słońce i około 15°C. W rzeczywistości wyszło… no cóż, bardziej jesiennie niż wiosennie. Było chłodniej niż wczoraj przy 11 stopniach, a do tego mocny wiatr robił swoje. Efekt? Klasyczny kurierowy pokaz mody: raz kurtka, raz bez, bo na słońcu chwilami ciepło, a zaraz potem chmury, wiatr i znowu zimno.

Pierwsza propozycja od Ubera była jednocześnie kusząca i absurdalna. Paczka – 16 km za 42 zł. Na pierwszy rzut oka: „o, fajna kwota!”. Ale chwila… 16 km w jedną stronę na jakieś totalne zadupie, gdzie nawet rekreacyjnie rzadko jeżdżę. Do tego powrót na pusto – kolejne 16 km. Czyli łącznie 32 km dla jednego zamówienia i jakieś 2 godziny z życia. Średnio opłacalne. Zdecydowanie lepiej zrobić 3-4 krótsze kursy w okolicy, więc odrzuciłam.

Chwilę później wpada pizza. Dojeżdżam i… czekanie kilkanaście minut. Dają mi dwie pizze, patrzę i mówię: „chyba coś się nie zgadza, u mnie jest jedna”. Faktycznie – pomyłka. Dobrze, że sprawdziłam, bo za chwilę przyjechał miły kurier z Ukrainy, którego zdążyłam już poznać, bo kilka razy się widzieliśmy i to były właśnie zabawne sytuacje, kiedy szliśmy do tego samego klienta, w tym samym czasie, a teraz prawie zabrałabym jego zamówienie… Pośmialiśmy się, pogadaliśmy – też jego pierwszy kurs dzisiaj, też podobne dystanse. Jak powiedziałam o tej „super” propozycji 16 km, to tylko pokiwał głową, że takich też nie bierze. Na koniec rzucił: „jeszcze się zobaczymy” – ale chyba wywiało go gdzieś na Gaj albo jeszcze dalej.

I teraz hit dnia. Uber – Chleboteka z Oporowa: 5 km za 17 zł, z czego ponad 3 km samego dojazdu. No to jadę, ile sił, ale wiatr konkretny, droga rozkopana, ścieżkę rowerową robią, więc slalom między ulicą a chodnikiem. Do tego światła. I nagle wiadomość z Ubera: że jeśli zaraz nie odbiorę zamówienia, to przekażą je komuś innemu. Ja: SERIO?! Przecież jadę, ile mogę, teleportacji jeszcze nie opanowałam…

Na Oporowie standardowo korki, przy Chlebotece wąsko i remont – przeciskanie się między autami jak w jakiejś grze zręcznościowej. W końcu dojeżdżam, szybkie parkowanie roweru i prawie sprint do środka. Udało się w ostatniej chwili, ale byłam już cała zgrzana i zasapana. No Uber… tak się nie pogania ludzi, to serio nie jest bezpieczne.

Dalej już klasyka dnia:
– McDonald’s ~2 km za 10 zł
– kolejna „super” paczka 9 km za 24 zł (odrzucona – znowu długi powrót i centrum)
– w końcu Wolt: pizza 5,5 km na Gaj za 15 zł + 2 zł napiwku
– Pasibus ~3 km za 10 zł na Tarnogaj (średnia trasa, brak ścieżki, powrót na pusto)
– wietnamskie 4 km za 13 zł do Radomierzyc (znowu powrót na pusto)
– Uber hamburger 2,5 km za 9 zł

Po tym kursie klasycznie zajechałam do parku – chwila oddechu i zdjęcia kwiatków.

Wpadł jeszcze Wolt: kebab 3 km za 10 zł – fajna trasa, bo wracałam tam, gdzie byłam, a nie w stronę centrum (uwielbiam takie kursy).
Na koniec ramen 2,5 km za 9 zł i tu niespodzianka. Jadę i z daleka widzę parę z wózkiem. Po plecach od razu poznaję – moja koleżanka z mężem i dzieckiem. Krzyczę z daleka: „Teraz to Ty powinnaś haracz ode mnie brać, bo wjechałam na Twoją dzielnicę!” 😂 Chwila śmiechu, oni na spacer do parku, ja dalej z ramenem do klienta.

Niestety później już cisza… nic nie wpadało, a ja byłam coraz bardziej zmęczona i głodna. W głowie tylko jedzenie. Odpaliłam Too Good To Go (aplikacja do niemarnowania jedzenia i kupowania w okazyjnej cenie) i trafiła się paczka niespodzianka z Subway za 21 zł. Nigdy tam nie jadłam, więc idealna okazja.

Na miejscu bardzo miłe dziewczyny zrobiły mi dwie duże, świeże kanapki – jedna z kurczakiem (nuggetsy), druga z boczkiem. Dużo warzyw, konkretne porcje – serio można się najeść. Zjadłam całą i byłam w końcu szczęśliwa. Nie wiem ile dokładnie zaoszczędziłam (w apce było, że warte 40 zł), ale warto, bo są smaczne.

Podsumowując: dzień ciężki, mało zamówień, dużo wiatru i trochę nerwów przez Ubera… ale stówka wpadła, coś się zjadło i nawet były śmieszne momenty.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *